Przegląd | Seria CONTRA na NES

Contra seria przegląd NESDawno nie było nic na popularnego w Polsce Pegazusa? To dzisiaj seryjnie Contrujemy! Kontratakujemy wraz z dwójką legendarnych bohaterów prosto od Konami! Arnie i Sly najwięksi twardziele kina akcji z lat 80-tych powracają! Eee stop, wróć, Bill i Lance najlepsi pikselowi żołnierze w historii gier video uderzają ponownie na łamy naszej witryny! Dwaj przyjaciele z pola walki. Dwaj bracia broni, którzy w swojej długoletniej służbie posłali do piachu tysiące przeciwników oraz krwi żądnych kosmitów. Obronili ludzkość niezliczoną ilość razy w trakcie swoich przygód wydawanych na różnorakie systemy. Siali rozpierduchę zarówno w salonach gier arcade, jak i na mikrokomputerach, ale chyba najbardziej w pamieć polskim graczom zapadła wojenna zawierucha jakiej dokonali na Pegazie (NES). Pamiętacie ich jeszcze? Ja, bardzo dobrze, ale jeżeli macie kłopoty z pamięcią – mamy dla was niespodziankę. Jeden z naszych czytelników towarzyszył Billowi i Lancowi w trakcie ich niebezpiecznych misji, w trakcie ich śmiertelnej krucjaty. Pomagał im w boju,  opatrywał rany, uzupełniał amunicję, dostarczał prowiant na pole walki, oraz pocieszał ich żony, kiedy byli poza domem… Wszystko udokumentował i zapisał w swoim dzienniku, abyście wy Drodzy Retrogracze mogli zapoznać się z bohaterską tułaczką tych największych psów wojny. Zapraszam do przeczytania relacji LukegiX’a z przygód tych dwóch wojaków jakie przeżyli na konsoli NES. Przed wami seria Contra! (Borsuk)


Okładka Contry na NES’a wraz z wiadomą inspiracją czyli Arnie i Sly w akcji! A nawet Alien…

Jakiś czas temu RetroBorsuk w Legendach Salonów Gier zaprezentował jedną z najlepszych serii run and gun czyli Metal Slug, poza wymienionym wcześniej metalowym ślimakiem istnieje druga, równie legendarna seria gier z tego gatunku, nie raz przewijająca się na łamach Retro Na Gazie. Czarny Ivo szczegółowo sprezentował SNES’owe wydanie tej strzelanki zatytułowane Contra 3 Alien Wars, zaś Daaku przedstawił kiedyś mobilną część tej serii, a i sam Naczelny Repip uchylił co nieco rąbka tajemnicy ze swoich akt na temat pierwszej odsłony gry. Teraz więc pora na ponowne i szersze przypomnienie tej fenomenalnej sagi przygód dzielnych komandosów od Konami – tym razem w wersji na konsolę NES/Pegazus czyli: Contra / Gryzor / Probotector.

Tą muzyczkę zna każdy wychowany na Pegazusie!

Zapewne się zastanawiacie dlaczego wymieniłem aż trzy tytuły we wstępie? Otóż dwie pierwsze części zostały wydane pod różnymi nazwami, w zależności od miejsca wydania gry,  z pomniejszymi różnicami: w Ameryce i Japonii na systemach NTSC (a także i w Polsce za sprawą Pegaza) mieliśmy do czynienia z grą o nazwie Contra, w Europie Zachodniej i systemach PAL przemianowano ją na Probotector – gdzie postacie naszych dzielnych komandosów oraz przeciwników podmieniono na roboty, sprawiając że gra jest mniej „brutalna” dla europejskiego gracza. Taki sam zabieg był zastosowany w innej serii od Konami, czyli w Teenage Mutant Ninja Turtles – znane u naszych zachodnich sąsiadów jako Teenage Mutant Hero Turtles (bo wiecie, słowo ninja jest niestosowne dla młodszych graczy). Natomiast japońska wersja gry, będąca najlepszą z tej trójki została wydana pod nazwą Gryzor – posiada w przeciwieństwie do wersji amerykańskiej animowane tła oraz wprowadza linię fabularną, a także mapkę między poziomami ukazującą teren naszych działań, niczym w Battletoads czy Prehistorik 2. Zaznaczę dodatkowo, że pod tytułem Gryzor wychodziły także konwersje Contry na popularne w tamtym czasie mikrokomputery (Commodore 64 czy Spectrum) – stąd całe zamieszanie z nazewnictwem. Po tym dość treściwym wstępie przejdźmy zatem do głównego dania, czyli przeglądu tej zacnej serii, tak więc karabiny w dłoń i w drogę!


