Recenzja | Wacky Races

And now here they are!!!! The most daredevil group of daffy drivers to ever whirl their wheels in the Wacky Races.

Gry wyścigowe potrafią zaserwować sporo emocji podczas manewrów wyprzedzania rywali na wymagającym umiejętności zakręcie. Ale ciekawiej jest, gdy podczas tego zakrętu rywal oberwie z działa i wpadnie na wybuchową dynie! Wacky Races to jedna z tych kreskówek kultowego na całym świecie studia Hanna-Barbera, którą młody Nacz.Os. oglądał w latach 90tych na anglojęzycznym Cartoon Network. Charyzmatyczne postacie, masa humoru, i emocjonujący wyścig trwający do samego końca wliczając w to ostatnie milimetry w tzw. „photo finish”. Stare gry to w wielu wypadkach podróż do czasów dzieciństwa, tutaj choć w grę grałem pierwszy raz to od razu czułem się jak w domu. Poniżej raport z placu boju w którym to nikt nie dawał mi fory ani przez chwilę – sentymenty i stare znajomości nie obowiązywały.

Licencja na której opiera się gra nie pozostawia raczej złudzeń co do tego jaki to gatunek. Cart racer to jedyny słuszny wybór, został on dla tych rajdowców wręcz stworzony. Będziemy brać udział w wyścigach z użyciem broni wszelakiego rodzaju. Tradycyjnie będą te ofensywne, którymi dobierzemy się do skóry oponentów, defensywne chroniące nasz kuper przed innymi oraz takie, które pozostawimy po sobie by uprzykrzyć życie tym, którzy nas gonią. Dodatkowo są dwa rodzaje dopałki, jedna to klasyczne turbo, a druga umożliwia latanie. Nie polecimy wysoko więc nie ma mowy o wielkich skrótach (nawet płota nie przeskoczysz), ale przelecieć wodę lub chropowate podłoże już w ten sposób możemy. Przed każdym wyścigiem wybierasz 3 umiejętności z jakich chcesz korzystać i przypisujesz je pod 3 przyciski na padzie. Na starcie wielkiego wyboru nie masz bo zaczynasz z 3 broniami, ale w trakcie gry odblokujesz kolejne. Dodatkowo każda z umiejętności wymaga od Ciebie posiadania odpowiedniej ilości tokenów, na ogół potrzebujesz dwóch lub trzech sztuk. Należy sobie tego mocno pilnować bo bez nich niczego nie użyjesz, dodatkowo gdy ktoś w Ciebie wjedzie lub ustrzeli to je stracisz, więc chomikowanie na czarną godzinę nie zawsze się opłaci. Oczywiście pełna licencja zobowiązuje i bronie są bezpośrednio powiązane z rajdowcami w sposób jaki pamiętamy. Rozwaliło mnie, gdy widziałem jak mrówczy gang turbo stosuje tak, że małe nóżki wystają z podłogi i ekipa zasuwa. Innym razem z gabloty małej mafii wyłonią się tommy guny i będziemy pruć w przeciwnika jak gdyby to on wprowadził prohibicję. Fan serialu zdecydowanie znajdzie tu wiele odniesień.

Penelope Pitstop being pounded!

Skoro nie chomikujemy przesadnie broni to wniosek nasuwa się jeden – często się ich używa. Gra jest tak nastawiona by jak w serialu peleton jeździł w miarę zwarty i aktywny. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że nie będzie nigdy jakiegoś przeciwnika, który ci ucieknie tak, że nie dasz rady go dogonić, wiecznie się też coś dzieje bo nikt nie oszczędza umiejętności i daje popalić. Minusem jest to, że ty sam też nigdy nie odjedziesz peletonowi w siną dal, nie będziesz mógł jakoś mocno planować użycia umiejętności, i możesz z pierwszego miejsca w mgnieniu oka zostać przemielony przez uczestników wyścigu i wypluty na samym końcu jak zużyta guma… balonowa.

