
Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że będę się jarał grą o jeźdźcach pociągów, którzy robią nimi tricki niczym Tony Hawk, a jednocześnie się ścigają po cell shadingowej post katastroficznej Japonii to kazałbym mu puknąć się w głowę. Co za dziwactwo, do tego kto dziś taką grę wyda? W dobie sandboxów, rogalików i grania online tu dostaniemy grę arcade zrobioną po staremu, skupioną na kampanii dla pojedynczego gracza i to za niewielkie pieniądze. No kto takie coś dziś zrobi? Ano zrobi, siadaj i posłuchaj o Denshattack!, który miał premierę 15 lipca.
Gra ma miejsce w Japonii przyszłości, która po katastrofach jest podzielona na dwie strefy: tą gdzie żyje się dostatnie i bezpiecznie pod szklanymi kopułami oraz wszystko co pomiędzy tymi kopułami, gdzie ludzie sami sobie jakoś radzą i żyją wolno. Takimi wolnymi duchami będą bohaterowie gry, którzy na pozostałościach linii kolejowych przemieszczają się po kraju, ale także walczą pomiędzy sobą o wpływy oraz wywijają nieziemskie tricki swoimi lokomotywami, zwą to Denshattack! to styl ich życia.
Jeżeli do dziś nie słyszałeś o tej grze, to pewnie po obejrzeniu screenów zaczynasz się zastanawiać, o co tu kurna w ogóle chodzi. Trudno to opisać w skrócie, mówi się o Tony Hawku z pociągiem, ale to bardzo nieprecyzyjne i krzywdzące określenie. Tu jest wszystko co najlepsze z przełomu wieków w gejmingu, a przynajmniej wszystko co ja sobie bardzo cenię. Gameplay to połączenie Tony Hawka i Burnouta, klimat salonów arcade i Dreamcasta, widowiskowość EA BiG, japońskie dziwactwo Wario Ware, a nawet sposób komunikacji z graczem jak z gier WRC (chodzi mi o strzałki pomagające w nawigacji i reakcji), tylko odniesień do Vagrant Story mi brakuje i normalnie bym ozłocił tych ludzi hehe. Ta gra to kwintesencja gier arcade, konsol i japońskiej pop kultury przełomu wieków, kiedy byliśmy młodzi, nieco szaleni i oczarowani ferajną barw wylewającą się z ekranu, przy jednoczesnym czesaniu kolejnych combo w zmyślnych systemach wymagających małpiej zręczności.
Mówiłem wcześniej, że określenie jakie przyległo do gry, czyli Tony Hawk z pociągiem jest nieprecyzyjne i krzywdzące, no bo wynikałoby z tego że masz arenę, a na niej kilka zadań i tricki do robienia, a tymczasem jest no… inaczej. Przede wszystkim sterujemy pociągiem, więc jedziemy po torach do przodu, plansze są liniowe, to na ogół nie są areny a trasa. Tricki są ważne, dostajemy za nie oczywiście punkty, są potrzebne do niektórych zadań, ale równie ważna jest eksploracja. Eksploracja w liniowej grze? Tak, bo chodzi mi tu bardziej o umiejętne przemieszczanie się, to co tutaj się wyprawia daleko odbiega od wyobrażenia przejażdżki pociągiem, ba! Tutaj nawet Parkour to za małe określenie. Będziemy przeskakiwać przeszkody i szczeliny, robić driffty na torach, ślizgi, czyli raile na rurach, jazdy po ścianach, pod wodą, zmienimy pociąg w kolejkę linową, po naładowaniu wskaźnika trickami odblokujemy specjalne skróty. No nawet w takiej wyliczance nie wymieniłem wszystkiego co się tutaj dzieje! Sam system tricków też nie jest prymitywny, choć jest bardzo intuicyjny, odpowiednie kombinacje analogiem determinują jakie tricki wykonamy, do tego można je łączyć w combo i oczywiście multiplikować mnożnik.