CONTRA / GRYZOR / PROBOTECTOR

KONAMI (1987) / (1988) / (1990)

Run and Gun

NES, Arcade, Commodore 64, MSX, PC, ZX Spectrum, Amstrad CPC, Nintendo DS, Xbox 360

Słynne ogniste „C” dumnie witało nie jednego posiadacza Pegazusa.

Contra pierwotnie wydana jedynie na automaty arcade w 1987, (wersja na NES w Ameryce i w Japonii została wydana rok później, europejczycy musieli poczekać do 1990) jest jak wcześniej zostało wspomniane przedstawicielem gatunku run and gun – czyli naszym głównym zadaniem jest ostrzeliwanie licznych zastępów wroga i omijanie przeszkód poprzez skakanie, tutaj efektownym saltem w przód. Fabuła prezentuje się następująco: w roku 2631 na wyspie Galuga niedaleko Nowej Zelandii spada mały meteoryt który zawiera obce formy życia, dwa lata później kosmiczna organizacja przestępcza Red Falcon przejęła wyspę i rozpoczęła plan inwazji na Ziemię. Dwaj najlepsi komandosi z oddziału Contra: Bill Rizer oraz Lance Bean – czyli nasi dzielni wojacy, w których się wcielimy – zostali wysłani na wyspę wroga by zniszczyć główną bazę dowodzenia oraz przy okazji zneutralizować zastępy kosmitów, bo oczywiście tylko oni mogą powstrzymać Czerwonego Sokoła przed zniszczeniem ludzkości.

Wodospad z jedynki nadal prezentuje się wyśmienicie.

Czeka nas łącznie 8 etapów napakowanych akcją – odwiedzimy tropikalną dżunglę, górską dolinę, będziemy wspinać się po kamieniach nad wodospadem, a także zdemolujemy niejedną bazę przeciwnika – by na koniec zmierzyć się w finałowym starciu w sercu Obcych (dosłownie!), czyli w ich klimatycznej jaskini (widać że Konami wyraźne inspirowało się serią Obcy Ridley’a Scotta przy tworzeniu tej gry), tak więc nudy tutaj nie uświadczymy. Pomiędzy standardowymi etapami widzianymi z profilu, dwa nowatorskie poziomy oferują nieco inną, wolniejszą rozgrywkę, gdzie zamiast standardowego poruszania się w prawą stronę (ewentualnie do góry), kamera ustawiona jest za bohaterem który podąża w głąb ekranu, niczym w grach TPS. Daje to wrażenie przestrzenności oraz prawie trójwymiaru, będące ciekawą odskocznią, acz moim zdaniem trochę dodaną na siłę. Rozgrywkę zaczynamy podstawowym karabinem, który wystrzeliwuje wolno poruszające się pojedyncze pociski, które do mocnych nie należą, więc efektywnie z tej broni nie postrzelamy… Na szczęście, co jakiś czas przelatują nad naszym bohaterem kapsuły z lepszymi spluwami, bądź power-upem.

Podczas przygody nieraz natrafimy na pułapki które będziemy omijać niczym Indiana Jones! 

Poza wcześniej wspomnianym standardowym gnatem do dyspozycji mamy cztery giwery z nieskończoną amunicją, każdą z nich inaczej się strzela i (prawie) każda ma swoje plusy i minusy, przez co nadaje się bardziej, bądź mniej do danej akcji lub planszy. Przyjrzyjmy się jakie to narzędzia zagłady zaoferowali nam twórcy:

M – karabin maszynowy strzelający salwą pocisków – w mgnieniu oka pozbywa się większości natrętów.

L – działo laserowe – wolne i potężne, wymagające precyzji niczym Rail Gun z serii Quake.

F – nietypowe działo wystrzeliwujące małe kule ognia które wirują w powietrzu, najrzadziej występująca broń w grze.

