Legendy Salonów Gier | Kraków Arcade Museum – Run and gun oraz Beat em up

Kilka miesięcy minęło od mojego poprzedniego artykułu, w którym opisywałem początki mojej przygody z salonami gier i automatami. Od tamtego czasu upłynęło trochę czasu i wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy. Jednymi z ciekawszych było otwarcie Interaktywnego Muzeum Gier Wideo w Krakowie, które zaprezentowali Wam już Larek i Borsuk w swoim artykule i filmiku. Chłopaki odwalili bardzo fajną robotę i zaprezentowali Wam już praktycznie większość automatów, które można znaleźć w tym miejscu. Borsuk może o grach gadać godzinami, więc taki filmik w jego wydaniu mógłby trwać i dobę – gdyby tylko Larkowi chciało się to później obrabiać a Wam oglądać ;). Nie o tym artykule i filmie jednak chcę tu pisać a o moich wrażeniach z tego miejsca oraz… oczywiście o kolejnej porcji gier, które ogrywałem w różnych salonach w trakcie swojego młodzieńczego życia,

..::Słowem wstępu::..

O otwarciu muzeum dowiedziałam się od mojego kolegi z pracy, który wiedział, że interesuję się takimi tematami i podrzucił mi informację. Dzięki mu za to, bo już miałem się wybierać do Manchesteru, aby tam poużywać sobie na automatach i powspominać swoje dziecinne lata. Okazało się jednak, że bliżej też powstaje taki przybytek. Akurat tak się złożyło, że otwarcie tego miejsca w Krakowie nastąpiło bardzo blisko daty Amigowiska a zatem ustaliliśmy z moimi kolegami partowiczami, że odwiedzimy ten przybytek w drodze powrotnej. Larek oraz Borsuk również ustawili się na ten dzien. Miał przyjechać również Repip, ale nie udało mu się – zakładam, że kiedyś się wspólnie wybierzemy. Drugi raz udaliśmy się tam przy okazji wyjazdu na Retronizację, po drodze z lotniska, gdzie odbieraliśmy Sordana i z krakowskiego dworca PKP, gdzie odbieraliśmy Krashana. I co tu dużo mówić – obie wizyty były zdecydowanie warte poświęconego czasu i…. za krótkie :/ niestety te dwie – trzy godziny, które udało mi się tam spędzić, minęły niczym 5 minut. Ale tak to niestety jest z przyjemnie spędzanym czasem – przecież dwu czy trzydniowe party retro również mijają tak szybko, że nawet nie wiemy, kiedy. Czyż nie? A tym bardziej kilka marnych godzin spędzonych w świecie, w którym czujemy się jak Piotruś Pan … no bo czym innym można nazwać miejsce, które cofa nas do dzieciństwa?

..::Muzeum::..

Miejsce, które otworzył Marcin (tak na imię ma niesamowity pasjonat i właściciel wszystkich maszyn, które stoją w muzeum) jest po prostu niesamowite. Z zewnątrz niepozorne, mieszczące się na obrzeżach Krakowa – w tym samym budynku co Jump Park – ale po przekroczeniu drzwi przenoszące nas do świata sprzed 30 lat.

Tablica przed wejściem do muzeum, klimatyczna i zapowiada dobrą zabawę przez następne kilka godzin…

Ok, może nie tak do końca, bo przecież 30 lat temu chyba nie było w Polsce takich miejsc. W Polsce mieliśmy salony, w których w porywach mogliśmy znaleźć max 20-30 automatów. W niektórych znajdowało się 5 a w niektórych 2 lub 3. Przekraczając progi krakowskiego muzeum wchodzimy do przyciemnionego pomieszczenia rozświetlanego tylko gdzieniegdzie neonowymi lampami oraz ekranami ponad setki automatów. Taki widok każdego fana arcade może przyprawić o zawrót głowy i przywołać najfajniejsze wypomnienia z lat dzieciństwa. Tak było u w moim przypadku – rozpłynąłem się po prostu i zanurzyłem w eksploracji tego przybytku. Zacząłem dotykać automatów i przeglądać zbiory i tak po ludzku zazdrościć Marcinowi możliwości posiadania tych wszystkich eksponatów i takiego miejsca. Nie będę tutaj dokładnie opisywał, jak wygląda miejsce i jakie są tam wszystkie automaty (tym bardziej, że ich liczba oraz to, jakie gry są na nich uruchamiane się ciągle zmieniają). Zaznaczę jedynie, że bardzo dużo automatów jest w oryginalnych obudowach, co jest na prawdę godne podziwu – bo w Polsce rzadko można było spotkać automaty w oryginalnych obudowach.