Brzmi przerażająco? No tylko jak ktoś nie grał wcześniej w takie gry, ja zęby zjadłem na SSX’ach, Burnoutach, Crash Team Racingach i innych Tony Hawkach, więc od razu poczułem się jak lokomotywa w wodzie, bo właśnie tak one funkcjonowały, to był rdzeń rozgrywki i DNA tych gier. Nie ma się jednak co zrażać jeżeli nie macie w tej materii doświadczenia. Twórcy są świadomi tego że część graczy nie przeszłaby przez tą barierę wejścia i dawkują nam gameplay i tajniki systemu. Na początku używasz skoku, klaksonu i prostych tricków, reszta o której wspomniałem dochodzi etapami, powoli, nawet po kilku godzinach gry, nie jesteś zatem tym zasypany od startu, na spokojnie przyswajasz wszystko element po elemencie. Daj sobie z godzinę, nie zrażaj się, gra jest bardzo przyjazna i wybacza błędy, system checkpointów jest dobrze przemyślany, działa bardzo szybko i pozwala na przejście dalej w grze nawet jak twoje osiągi były wątpliwe. Jedyna kara to słabe oceny po zakończeniu etapu i tyle. Gra jest nastawiona na masterowanie, ale jednocześnie tego nie wymaga, easy to play, hard to master. Jeżeli chcesz ozłocić wszystko to szykuj się na godziny ćwiczenia systemu tricków i zapamiętywania trasy, ale równie dobrze możesz jak ja na brązowych i srebrnych medalach lecieć do przodu.

Godzilla kontra lokomotywa? why not?
No dobra postraszyłem, uspokoiłem, a teraz pora się rozpłynąć nad tym szpilem, Jego japońska otoczka pełna pstrokatych barw, odjechanych totalnie pomysłach na poziomy, postacie i przeszkody nawet takiego stroniącego od anime zrzędzie jak ja się podobała. Odniesienia do Godzilli i ferajny rozwaliły mi system, do tego ramen, Ultraman, mapa Japonii, fajnie jest. Fabuła gry i dialogi pomiędzy postaciami jest lekka i przyjemna, naiwna, nienachalna, nie stroni od kiczu ale jednak chwyta za struny, mimo iż nie przedstawia jakiś większych wartości i nie jest to oscarowy scenariusz, to zżyłem się z tą ekipą i nie skipowałem scenek. To szaleństwo i dziwactwo ma swój urok, nie pozwala ani na moment się nudzić, zaskakuje na każdym kroku i to od samego początku do samego końca gry. Zapomnij o poczuciu pewności, że wiesz co robisz, za 10 sekund będziesz robić coś zupełnie innego, nie przyzwyczajaj się, daj się ponieść, płyń wzdłuż torów.
Kwintesencją gameplayu, stylistyki i szaleństwa są pojedynki z bossami. O ile zwykłe plansze przebijają sufit, tak pojedynki z bossiorami przebijają stratosferę. Nawet nie wiem jak to wam opisać, nie będę próbować, to musicie przeżyć bo to jest cholera przeżycie. To co się dzieje gdy miasto się zawala, a wy na torach z tęczy walczycie z kilkupiętrowym bossem, zmieniając co 10 sekund scenerię i robiąc przy tym wszystkim akrobacje lokomotywą jest nie do opisania. A sam finał to kompletna szajba która zrywa papę z dachu! Wiecie co jest też w tym wszystkim ciekawe? Że nie robiło tej gry żadne studio z Japonii, to Hiszpański Undercoders, z którymi też miałem okazję przeprowadzić wywiad, lada moment pojawi się na retronagazie.eu, więc zapraszam już dziś bo pogadamy sobie co nieco o tworzeniu tej gry jak i inspiracjach.