Są też dwa tryby jazdy, możesz wybrać sterowanie pomiędzy kart, a advanced.  Ten pierwszy sprawdzi się przy pierwszych krokach stawianych w grze, ale raczej szybko przejdziesz do drugiego. Chodzi o to, że na pierwszym typie nie masz dużych możliwości skrętu, nie zrobisz efektownych wślizgów przez co w zakręty wchodzisz leniwie, niezdarnie i ogólnie bez polotu. Szczerze mówiąc nie wiem po cholerę dano dwa typy. Jestem zwolennikiem jednego sterowania, ale dopracowanego maksymalnie, a nie rozdrabniania się na drobne jak np. w Nights: Jurney of Dreams. Możliwe, że przez to jeden minus muszę wypunktować choć narzekać nie lubię. Jest nim szeroko pojęta detekcja kolizji. Lekkie pojazdy wariują podczas zderzeń, najechania na tory, czy zjazdu ze skarpy (a skok z pionowej skarpy to tu nie rzadkość). Nagle pojazd robi fikołki i kręci się wokół własnej osi, a w ślad za nim idzie kamera więc nawet przez kilka sekund możesz oglądać na przemian niebo i ziemię. Jak lubiłem jeździć bimbrownikiem, który na swej posklejanej z desek furze dając do pieca zasuwał po trasie, tak w późniejszej części gry musiałem go zmienić. Padło na mrówczy gang jadący swą ciężką gablotą, nie reagowali tak mocno na kolizje, ale odbywało się to kosztem ich skrętności. Jasne podział na ciężkie/lekkie pojazdy wydaje się być naturalny i urozmaica grę, ale tutaj reakcja na interakcję z czymkolwiek tych „lekkich” jest zbyt duża – pierwsza głupia decyzja Panowie, tak się nie godzi.

Wybór rejsów jest lekko urozmaicony. Jeździmy po małym terenie złożonym z 4 aren (dziki zachód, lasy, śnieg + osobno bossowie) na których stoi znak. Wjeżdżając w znak odpala się dopiero menu wyboru. Zaczynamy od klasycznych wyścigów, gdzie musimy zająć pierwszą lokatę na pięciu trasach na każdej z trzech aren. Potem czeka nas turniej złożony z tych 5 tras (czyli 3 turnieje, po 1 na arenę) gdzie musimy wygrać poprzez punktację. Jest tu jednak lekki psikus, który mnie irytował też np. w Wave Race: Blue Storm. By wygrać musisz mieć najlepszą punktację ALE musisz jednocześnie też mieć miejsce na podium każdego wyścigu, więc mając kolosalną przewagę punktową przed ostatnim wyścigiem, nie musząc właściwie w ogóle w nim brać udziału musisz nadal być na pudle bo inaczej odpadasz. Możesz 3x w turnieju się pomylić, po tym nawet jeśli masz punktów tyle by wygrać, zostajesz i tak wykluczony. Niby pierdoła, ale raz tak odpadłem z turnieju i było to moim zdaniem mega głupie – druga błędna decyzja, choć mniej dokuczliwa.

Dobra przejdźmy do kolejnego trybu, po turnieju odblokuje się Golden Muttley Challenge i tu miałem kolejny zgryz. Znów mamy te same pięć tras (czyli po 5 w każdej z 3 aren) w których tym razem prócz wygrania wyścigu musimy dodatkowo zebrać 10 figurek chichoczącego Muttleya. Figurki są pochowane i nic w tym złego, to że są te same trasy też nie przeszkadza, ale ten tryb uwydatnia kolejną głupią decyzję twórców. Kilka Muttleyów zawsze jest też pochowanych w alternatywnych trasach. Zawsze w takich grach są tzw. „skróty” są ukryte i czasem trudne do uruchomienia, ale zawsze dają w nagrodę jakąś przewagę w wyścigu. Zapewne większość z Was grała w Crash Team Racing i pamięta zbieranie literek C-T-R. W Wacky Races nie działa jednak ta zasada. „Skróty” bardzo często są trasami w które pies z kulawą nogą nie wjedzie bo… one wydłużają trasę. Po zaliczeniu tej odnogi masz gwarantowane że zostaniesz z tyłu! I to jest cholernie głupie, w trakcie wyścigu nie korzystasz z tej trasy, ale w przypadku Muttleyów musisz i tu zaczyna się qrwica i sztuczne podnoszenie poziomu trudności. Jeśli gra jest wyzywająca jak Colin 2.0, gdzie walczysz o każdą setną sekundy i perfekcyjnie wyprowadzony zakręt to jest ok, po zaliczeniu tego odcinka czujesz satysfakcję i chcesz więcej. Muttleye jednak nie dały mi satysfakcji, bo nie walczyłem z wyzwaniem, tylko głupią zagrywką twórcy, nadrabiając stracony na trasie czas – trzecia głupia decyzja Panowie, ale tym razem dużego kalibru. Ostatnim trybem jaki odblokujesz jest typowy battle, gdzie na arenie wyżynasz przeciwników nie dając jednocześnie wyrżnąć siebie, mamy po jednej planszy na każdą z 3 tematycznych aren. Dziś może to mało istotna informacja, ale podczas premiery ten trub dawał możliwość grania we 4 graczy jednocześnie co musiało być mega plusem.