Neonowe światła, rozświetlone ekrany, kolorowe obudowy… wchodzimy do świata, w którym czas się cofnął, ale jednocześnie przyspiesza i płynie za szybko…

..::Gry::..

W tej części moich wspominek chciałbym przywołać kilka gier z gatunków, które można określić jako Run’n’gun i Beat’em up – przy czym nie chciałbym tutaj używać dokładnie takiej klasyfikacji, bo u mnie nie jest ona ścisła. Znowu nie będę opisywał gier chronologicznie a w kolejności, w której ja się z nimi spotkałem. Nie będą to również pełne opisy, a jedynie kilka zdań na temat każdej gry, oddające moje odczucia – dodatkowo zaznaczę, którą widziałem, bądź ograłem w krakowskim muzeum.


Green Beret (Konami, 1985)

Jedna z pierwszych gier z jakimi się w ogóle spotkałem na automatach. Pojawiła się na automacie ojca mojego kolegi (wspominałem o tym w poprzednim odcinku), zastępując bodajże Kung Fu Master. Bardzo polubiłem tą grę od samego początku. Była łatwa w nauczeniu sterowania. Dwa przyciski – nóż i strzał specjalny (albo miotacz ognia albo bazooka – które przydawały się w odpowiednich miejscach, kiedy wrogowie napływali falami lub trzeba było zniszczyć miny leżące na naszej drodze) oraz sterowanie (góra to skok i wspinanie po drabinkach). Była również powtarzalna – więc można było się nauczyć, w których miejscach pojawiają się wrogowie. W początkach naszych styczności z grami takie rozwiązanie pozwalało masterować gry i je ostatecznie przechodzić. Losowość utrudniała wtedy zadanie zdecydowanie ;) Grałem w tą grę bardzo długo, ale ostatecznie udało mi się ukończyć wszystkie cztery poziomy i uwolnić więźniów. Czasem włączam ją sobie na emulatorze i przechodzę jeden bądź dwa poziomy (początkowe ciągle mam w pamięci i wiem, jak je przechodzić).  Próbowałem również grać w porty tej gry na komputerze, ale w żadnej wersji, którą ogrywałem nie oddawały tego, co dawała rozgrywka na automacie.


Ghost’n’Goblins (Capcom, 1985)

Oj. Ta gra dała mi nieźle popalić. Jest to jedna z najtrudniejszych gier arcade w jakie grałem. Jako jedna z nielicznych nigdy mi się nie poddała i nigdy jej nie ukończyłem. Dochodziłem bardzo daleko, ale ostatecznie porwanej mi księżniczki nie udało się uratować. Wspaniała rozgrywka i wpadająca w ucho muzyka (do dzisiaj ją rozpoznaję) powodowały, że ciągle chciało się wrzucać monety do automatu i pokonywać kolejny etap i kolejny raz podejmować wyzwanie. Grałem później w wersję na Commodore 64, która była, z tego co pamiętam, okrojona, ale nadal trudna i jej nie ukończyłem. W 2015 roku wypuszczona została fanowska wersja na Commodore 64 zawierająca wszystkie 8 poziomów – oczywiście również jej nie ukończyłem ;) Wspomnę tylko, że kolejna część – Ghouls’n’Ghost – jest jeszcze trudniejsza ;)). Gra znajduję się w muzeum i próbowałem rozgrywki kilkukrotnie. Niemniej gra ta wymaga na prawdę ciągłego treningu, bo przy ostatnich podejściach doszedłem tylko do trzeciego etapu ;)


Commando (Capcom, 1985)