podróż przez Japonię jakiej nie znajdziesz w przewodniku
Cały ten klimat jest spójną układanką w której każdy element do siebie pasuje, nie inaczej jest z ścieżką dźwiękową, która oczywiście również jest przesiąknięta Japonią. Nie znam się na tych sprawach, nie rozróżniam tych subgatunków, więc oględnie powiem że jest tu masa żywego i skocznego j-rocka, j-popa, czy innej j-elektroniki. Jestem ignorantem w temacie, a mimo to bujałem garba aż miło i nie wyobrażam sobie by muzyka była tutaj inna, jest perfekcyjnie. Dla fanów jest też do wyboru japoński dubbing, co ma swoich fanów, ja jak mówiłem w tym temacie jestem ignorantem, więc włączyłem angielski. Napisy są też w innych językach, ale na chwilę obecną niestety polskiego nie uświadczysz i nie wiem czy się to z czasem zmieni.
Skoro już o tym braku polskiej wersji wspominam, to pociągnijmy dalej temat minusów. Czasem konstrukcja segmentu była nieczytelna, nie wiedziałem przez chwilę co zrobić by iść dalej w jakimś momencie lub przeskoczyć przeszkodę. Nie było tych momentów dużo, a że akcja jest szybka to czasem po prostu okiem nie nadążysz i za 5’tym razem jak lecisz od checkpointa to dojrzysz oczywistą wydawałoby się drogę. Restarty od checkpointów są szybkie, więc te 5 powtórzeń które wydaje się brzmieć groźnie, trwa w rzeczywistości kilkadziesiąt sekund, więc to nic wielkiego. Minusem przy masterowaniu będzie też brak jakiejś ściągi na mapie pod jednym przyciskiem, gdzie miałbyś listę plansz z zaznaczonymi osiągnięciami na nich. W ten sposób wiedziałbyś szybko gdzie uderzyć, a tak patrzysz na mapę i co najwyżej podświetlisz na lokalizacjach jaki jest medal, ale musisz tam się przeklikać. Jeżeli nie maszerujesz tej gry, to są to minusy których nawet nie zauważysz, ja je wypunktowałem z dziennikarskiego obowiązku i tyle.

pięknie jest!
Ta gra to kapsuła czasu, cofnęła mnie o 25 lat, kiedy to zupełnie inaczej wyglądała branża, a że ja jestem retro dziadem, który na nostalgiczny vibe jest łasy (czego ukrywać nie będę!) to ta gra to dla mnie sztos totalny! Gdybym dorwał ją z 20/25 lat temu to wyciskałbym z niej ostatnie soki, dziś już czasu człowiek tyle nie ma, ale przechodząc grę od A do Z w 9 godzin byłem mega szczęśliwy i nie mam poczucia niedosytu, było wszystkiego tyle ile trzeba. Weźmy pod uwagę że w dniu premiery na Steam kosztowała niecałe 50 złoty, toż to jak za darmo! Ścieżka dźwiękowa niecałe 4 dyszki. Gdy już o Steam wspominam to chciałbym podziękować ekipie z JF Games za kod recenzencki i pomoc przy organizacji wywiadu z twórcami, grałem w wersję Steam na padzie z XboxOne i nie miałem żadnych technicznych problemów podczas gry. Bardzo możliwe, że dla mnie to będzie gra roku, jedynie DuskFade może to zmienić, ale jak pewnie zauważyliście ja mam specyficzny gust i takie gry jak GTA VI mnie nie interesują, więc weźcie na to poprawkę. Słowem podsumowania tej gry niech będzie hasło – MAKE ARCADE GREAT AGAIN!
Wiem że przy takiej grze nie sposób wszystkiego opisać, pozostawiam was na koniec video recenzji do której zachęcam z moim przejściem jednego levelu. Nie jest fabularnie ważny, nie jest żadnym szczytowym osiągnięciem bo są dużo lepsze, przechodzę go na tym filmie pierwszy raz w życiu, nie psuję zabawy i pokazuję tylko kawałek, ale myślę że rewelacyjnie odda to klimat tej gry. Zapraszam na krótki seans na youtube, a tutaj się już żegnam do czasu publikacji wywiadu, cześć.

Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: PC/2026
3 słowa do gracza: kapsuła czasu, pociąg do nostalgii i szaleństwa MAKE ARCADE GREAT AGAIN