S – Spread Gun (zwana popularnie shotgunem) – najbardziej rozpoznawalna broń z historii serii, z niezwykle ogromnym zasięgiem strzału oraz potężną siłą ognia, idealna na bliskie i dalekie dystanse, rozgromi wszystko co się rusza.

B – bariera dająca nieśmiertelność przez krótki okres czasu.

Oczywiście jak to bywało w każdej dobrej grze akcji na NES’a i tu nie mogło zabraknąć wszelakich bossów – o ile pojedynki z nimi są tutaj niezwykle emocjonujące, to jeżeli chodzi o ich wygląd – większość z nich niestety nie należy do szczególnie oryginalnych. Połowa z nich to wszelakie ruchome wieżyczki, bądź UFO ostrzeliwujące naszych bohaterów, choć czasami zdarzy się zmierzyć z potężnym szefem z krwi i kości jak ten paskudny Obcy poniżej.

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?

Warto pamiętać, iż pierwsza część jest grą dość trudną i nie wybaczającą błędów, więc pewnie tylko wybrańcy uratowali świat na standardowych trzech życiach… Na szczęście by uprzyjemnić rozgrywkę i zwiększyć szanse przetrwania wśród wrogów czy alienopodobnych stworów – mamy do dyspozycji legendarny Konami Code – sekretny kod wpisywany przed rozpoczęciem rozgrywki dający zapas 30 żyć, czyli wystarczającą ilość by móc na spokojnie przejść całą grę na jednej blaszce (ewentualnie na dwóch jeżeli gra się ze znajomym). Zarówno oprawa graficznie jak i dźwiękowa w pierwszej części prezentuje się zdumiewająco dobrze i nawet dziś nie odrzucają gracza od ekranu telewizora. Po ukończeniu rozgrywki zarówno wygląd niektórych poziomów czy wrogów jak i przewodnie motywy muzyczne pozostają w pamięci przez dłuższy czas!

Tym razem naszemu bohaterowi nie udało się złapać frisbee…

Podsumowując, pierwsza część to kawał świetnej gry mającej znikome wady, zauważalne tylko dla osób które ukończyły tą produkcję co najmniej kilkakrotnie. Więc jeżeli nie miałeś wcześniej styczności z tym klasykiem oraz lubisz wciągające i wymagające gry, sięgnij po Contrę – masa emocji gwarantowana!

Retrometr

Gra legenda, w którą trzeba przynajmniej raz zagrać!

Pierwsza część została wydana w kilku wersjach na różne komputery i konsole różniących się w mniejszym, bądź większym stopniu od recenzowanej wersji na NESa.


SUPER C / SUPER CONTRA / PROBOTECTOR II

KONAMI (1990) / (1992)

Run and Gun

NES, Amiga, Arcade, DOS, Nintendo DS

I teraz hop do wody!

Przejdźmy zatem do kolejnego smacznego dania. Nie dane nam było długo czekać na kolejną odsłonę tej zacnej serii, gdyż kontynuacja została wydana dwa lata po części pierwszej czyli w 1990 roku (w Europie zaś dopiero dwa lata później), gdzie po raz kolejny mamy okazję wcielić się w legendarny duet komandosów z oddziału Contra: Bill’a oraz Lance’a. Ponownie stawiając czoła wrogiej organizacji Red Falcon, która wyciągnęła wnioski z poniesionej przedtem porażki i tym razem powróciła z podwojoną mocą! 

Więcej was tu nie było ?

Łącznie mamy do dyspozycji kolejne 8 poziomów, dużo bardziej zróżnicowanych i rozbudowanych w stosunku do poprzedniki, pomimo że czasem natrafimy na plansze bliźniaczo podobne do oryginału. Tak jak w poprzedniej odsłonie i tym razem w grze zmierzymy się z dwoma specjalnymi etapami – w tym przypadku mamy do czynienia z poziomami z lotu ptaka niczym w serii Alien Breed, co okazało się strzałem w dziesiątkę. W drugiej części przygód dzielnych komandosów twórcy nie dali nam już możliwości uzyskania 30 żyć jak to było w pierwowzorze. Specjalny kod dawał jedynie 10 istnień, najlepiej mieli się jednak posiadacze pegazusów, gdyż często do gry dołączano specjalne menu pozwalające na rozpoczęcie gry z 30 życiami od dowolnego poziomu oraz dowolnej broni.