Gra legenda. Kto nie zna? Chyba nie ma tu nikogo takiego ;) Oj, scena, kiedy nadlatuje helikopter i wiatr wywołany jego łopatami porusza palmami a następnie nasz żołnierzyk zostaje zrzucony z helikoptera wprost na wrogie terytoriom, zapadała w pamięć. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj również muzyka, której nie da się po prostu zapomnieć i rozpoznaje się ją po pierwszych nutkach ;) Do dzisiaj nie wiem czemu granaty zdobywało się zbierając cegły (no dobra – może to były skrzynki? ;)). Prosta w swoim założeniu strzelanka, w której poruszaliśmy się ciągle w górę – ale ileż frajdy nam dostarczała? Ratowanie jeńca z rąk eskortujących go wrogów, aby uzyskać ekstra punkty – przyczajenie się na „kapitana”, który wychodził z kończących etap bram, aby uzyskać ekstra 5000 punktów. 8 etapów, które trzeba było przejść, aby zobaczyć napisy „Congratulations” – jakże długo było mi dane trenować, aby to uczynić ;) Grałem również w wersję na C64, która była również bardzo miodna (dźwięki SID-a podobały mi się chyba nawet bardziej niż oryginalne). Kilka lat temu pojawiła się wersja na C64, uzupełniona o brakujące 3 poziomy.


Gun Smoke (Capcom, 1985)

No i mamy również kowboja na dzikim zachodzie, który ściga bandytów. W tamtych czasach, kiedy w TV puszczane były westerny zawładnięte przez Johna Wayne czy Clinta Eastwooda, oczywiście nie mogło zabraknąć tej tematyki również w grach. Kiedy zatem Gun Smoke pojawił się w naszym salonie, od razu zdobył sobie grono wielbicieli. Również ja się do nich zaliczałem, bo gra na prawdę robiła bardzo dobre wrażenie i miała świetną grywalność – taki ciut rozwinięty Commando w klimacie westernu. Pokonując kolejne etapy pokonywaliśmy kolejnych bossów-gangsterów i zdobywaliśmy kolejne nagrody pieniężne (punktowe) wyznaczone za ich głowy. Była to chyba jedna z pierwszych gier, w których można było usprawniać swojego protagonistę. Znalezione buty zwiększały szybkość, strzelba zasięg strzału, a nawet można było dosiąść konia, dzięki czemu mogliśmy przyjąć na siebie kilka strzałów zamiast jednego. Bardzo ciekawie było również oddawanie strzałów – już nie tak jak w Commando, gdzie kierunek strzału determinowany był przez kierunek, w którym poruszał się nasz żołnierz. Tutaj można było oddawać strzały również na boki – do każdego kierunku służył osobny przycisk – można było je również naciskać równocześnie, aby uzyskiwać strzały w wielu kierunkach na raz. O ile dobrze pamiętam to dla mnie najtrudniejszym bossem był Indianin, który paradoksalnie nie był ostatnim z bossów. Długo męczyłem tą grę, ale ostatecznie przeszedłem wszystkie sześć etapów (sprawę ułatwiało również to, że przeciwnicy pojawiali się zawsze w tych samych miejscach, więc długie masterowanie gry pozwalało zapamiętać wszystkie układy). Grałem również w wersje na C64, ale… niestety nie dorastała wersji automatowej do pięt. Rewelacyjna grafika i muzyka wersji arcade oraz sposób sterowania i oddawania strzałów były po prostu nie do doścignięcia. Do dzisiaj pamiętam i wspominam zatem wersję arcade i chętnie zagrałbym ponownie na automacie.


Ikari Warriors (SNK, 1986)

