
Termin „niedzielni kierowcy” z pewnością nie jest Wam obcy, jednak „niedzielni czołgiści” już raczej tak. Dziś będzie zarówno o tych pierwszych jak i drugich. Ci co w miarę na bieżąco czytają moje recenzje z pewnością wiedzą, że lubię czasem powspominać gry dołączane do czasopism, zarówno pełne wersje, jak małe gierki freeware. Tak się fajnie złożyło, że pewnego słonecznego poranka przypomniała mi się darmówka z Komputer Świat Gry. Z ciekawości ściągnąłem ją z neta, odpaliłem i pomyślałem „ej to może być niezły materiał na recenzję” i tak też się stało. Zaraz potem przypomniałem sobie o również nietypowej kontynuacji, także wartej omówienia. Zapnijcie pasy, bo będzie wściekle i tak średnio szybko.
Sunday Drivers
Ermes Design – PC (2003)
Wyścigowa
Gry wyścigowe można podzielić na co najmniej pięć kategorii: ultra realistyczne symulatory, wyścigi wozów sportowych gnających przez ulice miasta, rajdy WRC (podobne do poprzedniej kategorii, tyle że zamiast miasta są otwarte przestrzenie w różnych zakątkach świata). Są też wesołe zręcznościówki z opcją rzucania w innych kierowców rozmaitymi przedmiotami / bonusami, czyli kart racery, no i w rzadkich, ale w bardzo rzadkich przypadkach trafią się tytuły w których kierujemy małymi zdalnie sterowanymi samochodzikami RC. Czasem zdarzy się wyjątek od reguły i pojawi się coś nowego oraz pomysłowego i właśnie utrzymane w kreskówkowych klimatach Sunday Drivers takowe jest.
Najpierw pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie, chociaż ci co już zdążyli spojrzeć na screeny już mniej więcej wiedzą z czym to się je. Sama gra jako tako nie posiada za bardzo fabuły, jednak z łatwością można się jej domyślić i wykreować własną wizję wydarzeń. Gdzieś we świecie lub wszechświecie jest pewna kraina pełna szczęśliwych ludzi pozbawionych jakichkolwiek stresów, targetów, ASAPów i innych takich. Każdy w tej krainie spełnia jakąś konkretną funkcję: pani kwiaciarka rozwozi swe rośliny, pan mleczarz codziennie rano dostarcza świeże mleko pod dom mieszkańców, sprzedawczyni lodów dojeżdża pod dom klienta by zaspokoić jego pragnienie, a w razie potrzeby pan strażak oraz pan medyk w trybie natychmiastowym zjawiają się w potrzebie. Jednak raz do roku organizowane jest wielkie wydarzenie, w którym kierowcy z całego regionu ścigają się po całym świecie, by udowodnić który z nich ma najszybszą brykę pod słońcem.
Jak to bywa w grach wyścigowych zadaniem gracza jest ukończenie wyścigu na pierwszym miejscu, gdy mu się to uda odblokowywana jest kolejna trasa. A tych jest 15 podzielonych na 5 krain: wiejskie miasteczko Moo Country, Aridzona, która prawdopodobnie jest inspirowana kanionami w Arizonie, a zaraz potem na gracza czekają chłodniejsze, zimowe klimaty w Snow Village. Po opuszczeniu mrozów wizyta relaksacyjna w tropikach w Polinesian Sunday zaś finał zaprowadzi nas do Rock Land, w której niestety nie posłuchamy ani Rocka, ani Heavy Metalu, ale za to popatrzymy na rozmaite kamienie.

Było nieco o trasach, teraz będzie o brykach (które również odblokowujemy za wygrywanie wyścigów), równie nietypowych jak sama gra. Mało który tytuł umożliwia ściganie się wozem mleczarza, lodziarza, grabarza, czy specjalisty od nagłośnienia. Ba, gra nawet oferuje pokierowanie pociągiem ulicznym (!), który niestety kiepsko sobie radzi ze skręcaniem. Każda z bryk charakteryzuje się dwoma parametrami w skali od jednej do pięciu gwiazdek: prędkością maksymalną (Speed) oraz zwinnością (Agility), czyli jak dobrze autko radzi sobie ze skręcaniem.
Skoro Niedzielni Kierowcy są grą wyścigową nie na poważnie, to nikogo pewnie nie zdziwi, że dostępne są cztery znajdźki rodem z Mario Kart: sprężyna umożliwiająca przeskoczenie przeciwnika oraz płynniejsze pokonanie zakrętu (od razu ostrzegam, że jeżeli będziemy jechać na skróty to gra może nam nie uznać okrążenia), turbo tymczasowo przyspiesza brykę, dynamit spowoduje, że wszyscy oprócz gracza podskoczą, a ikonka ducha pozwoli przejechać przez wozy przeciwnika.
Równie jajcarskie podejście widać w systemie kolizji, normalnie w ścigałkach gdy auto uderza o inne, to albo słychać trzask i następuje uszkodzenie obu wozów, albo po prostu się spycha wrogiego gracza. Tu po zderzeniu autka wesoło podskakują i wydają wesołe „bonk”, natomiast gdy ehm… „niechcąco” zderzymy się z elementem otoczenia, nie ważne czy to z domem, kamieniem czy z drzewem te… zacznie wydawać losowe dźwięki gdaczenia, miałczenia, szczekania, muczenia itd. nie raz miałem salwę śmiechu z tego nietypowego podejścia do tematu.