A teraz uśmiech do kamery!

Co do wyposażenia naszych żołnierzy – mamy do dyspozycji te same świetne bronie co w jedynce, jedyną zmianą jest zupełnie inna broń F – tym razem wystrzeliwująca potężne kule ognia, które eksplodują po kontakcie z dowolną powierzchnią, co jest to wyjątkowo przydatne w ostatnim etapie tuż przed finalnym bossem. Drugą nowością jest power-up R zwiększający prędkość naszych pocisków czyniąc z naszego komandosa maszynę do mordowania Obcych! Zgodnie z zasadą – dwa razy więcej, dwa razy lepiej – tym razem walczymy z dużo ciekawszymi i zróżnicowanymi bossami oraz mini-bossami, których jest na pęczki, a pojedynki te wymagają odpowiedniej taktyki i nerwów ze stali! To samo tyczy się oprawy audio-wizualnej, motyw muzyczny podczas walki z bossem jest fenomenalny i podnosi adrenalinę oraz zapada w pamięć.

It’s time to kick some ass and chew bubble gum,but I’m all out of gum… czy jakoś tak..

Podsumowując: Super Contra okazała się daniem doskonałym, idealnym nawet dla wybrednych smakoszy! Jest odrobinę łatwiejsza od części pierwszej, przez co śmiało mogę ją polecić każdemu miłośnikowi gier akcji. Spluwa w dłoń i kula w łeb kosmitom!

Retrometr

Jedna z najlepszych gier tego gatunku.

Ciekawostka – na Pegazusie gra była sprzedawana także pod nazwą Darkwing Duck 2, z podmienionymi modelami postaci z tej gry o kaczkach…


CONTRA FORCE

KONAMI (1992)

Run and Gun

NES

Po wydaniu czterech części przygód dzielnych komandosów Konami nie spoczęło na laurach i stworzyło kolejną część na 8-bitową maszynkę od Nintendo, dosłownie parę miesięcy po Contrze 3: Alien Wars na konsolę SNES, zaś w międzyczasie powstała także mobilna przygoda słynnych wojaków, czyli Operation C / Probotector na Gameboya. Będąca spin-offem, a także prequelem głównej serii – produkcja pod tytułem Contra Force jest na tyle odmienna od poprzedniczek, że gdyby nie słynne C w menu tytułowym można byłoby spokojnie stwierdzić, iż mamy do czynienia z jakimś klonem czy podróbką tej znakomitej serii. Czy zmiany wprowadzone w tej grze były dobrym pomysłem, przekonacie się w tej oto recenzji.

Fabuła prezentuje się następująco: w roku 1992 w Neocity (czyli ponad 600 lat przed wydarzeniami z jedynki) jeden z komandosów o imieniu Burns odbiera telefon od swojego przyjaciela Fox’a , który potrzebuje pomocy. Po dojechaniu na miejsce okazuje się że ktoś zabił komandosa w potrzebie, tak więc naszym zadaniem jest pomszczenie naszego towarzysza broni i powstrzymanie głównego złego, sprawcy mordu. Czyli sztampa.

Ten się śmieje kto się śmieje ostatni.

 W Contrze Force nie wcielimy się w dwójkę dzielnych komandosów z poprzednich części, lecz tym razem mamy do dyspozycji cztery nowe postacie (każda mająca osobną liczbę żyć), różniących się od siebie zarówno dostępnymi broniami jak i wysokością skoku. O ile na papierze wygląda to na świetny patent, tak w praktyce pomysł ten okazał się nietrafiony, zatem przyjrzyjmy się w kogo możemy się wcielić i sprawdźmy: co poszło nie tak?

– Burns – najbardziej klasyczny z całej czwórki – wyposażony w mało przydatne granaty oraz karabin maszynowy, skaczący najwyżej.

– Smith – wyposażony w broń snajperską oraz wyrzutnię rakiet samonaprowadzających.