Ta gra jest ciekawostką. Przede wszystkim ze względu na to, że w Polsce bardzo rzadko (jeśli w ogóle) występowała w pełnoprawnej technicznie wersji. O tym za chwile. Gameplay gry oparty był na postaci Rambo (a może takie tylko my mieliśmy odczucie grając w ten tytuł?). Najlepiej zaś grało się w wersji na dwóch graczy, bo tutaj chyba po raz pierwszy spotkałem się z tą opcja i często z niej korzystaliśmy. Przedzieranie się przez dżunglę wojakami było udanym podkreśleniem naszych emocji odczuwanych przy oglądaniu filmów z Sylwkiem Stallone. Bardzo dobra grywalność, spowodowana tym, że można było wzmocnić swoją amunicję a także wsiąść do czołgu. Mimo, że graficznie gra nie przedstawiała jakiegoś mistrzostwa, to jednak było w niej coś co przyciągało na długie godziny i ostatecznie poskutkowało ukończeniem gry. Jak wspomniałem gra miała jedno ograniczenie techniczne. Nasz bohater poruszał się cały czas w górę skierowany do przodu i tak też strzelał, nie reagując na zmianę kierunku. Chcąc skierować lufę karabinu w innym kierunku, należało nacisnąć przycisk, który powodował obrót karabinu o 135 stopni w jedną lub drugą stronę. Trochę było to toporne, ale przyzwyczailiśmy się do tego. W niektórych automatach nie było tek opcji i grało się z lufą skierowaną ciągle w przód. Okazuje się, że oryginalny automat miał specjalne joysticki, które oprócz ruchów w odpowiednich kierunkach umożliwiały również obrót wokół własnej osi, co powodowało obrót lufy karabinu, czy działa czołgu. Jak wiadomo w Polsce rzadko kiedy w salonach były oryginalne automaty, więc na naszym rynku pojawiała się właśnie wersja zmodowana, w której elektronicy po prostu dorabiali układ sterujący karabinem na przyciskach. Nie przeszkadzało nam to jednak, aby z sukcesem ukończyć grę. Grałem również w wersję na C64, w której strzał odbywał się zawsze w kierunku, w którym poruszał się nasz bohater, jednak ta wersja nawet do pięt nie dorastała wersji arcadowej. W muzeum przy trzeciej wizycie pograłem w Guerilla Wars, która jest bardzo podobna do Ikari Warriors. Wersja w muzeum również nie ma obrotowych joyów i ma ustawiony obrót o 135 stopni pod przyciskiem. Uff nie jest to już takie łatwe teraz – potrzeba praktyki, by się ponownie do tego przyzwyczaić. Zatem pograłem tylko parę chwil i udałem się dalej (bo miałem mało czasu, a chciałem jeszcze inne automaty ograć).


Golden Axe (Sega, 1989)

Któż nie pamięta tego hiciora od Segi, który doczekał się później całej serii? Ja jednak miałem styczność tylko z pierwszą odsłoną, w której pierwszy raz spotkałem się z możliwością wyboru postaci, którą chciało się grać (później stało się to już standardem we wszelkich grach Run’n’gun czy bijatykach). Możliwość wyboru postaci powodowała, że dostawaliśmy niejako więcej gier w jednej, bo wybór ten miał wpływ na rozgrywkę. Również tutaj gra umożliwiała rozgrywkę na dwóch graczy w trybie kooperacji co powodowało, że automat cieszył się dużą popularnością i długo nie schodził u nas z salonu. Dodatkowa możliwość dosiadania smoków dawała dużo frajdy, a dla kogoś, kto dobrze opanował tą sztukę, umożliwiała łatwiejsze kończenie poziomów. W przypadku tej gry niedługo nam zajęło, aby ją ukończyć – nie jest trudna i po kilkudziesięciu minutach gry nawet obecnie jestem ją w stanie przejść. Grałem również w wersję amigową, ale to dopiero po latach, kiedy wróciłem do retro – była to pierwsza gra, którą ograłem na zakupionej ponownie Amidze 500. Wersja amigowa oddaje w pełni grywalność automatu. Tytuł ten znajduje się w zbiorach muzeum i również ogrywałem go tam z przyjemnością.


Vendeta (Konami, 1991)

Jedna z pierwszych bijatyk, w które grałem w swoim życiu. Ładnie wprowadzające intro mówi o tym, że gang porywa naszą koleżankę. Wybierając jednego z czterech bohaterów (jeden przypominał mi zawsze Hulka Hogana) mamy misję, aby koleżankę uratować. Pamiętam, że w tej grze pierwszy raz spotkałem się z interakcją z otoczeniem. Można było podnosić przedmioty (beczki, skrzynki) i rzucać nimi w przeciwników. Można było je rozwalać a w środku znajdowaliśmy dodatkowe pomoce w postaci broni. Broń mogliśmy odbierać również naszym przeciwnikom, których również można było „dobijać” kopniakami, kiedy leżeli na ziemi. Przeciwnikami można było również rzucać – zatem zestaw możliwości, które mieliśmy w walce z atakującymi nas przeciwnikami był dość imponujący. Mimo, że gra nie była jakimś wielkim hitem to jednak dużą frajdę sprawiało rozprawianie się z bandziorami i zrzucanie ich z motocykli bądź z mostu. Imponujący zestaw bossów, na których trzeba było znaleźć sposób również dodawał smaczku całej rozgrywce. Lubiłem tą grę i jest to jedna z nielicznych, które ogrywałem tylko na automacie. Nie pamiętam, czy udało mi się ją ukończyć, ale patrząc na longplay na YouTube, jak przez mgłę kojarzę, że widziałem się twarzą w twarz z ostatnim bossem, który atakuje nas mechaniczną piłą tarczową. Gra jest w muzeum i rozegrałem sobie na niej partyjkę, aby przywołać wspomnienia – nadal daje tyle samo frajdy co kiedyś ;) Jednak nie dorównuje kolejnemu tytułowi na liście, czyli..