Trochę się rozpisałem o zasadach rozgrywki oraz oferowanych trybach (gra niestety nie oferuje trybu multi, a szkoda) to teraz przejdę do oprawy audiowizualnej. Graficznie jak pewnie widzicie nie powala, ale mimo prostoty ma to swój urok – proste prostopadłościenne obiekty przypominają jakby były ręcznie złożone z kartonu, co jak najbardziej pasuje to kreskówkowej oprawy graficznej. Muzycznie jest dobrze… gdyż utwory MIDI zostały bezpośrednio wzięte z innych tytułów, w tym między innymi Manx TT Super Bike, Crash Bandicoot, MacGyver, serii Super Mario Bros i jeszcze paru innych tytułów raczej bez zgody autorów, no ale kto by się takimi szczegółami przejmował ;).
Sunday Drivers na pierwszy rzut oka wygląda na ot kolejną prostą ścigałkę z uproszczonym modelem jazdy i równie prostymi trasami, po dłuższym zastanowieniu przyznam, że w latach dwutysięcznych istniało mało trójwymiarowych darmówek, no chyba że mody do popularnych FPSów, lub takie co wykorzystują gotowy silnik. Z dzisiejszego punktu widzenia śmiało można sklasyfikować tę gierkę jako gra indie, dająca sporo frajdy dla tych, którzy nie gonią za nowościami i pełną bajerów grafiką. Moim zdaniem warto spróbować, bo zdaję sobie sprawę, że nie każdemu ten tytuł będzie odpowiadał.

Sunday Panzers
Ermes Design – PC (2004)
Zręcznościowa
Po gorących drfitach przenosimy się na pole bitwy zasiadając w gąsienicowy pojazd opancerzony zwany popularnie czołgiem. Sunday Panzers łączy mechanikę zarówno starego dobrego Battle City, jak i współczesnego World of Tanks, mimo że powstała na długo przed tą drugą pozycją. Zasady rozgrywki są równie proste co lufa czołgu: mamy zniszczyć wszystkie wrogie jednostki zachowując co najmniej jedną swoją na chodzie.

Cytując klasyka „przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”, dlatego nasze boje nie będziemy toczyć sami, a ze wsparciem komputerowej inteligencji. Przed rozpoczęciem starcia wybieramy drużynę mającą duży wpływ na statystyki naszych pojazdów, skład drużyny no i oczywiście poziom. Jak na prostą gierkę Sunday Panzers oferuje całkiem rozbudowaną warstwę strategiczną, otóż każdy z poziomów ma z góry ustaloną ilość kredytów, za które możemy kupić jednostki niczym w RTSach. Możemy iść albo na ilość, albo na jakość, albo coś pomiędzy. Najtańsze lekkie szybkie i niezbyt wytrzymałe jednostki kosztują 3 kredyty, zaś najdroższe potwory wymagają aż 40, przez co w pierwszych levelach nimi nie pojeździmy, gdyż nie będzie nas na nie stać. Maksymalnie naraz można mieć 12 tanków w trakcie jednej bitwy i co ciekawe, z użyciem klawiszy od F1 do F12 można w dowolnym momencie przełączyć na dany pojazd, o ile nie został zniszczony. Z pozostałej klawiszologii jest jeszcze spacja do oddania strzału, strzałki do wybrania kierunku jazdy oraz prawy control aktywujący nitro… zaraz co? Tak jest drodzy czytelnicy jest to chyba jedyna gra w której czołgi wykorzystują podtlenku azotu do chwilowego przyspieszenia.

Graficznie Sunday Panzers w porównaniu do Drivers wygląda niemal identycznie, jedyną różnicą jaką zauważyłem to z lekka ciemniejsze barwy, no i oczywiście zupełnie inna fizyka kierowania pojazdami, tym razem zamiast driftowania na prawo i lewo, skręcają jak normalne zwykłe auto… znaczy czołg. Drzewa też dostały inną fizykę, teraz zamiast wydawać zwierzęce dźwięki bujają się jakby były zrobione z gumy. Jedynie do czego mógłbym się przyczepić i niestety jest to odczuwalne, że po paru chwilach da się odczuć monotonię rozgrywki, gdyż praktycznie każdy poziom wygląda mniej więcej tak samo, czasem trochę pagórki będą inaczej poustawiane no i będzie inny rozstaw przeciwników. Raczej tylko dla fanów czołgów lub szukających chwilowej odskoczni od większych hiciorów, pamiętajcie tylko żeby uważać by przypadkiem nie zestrzelić owieczki, bądź krowy!

Zdaję sobie sprawę że istnieje duże ryzyko że na współczesnych systemach obie gry nie ruszą, wszak powstały na antycznym silniku DarkBASIC z roku 2000. Jednak mam dobrą nowinę, odpaliłem z wykorzystaniem DxWnd i śmigały aż miło, zarówno w trybie okienkowym, jak na pełnym ekranie.