– Iron – specjalista od broni ciężkiej – efektywnie i skutecznie gromi zastępy wroga miotaczem ognia oraz rakietnicą, kosztem słabej mobilności, przez co kiepsko radzi sobie w elementach platformowych.

– Bean – postać będąca przeciwieństwem poprzedniego komandosa – bardzo dobra mobilność  (jako jedyny może także położyć się na ziemi) oraz wyjątkowo nieprzydatne wyposażenie – to cechy charakteryzujące Pana Fasolę. Poza standardowym pistoletem, który każdy z komandosów ma na start, posiada także możliwość podłożenia ładunków wybuchowych, praktycznie nie przydatnych na przeciwników będących w ciągłym ruchu.

Tak prezentuje się oddział naszych komandosów, którym daleko do duetu z XXVII wieku

Tym razem twórcy postanowili zmienić znaną i lubianą mechanikę zdobywania nowych broni na tę z serii Gradius. O ile w tym space shooterze pomysł ten się sprawdził, tak w Contrze już nie za bardzo. Tak jak w poprzednich odsłonach owszem istnieje opcja gry na dwóch graczy… tyle że ta opcja jest ukryta… Otóż drugi gracz może się dołączyć do gry w momencie gdy ten pierwszy aktywuje pauzę będącą ekranem wyboru postaci i dopiero wtedy przypisze gracza drugiego pod wybraną przez niego postać. Największą wadą tego tytułu są liczne problemy z utrzymaniem płynności rozgrywki. W grze występują widoczne spadki prędkości praktycznie cały czas – zarówno podczas wybuchów, jak i w momencie gdy pojawi się na ekranie więcej niż jeden przeciwnik. Mam wrażenie, że płynność animacji zwalnia w każdym momencie, gdy po prostu coś się dzieje na ekranie – w bardzo znaczący sposób zmniejsza to radość płynącą z rozgrywki. Dziwi ten fakt, w szczególności, że w pierwszych dwóch częściach takiego problemu nie było – mimo że ekran był przeładowany akcją – to pierwsze Contry chodziły bez jakikolwiek zacięć. Oj, panowie z Konami tym razem się nie postarali…

Prawie jak troll Hugo na lianach

Na pewno pomyślicie – skoro gra ma problemy z płynnością to może dlatego, że posiada lepszą grafikę? Otóż nie, Contra Force wygląda gorzej od poprzedniczek, owszem czasami twórcy uraczą nas szczegółami, jednak przez większość czasu będziemy mieć do czynienia z krokiem w tył w stosunku do sławnych prekursorów. Kolejną wadą tego tytułu jest jego długość – tym razem mamy do dyspozycji jedynie 5 poziomów – 3 klasyczne i 2 specjalne z widokiem z góry niczym w Super C. Cholera i nawet te etapy są gorsze od zawartych w klasycznym odpowiedniku! Mało tego, nie dość, że otrzymujemy mniej leveli, to większość z nich jest podobna do siebie. Przygodę zaczynamy w hangarze, potem czeka nas przechadzka po gigantycznych statkach, kolejny hangar – tym razem w nocy, spacer po ogromnych samolotach, a na koniec uczestniczymy w gonitwie głównego złego po schodach i walce z nim na szczycie budynku… I tyle, i lecą napisy końcowe, potem gra wraca do głównego menu, a my pozostajemy z lekkim niesmakiem i zaskoczeniem, że to już koniec… Brakuje tutaj emocji, które towarzyszyły zarówno pierwszej jak i drugiej Contrze.

Nie wiem kto wpadł na pomysł, że przeskakiwanie z samolotu na samolot gdy postać nie bardzo potrafi skakać będzie dobrym pomysłem?

Na pewno się spytacie – a co z bossami? Przecież tego elementu nie mogli zepsuć, prawda? Tak więc odpowiadam – tak i ten aspekt zepsuli! Podczas walk z nimi towarzyszy nam dużo mniejsza dawka emocji niż w starciach w poprzednich odsłonach, ponieważ większość pojedynków opiera się na jednakowym schemacie. Gigantyczny 3 – 4 metrowy koleś lub helikopter strzela do nas przez jakiś czas z dostępnego arsenału, następnie porusza się w prawo oraz lewo i znów zaczyna strzelać. I tak w kółko dopóki nie padnie… Tak więc nie dość że pojedynki z bossami są miejscami nudne, to jeszcze ciągną się w nieskończoność, głównie przez niesamowicie dużą liczbę punktów życia każdego szefa. O ile logiczne jest że gigantyczny Obcy na pół ekranu przyjmie na siebie parędziesiąt kul ognia zanim padnie w przeciągu jednej minuty, tak nie rozumiem jak czterometrowy komandos wytrzymuje dwu bądź trzyminutową salwę z rakietnicy?