Final fight (Capcom, 1989)

To chyba moja ulubiona chodzona bijatyka z automatów. Mimo, że wydana wcześniej niż wspomniana wyżej Vendetta, to ja ogrywałem ją jednak później i porównywałem ją do Vendetty i oceniałem ją wtedy (teraz również) wyżej. Bardzo duże postacie i większa dynamika gry (dużo więcej się dzieje na ekranie). Mnóstwo broni, które można wykorzystać do rozprawienia się z nadciągającymi hordami przeciwników. Dodatkowo, podobnie jak w Golden Axe, każda postać miała dodatkowe ciosy specjalne – uzyskiwane przy podwójnym pchnięciu joya w kierunku, w którym chciało się pobiec i przyciśnięciu fire oraz super cios uzyskiwany przez naciśnięcie przycisku ciosu i skoku równocześnie. Zróżnicowane etapy (oj jakie wrażenie robiło na nas, kiedy wsiadaliśmy do metra i mogliśmy w nim dokonać rozwałki). Ciekawi bossowie oraz etap bonusowy z rozwalaniem auta (nie wiem czemu w całej grze był tylko jeden taki etap – szkoda, bo urozmaicał trochę grę). Bardzo dużo razy grałem w tą grę i nigdy nie udało mi się jej przejść całej. Mimo, że gra umożliwiała kontynuowanie od miejsca, w którym zginęliśmy, to po prostu wymagało to później bardzo dużej liczby monet, które trzeba było poświęcić na wymasterowanie i przejście dalszych etapów. Wersja amigowa była dość dobrą konwersją, jednak w tamtych czasach nie miałem jej (ani żaden z moich kolegów) w swoich zbiorach, zatem nie było mi dane jej ogrywać. Po latach, kiedy rozpocząłem przygodę z retro i uruchomiłem pierwszy emulator arcade zbudowany na Raspbery Pi, do którego podłączyłem arcade sticka – przeszedłem grę i w końcu zobaczyłem zakończenie. Swoją drogą, to ciekawe, dlaczego autorzy gier umieszczali bossa (przeważnie ostatniego) na wózku inwalidzkim. Może wiecie? A może znacie tytuły innych gier, w których boss był na wózku? Podajcie w komentarzach. Final Fight jest również dostępny w muzeum i nie omieszkałem sobie go przypomnieć z kolegą Vato w trybie kooperacji – wtedy gra ma jeszcze lepszą grywalność ;)


Teenage Mutant Ninja Turtles (Konami, 1989)

Końcówka lat osiemdziesiątych, to okres, kiedy w TV nadawano w Polsce serial, który oglądało wtedy chyba każde dziecko. W sobotnie przedpołudnie przed ekrany telewizorów ściągały nas postacie czterech zielonych pizzożerców, którzy szkoleni przez szczura Splintera, próbowali pokonać złego Shreddera. Było więc oczywiste, że na fali popularności pojawi się gra, która temat rozwinie – i tak też się stało. Gra była klasyczną chodzoną bijatyką, ale to czym się wyróżniała, to była jej obudowa umożliwiająca grę w kooperacji aż na czterech graczy. Kiedy w naszym salonie stanął ten automat, wszyscy rzucili się na niego – oczywiście gra we czterech była mało ekonomiczna na początku – kiedy wszyscy byli słabi marnowało się cztery razy więcej monet na jedną rozgrywkę. Z czasem pojawiali się bardziej wytrenowani gracze, do których warto było się dołączyć, bo można było dzięki temu dojść dalej i potrenować na dalszych etapach. Zieloni zjadacze pizzy nie zagrzali jednak długo miejsca w naszym przybytku i nie było nam dane przejść tej gry do końca. Nie grałem też później w tą grę już na żadnym innym systemie, mimo, że była ona zportowana na praktycznie każdą maszynę.


Shinobi (Sega, 1987)

Jedna z licznych gier z gatunku chodzonych bijatyk platformowych (określenie gatunku moje). Zawsze lubiłem wszelkiego rodzaju gry, gdzie trzeba było się poruszać po platformach, a przy okazji jeszcze kogoś czasem ubić. Shinobi przyciągnęła mnie od pierwszych dni, gdy pojawiła się w salonie, swoją grywalnością i wzrastającym poziomem trudności. Kiedy grałem w tą grę, byłem już niejako weteranem arcadowych rozgrywek i opanowanie każdej nowej gry przychodziło mi z dużą łatwością. Tutaj mając do dyspozycji ograniczony zestaw ataku (skok obezwładniający przeciwnika, cios, gwiazdka oraz pocisk wybuchowy) trzeba było, mając ograniczony czas, rozprawiać się z zastępami zróżnicowanych przeciwników. Do tego należało się jeszcze sprawnie przemieszczać po platformach i różnego rodzaju przeszkodach (pamiętam jak długo trenowałem przejście po słupach stojących w wodzie, z której wyskakiwali nurkowie ninja, lub po słupach w pagodzie, gdzie skakali zieloni i czerwoni ninja). Ciekawie skonstruowane etapy kończące się każdorazowo fajnym bossem, a do tego super przerywniki w postaci plansz bonusowych, w których rzucaliśmy gwiazdkami, sprawiały, że podchodziłem do tego automatu bardzo często. Na tyle, aby ukończyć ostatecznie grę na jednym żetonie. Z tą grą jest jak z jazdą na rowerze – nie da się jej zapomnieć, Działa tu pamięć mięśniowa – ponieważ przeciwnicy pojawiają się zawsze w tych samych miejscach, można nauczyć się w nią grać perfekcyjnie. Kiedy po kilkunastu latach zagrałem więc w nią w muzeum krakowskim – nie miałem problemu, by przejść kilka etapów z marszu. Kiedyś pokuszę się o przejście tam całej gry.


Captain Commando (Capcom, 1991)

Po sukcesie Final Fight, Capcom stworzyło kolejnego beat’em upa. Tym razem osadzonego trochę w przyszłości. Znowu dostaliśmy świetną rozgrywkę, która umożliwiała również tryb kooperacji. Do wyboru były cztery postacie i podobnie jak w FF mieliśmy możliwość wykorzystania specjalnych ciosów, przy użyciu odpowiedniej kombinacji ruchów i przycisków. Ponownie mogliśmy podnosić porzucone bronie i wykorzystywać je do walki z przeciwnikami a także wykorzystywać stojące gdzieniegdzie mechy, dzięki którym łatwiej było gromić przeciwników. Ponownie mnóstwo elementów scenerii było interaktywnych i można je było rozwalić. Odtwórcze? Być może, ale grywalne fest. Świetni bossowie, super grafika, bardzo dobry gameplay – i lekki zapach świeżości przez podniesioną dynamikę gry. To wystarczyło, aby ogrywać tytuł na tyle długo, by go ukończyć – choć nie jestem pewny, czy na jednym żetonie, czy przy użyciu kontynuacji (czy ta gra miała w ogóle taką opcję?)


Cadillac and Dinosaurs (Capcom, 1993)

Jeden z ostatnich tytułów, które tu wspomnę. Ta gra pojawiła się dość późno, ale do tej pory ma wielu fanów. Również ja się do nich zaliczam. Czerpała wiele ze swoich poprzedników – umożliwiała wybór postaci, zbieranie broni, kooperacje, specjalne ruchy a do tego również rozwałkę otoczenia. To co wyróżniało ten tytuł, to bardzo kolorowa grafika i dynamizm akcji oraz wprowadzenie do gry przeciwników w postaci dinozaurów. Ogromne stwory towarzyszyły nam (a raczej próbowały nas zabić) na każdym etapie. Początkowe etapy były dość proste, jednak z każdym kolejnym, poziom trudności rósł – pojawiały się większe liczby przeciwników, a ich poziom energii był coraz większy, co powodowało, że trzeba było się mocno napracować, aby ich pokonać. Każdy z ośmiu etapów zakończony był bossem, a każdy z nich był trudniejszy do pokonania. 20 lat temu nie dałem rady przejść wszystkich etapów, mimo że gra posiadała możliwość kontynuacji (sprytnie wymyślone przez twórców mechanizmy podnoszenia trudności na dalszych poziomach powodowały, że mimo iż doszliśmy daleko na jednym żetonie i użyliśmy kolejnego, by kontynuować grę w miejscu, gdzie zginęliśmy, powodowały, że gra od tego miejsca trwała bardzo krótko i trzeba by wykorzystać ogromną liczbę monet, by ją ukończyć). Po latach, podczas drugiej wizyty w muzeum, stanęliśmy do automatu wraz z Vato i ukończyliśmy grę – nie liczyliśmy jednak, ile kolejnych kontynuacji musieliśmy na to zużyć – nie o to przecież chodziło, a o to, aby zobaczyć outro…