A tak prezentuje się sprawca całego zamieszania – przyznacie że nie wygląda jakoś specjalnie epicko, prawda?

Co do oprawy muzycznej będącej wizytówką serii i tym razem Konami częściowo zawiodło. Może i całkiem niezła muzyka przygrywa w tle, tyle że brakuje jej charakterystycznego efektu wow z poprzednich odsłon, przez co nie wpada w ucho jak poprzednie soundtracki, z paroma nielicznymi wyjątkami. Podsumowując – trzecia część 8 bitowych przygód komandosów z oddziału Contra okazała się daniem ciężkostrawnym, które może i nie jest to najgorszą grą na NES’a, ale do średniaka trochę też jej brakuje. Dlatego pozycja ta dobra jest tylko dla najbardziej wygłodniałych graczy, może gdyby nie te irytujące spowolnienia oraz kiepskie walki z bossami gra zasługiwała by na oceną żółtą, a tak to otrzymuje :

Retrometr

Contra i spowolnienia to nie najlepsze połączenie w grze akcji.

Ciekawostka: posiadaczom Pegazusa gra była znana także pod nazwą Super Contra 6 w której mogliśmy „grać” jako Rambo.


SUPER CONTRA 7 / SUPER CONTRA 8

E.S.C. CO. LTD / WAIXING (1996)

Run and Gun

NES

Czasami bywa tu gorąco…

Po mało smacznym obiadku przejdźmy teraz do deseru, dość nietypowego, gdyż tym razem mamy do czynienia z nie licencjonowanym tytułem – czyli do Super Contry 7 / 8. Jedyna różnica w tych grach jest taka, że w ósemce kapsuła z bronią zrzuca na nas także granaty. Dzieła te stworzone zostały przez chińską firmę Fuzhou Waixing Computer Science & Technology Co. LTD  (w skrócie Waixing), które podobnie jak Hummer Team tworzy nieoficjalne porty znanych gier na Pegazusa i sprzedaje je na charakterystycznych żółtych kartridżach. Czy „siódemka” okaże się tytułem lepszym od Contry Force, a może okaże się tak dobra jak dwie pierwsze części? Przekonamy się poniżej.

Mamy tu do czynienia z klonem pierwszych dwóch części z całkiem nieźle zaprojektowanymi poziomami w łącznej ilości 5 sztuk (tym razem nie ma etapów specjalnych – może i dobrze). Różnią się one tematycznie, rozgrywkę rozpoczynamy w mieście, żywcem wziętym z pierwszego poziomu Mighty Final Fight, później trafiamy do jaskini pełnej lawy, następnie do dżungli (co to byłaby za Contra bez planszy w tropikach?). Następnie pozwiedzamy siedzibę wroga inspirowaną poziomem czwartym z Super Contry, a na koniec – jak to w grach z tej serii bywa – odwiedzimy główną bazę Obcych i zmierzymy się z wielkim potworem będącym kalką trzeciego bossa z pierwszej części. Trochę recyclingu, ale przynajmniej różnorodnie.

Czasami zaś bywa elektryzująco…

Skoro jesteśmy przy bossach – o ile ich wygląd i sposób animacji nie powala, tak na plus można zaliczyć różnorodność tych potyczek. Stoczymy boje z latającymi spodkami, gargulcem oraz dwójką gigantycznych kosmitów, z których każdy posiada odmienną paletę ataków. Niestety walki do łatwych nie należą i głównie przy nich będziemy oglądać napis Game Over! Nie występuje tutaj możliwości zniszczenia jakiegokolwiek pocisku wroga, co więcej podczas starcia boss może wystrzelić dodatkowo szybki pocisk – z gatunku tych nie do ominięcia – bezpośrednio lecący na gracza. Na szczęście błąd ten występuje stosunkowo rzadko, jednak mimo to uprzykrza nieco i tak trudną rozgrywkę.