Metal Slug, (SNK, 1996)

W ten oto sposób docieramy do jednego z killerów na automaty arcade. Kto nie zna tego tytułu, niech lepiej szybko nadrobi zaległości. Marka sama w sobie, która spowodowała, że seria rozwinięta została w wielu kolejnych kontynuacjach (w jednej z części można było nawet wybrać jako postać, bohaterów z Ikari Warriors ;)) Gra od pierwszych dni, kiedy pojawiła się w naszym salonie, przykula uwagę wszystkich. Jej grywalność i nowatorskość zawładnęła wszystkimi. Gra była trudna, ale po pewnym czasie nabierało się dużej wprawy i używając czołgu można było bardzo łatwo pokonywać kolejne etapy. Bardzo kolorowa grafika, i  możliwość rozwalenia praktycznie wszystkiego, co pojawiało się na planszy (łącznie z otoczeniem) oraz odrobina humoru (np. jeńcy latający tylko w samych majtkach czy świniaki wędrujące po placu boju) wraz z fajnym arsenałem broni do wykorzystania dawały ogromną frajdę z obcowania z automatem. Ja pozostałem wierny jedynie pierwszej części i w kolejne już nie grałem – wydane zostały na automaty i różne konsole. Całą serię opisał nam tu już dawno temu Borsuk, więc nie ma co się rozpisywać – po prostu trzeba grać ;) W muzeum stoi automat z Metal Slug 5, ale akurat tej grze poświęciłem tam bardzo mało czasu – cóż, będzie powód, aby wybrać się znowu ;)


..::Podsumowanie::..

Na tym zakończę tą część nostalgicznego powrotu do czasów automatów i salonów gier. Połowa lat dziewięćdziesiątych to okres, kiedy salony gier zaczęły się u nas wyludniać, a także zaczęły się w nich pojawiać automaty z grami 3D (Tekkeny, Virtua Fightery, czy inne Virtua Copy) oraz ogromne automaty symulatorowe. Ten okres już mnie osobiście nie dotyczy, bo nie byłem targetem takich tytułów, a dodatkowo poświęciłem się w znacznej mierze szkole, studiom i innym rozrywkom (gry jednak dalej mi towarzyszyły, ale teraz już w postaci produkcji amigowych a potem pecetowych). Fajnie, że powstają takie miejsca, jak muzeum krakowskie, w którym można sobie te wszystkie tytuły przypomnieć – Marcin zapowiada, że sukcesywnie będzie sprowadzał kolejne tytuły, które wszyscy dobrze pamiętamy. Ja, gdy tylko będę miał możliwość, to będę odwiedzał krakowską miejscówkę. Obiecałem sobie, że jeśli tylko będę w okolicach, to nie omieszkam nie wstąpić do tych przybytków pod Pragą, czy w Manchesterze ;))

Pomyśleć, że kilka lat temu, sam chciałem założyć takie miejsce, ale wtedy myślałem, że nikt o zdrowych zmysłach nie będzie chciał w ogóle przyjść do takiego miejsca i obcować z takim sprzętem. Myślałem, że to jedynie moje nostalgiczne myślenie powoduje, że ciągle wracam do takich miejsc w myślach. A jednak nie – jak widać na przykładzie tego muzeum, takie miejsca są potrzebne. I to nie tylko nam czterdziesto, czy pięćdziesięciolatkom, aby odpływać w nich na falach nostalgii. Również młodzi znajdują w takich miejscach wiele uciechy, a także dowiadują się, jak wyglądała nasza rozrywka w latach młodzieńczych oraz od czego zaczęła się cala historia gier, która trwa do dzisiaj. Tak, bez automatów nie byłoby dzisiaj PS4, Xbox One czy wypasionych kart graficznych do PC-tów. Gdyby nie rynek arcade, to gry wideo mogłyby się nie rozwinąć w taki sposób jak to się stało… a może nie? A może to tylko nam (starym wariatom) tak się wydaje? Kto wie? To jednak nie ma znaczenia – tak długo, jak istnieją takie miejsca i jak długo możemy sobie je odwiedzać i wspominać i żyć w świecie młodości, niczym Piotruś Pan. Chciałoby się, żeby, tak ja w USA w czasach, kiedy istniało Twin Galaxies, również i teraz były organizowane zawody w graniu na automatach. Może Marcin się pokusi i zorganizuje taki turniej, w którym pogramy w kilka gier, i na który zjadą się gracze z regionu (a może i całej Polski)? Ja już jestem chętny i wpłacam za wpisowe – powiedzcie tylko kiedy ;)