W „siódemce” twórcy postanowili wprowadzić parę zmian w arsenale, tak więc kultowa strzelba może teraz wystrzeliwać tylko jedną serię na raz, a broń F doczekała się kolejnej zmiany. Tym razem jest to potężny karabin maszynowy, tyle że każdy jego pocisk jest kulą ognia! Żaden boss nam nie straszny gdy mamy tą pukawkę, o ile wiemy gdzie celować by trafić ukryty hitbox przeciwnika.

Niekiedy bywa dziwnie znajomo… Poziom z Mighty Final Fight.

Graficznie gra prezentuje się w miarę dobrze – głównie z tego powodu, że modele przeciwników zostały zaczerpnięte w większości z poprzednich odsłon Contry, choć także z innych gier. Na przykład podczas wędrówki po czwartej planszy spotkamy gigantyczne roboty z Shatterhand (tak nawiasem mówiąc polecam tą grę).  Natomiast co do ścieżki dźwiękowej – jednym słowem jest ona tragiczna – w szczególności podczas walki z szefami. Jedynym motywem wartym uwagi jest nuta z ostatniego poziomu, więc podczas rozgrywki polecam nieco ściszyć głośność urządzenia na którym gracie.

Czy mi się zdaję czy gdzieś widziałem już tego bossa w tym materiale ?

Wziąwszy wszystko do kupy – czy warto ograć tą nieoficjalną część serii? Moim zdaniem tak, choć nie należy spodziewać się po niej fajerwerków. Owszem rozgrywka jest dużo lepsza niż w Contrze Force, jednak gra ma pewne niedociągnięcia i przez to nie można nazwać jej hitem. Dodatkowo, kopiuje bardzo dużo materiału (postacie, plansze) od innych uznanych produkcji…

Retrometr

Gra się całkiem przyjemnie, choć bez rewelacji – nie zapomnij o ściszeniu odbiornika!

Na zakończenie warto dodać że poza Contrą i Metal Slugiem, które warto ograć istnieje jeszcze parę innych świetnych gier z gatunku run and gun wartych uwagi, jednakże jest to temat na osobny materiał. Jeżeli ten wam się spodoba, to chętnie opiszę kolejne swoje ulubione i przebojowe strzelaniny z bronią w ręku! A jakie są Wasze ulubione tytuły z tego prawie zapomnianego już gatunku? Piszcie w komentarzach.

Od siebie polecam w szczególności: RIVE, Super Contra, Gunstar Heroes, Broforce oraz Metal Slug X

Autor: LukegaX


Ciekawostka: Bill oraz Lance wystąpili gościnie w Super Mario Bros. Crossover, w darmowej grze flash, w której kultowe postacie z przebojów na NES’a przemierzają poziomy z pierwszego Super Mario Bros, SMB:Lost Levels oraz SMB:Special. Dobra zabawa gwarantowana!

It’s a me Mario Bill!

Ciekawostka 2: Legendarny poziom w dżungli oraz wodospad z pierwszej Contry powraca w grze Abobo’s Big Adventure – fenomenalnym remiksie gier na NESa – obowiązkowa pozycja dla fana retro! Do ogrania i pobrania TUTAJ.

Ciekawostka 3: Dla klimatu – telewizyjna reklama Super Contry!

Szkoda że obecnie w polskiej telewizji nie emitują takich reklam!

Inne artykuły:

Recenzja | Silent Hill 2 Zawsze zastanawiało mnie jakie jest kryterium doboru delikwentów, którzy mają mierzyć się z potwornościami Cichego Wzgórza. Czy miasteczko ma swoją wł...
Nora | Podróże z Doktorem Borsea’u Witajcie kochani miłośnicy przyrody! W dzisiejszej Norze wyruszycie na bardzo ciekawą i pouczającą podróż przygodowo-naukową ze znanym na całym świeci...
Akta retronagazie.eu | Brzydkie kaczątka Po ostatnim lekko hipsterskim wpisie Daaka o osobliwych blaszakach z PSX'a, powracamy z aktami RnG tym razem w rozszerzonym gronie platformowym. Nie m...