..::Trzecia wizyta::..

Hehe, i zaliczyłem również trzecią wizytę w muzeum. Całkiem nieplanowaną. Kiedy pisałem ten artykuł, to myślami byłem gdzieś w okolicy tego, żeby zorganizować wypadzik z kolegami z redakcji. Żeby sobie porywalizować. Już się zastanawiałem, kiedy coś takiego można by zmontować, a czas płynął (kilka dni…). Po powrocie z urlopu wpadłem jednak w wir pracy i… mocno mnie to przygnębiło. Siedząc jednego dnia w pracy i rozwiązując jakieś złożone problemy egzestencjalno-projektowo-kadrowe wpadł mi do głowy plan, by po pracy pojechać się rozerwać. Szybko ustaliłem z moją koleżanką małżonką, czy nie ma przy okazji czegoś do załatwienia w Krakowie i decyzja zapadła. Jedziemy do grodu Kraka – żona załatwi swoje sprawy, a ja spędzę czas w muzeum. Pomyślałem, że będzie to niezłe – samotnie, dostęp do wszystkich maszyn, nie poganiany przez nikogo. WOW. Pojechałem, kupiłem bilecik open i miałem przed sobą kilka godzin (dokładnie 3) obcowania w tym miejscu. Było – MEGA – pograłem na kilku opisanych tutaj w tym przeglądzie automatach, ale najwięcej frajdy zrobiła mi gra w 1942. Pamiętam, że kiedyś grałem w niego dużo – to była jedna z pierwszych gier, które ogrywałem i aż dziwne, że nie umieściłem jej w przeglądzie shmupów w poprzednim artykule. Stanąłem więc przy automacie i zacząłem grać… po 15 minutach ogarnąłem rozgrywkę i stwierdziłem, ze spróbuję zrobić jakiś dobry wynik. Nie sprzyjała temu pogoda, ponieważ w muzeum było parno, więc się mocno pociłem (pewnie dodatkowo przez emocje :P), ale i tak grało się świetnie i udało się uzyskać niezły wynik – nigdy takiego jeszcze nie zrobiłem w tą grę.

Ktoś chętny, żeby poprawić mój wynik? A może pojedynek? 

Chętnie bym się zmierzył z kimś, albo nawet samemu spróbował ponownie przejść całość (w tym dniu zostało mi 20 poziomów do końca, więc trochę więcej niż połowa :)). Ogólnie wypad zaliczam do bardzo udanych (czyli trzy na trzy są ocenione przeze mnie na piątkę z plusem) i zaliczam to miejsce jako dobre miejsce do odstresowania się po ciężkim dniu pracy. Szkoda tylko, że tak daleko trzeba jechać, by się pobawić te parę godzin. Zakładam, że kolejny wypad zrobię na pełny dzień :)

P.S. Kiedy rozmawiałem z Marcinem i powiedział mi jakie są koszty zakupu i sprowadzenia takich automatów, to już wiem, że mimo iż mój pomysł sprzed lat nie był aż tak szalony, to jednak wymaga ogromnych nakładów finansowych – co jest znaczącym blokerem w tym, że mógłbym to wtedy zrobić. Jednak fajnie, że mój pomysł (jak widać nie tylko mój), mimo, że nie w mojej realizacji, w jakiś sposób się sprawdził. Marcin, życzę Ci, aby miejsce trwało jak najdłużej i przychodziło do niego jak najwięcej ludzi. Wszyscy wiemy, że hobby jest drogie – więc jeśli odwiedzający, mogąc poznać ten jakże fajny kawałek historii, choć trochę wspomogą Cię w jego rozwijaniu i utrzymaniu – to tym lepiej.

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200 oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...