OK Ring-A-Ding give him the old WHACK-ATTACK attack

Trochę popsioczyłem, ale narzekania na bok. Gra wykonana jest ogólnie rewelacyjnie, cel-shading’owa grafika idealnie odwzorowuje kreskówkowe realia. Pełna licencja została zachowana w projektowaniu poziomów, broni jak i tekstach rzucanych przez uczestników rajdu i komentatora, który bardzo żywo relacjonuje nam to co dzieje się na trasie. Głosy tutaj podłożone dodają już i tak sporego uroku i poczucia nostalgii. „Plastycznie” reagują samochody dorzucając kolejne pokłady kreskówkowej frajdy. Peter Perfect ma taki automobil, że najpierw jego przód niczym nos zakręca a potem dopiero reszta, Creepy Coupe i jego wieżyczka w której mieszka smok na zakrętach fikuśnie się wygina (naokoło niej latają nietoperze). W tym całym natłoku atrakcji momentami nieco animacja zwalnia przy większej zadymie, ale nie ma tak źle jak zagraniczne serwisy piszą, nie ma to większego wpływu na granie.

Ten cały barwny korowód żyje i jest uroczo niesforny. Plusem są też bossowie, pierwszym będzie Professor Pat Pending który co chwila zmienia swoją brykę w co innego i nigdy nie wiesz czym na torze ciebie zaskoczy, potem jest Red Max przy którym trzeba stosować taktykę mocno defensywną bo on szyje do nas non stop wszystkim co ma. Ostatecznie spotkasz się na trasie z nikim innym jak samym mistrzem podstępu i głupoty – Dick’iem Dastardly. Ten typ już od początku pokazuje swój styl startując przed zielonym światłem sygnalizującym start, potem również nie próżnuje pozostawiając za sobą pułapki w które wjechać nie możemy jeśli myślimy o wygranej.

Wacky Races to odwrotność opisywanego przeze mnie wcześniej Treasure Planet, który był mechanicznie świetny, ale był kompletnie wyprany z klimatu licencji. W WR klimat kipi z każdej strony, design, użyty cel shading, komentarze uczestników rajdu, bronie – czegokolwiek by się nie dotknąć to będzie to współgrało z oryginałem. Problemy są w mechanice, a właściwie nie w samym wykonaniu gry, które jest również poprawne co w kilku nieprzemyślanych decyzjach. Ktoś projektując grę nie pomyślał do końca nad tym co robi przez co cierpi całokształt. Gra mnie wciągła na całego głównie dlatego, że uwielbiałem bajki Hanna-Barbery za bajtla i spędziłem z nią kilkanaście godzin, da się jednak wyciągnąć dużo więcej bo nie zdobyłem 100%. Muszę jednak przyznać, że Muttleye są cholernie trudne do przejścia z powodu w/w błędnych decyzji i podejrzewam, że wielu graczy dochodząc do tego momentu oleje sprawę zniechęcona niesprawiedliwym wyzwaniem. Korci mnie zapalić zielonego Gazparka, ale żółty opisywany przez nas jako „grę dobrą w którą się przyjemnie gra, choć posiada kilka mankamentów, fani gatunku/uniwersum na pewno będą zadowoleni, reszta będzie musiała rozważyć minusy i plusy” wydaje się idealnie pasować. Tak więc żółte zapal no mości Gazparek i wsiadamy do bimbrowozu jadąc na kolejne spotkanie redakcyjne na gazie.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Dreamcast /2017

3 słowa do gracza: Wzorowo wykorzystana licencja, jednak kilka nieprzemyślanych decyzji psuje całokształt


Ciekawostki:

» Gra Wacky Racers wyszła też na PSX, GBC, PC i arcade w tym samym czasie, ale to zupełnie inne gry od opisywanej tutaj. Natomiast dopakowana wersja tej z DC wyszła na PS2 z podtytułem Starring Dastardly and Muttley, dodano m.in. dodatkowe trasy.

» Na tubie wyszperałem fajny behind the scenes z oryginalnej animacji

» Dick Dastardly po tym serialu załapał rolę główną w Dastardly and Muttley in their Flying Machines, znany na polskich podwórkach jako „złap gołębia” oraz kilka innych pomniejszych ról. Swoje pięć minut miała również Penelopa w serialu The Perils of Penelope Pitstop

Inne artykuły:

Recenzja | Nosferatu: Wrath of Malachi Niesiony atakiem zakupoholizmu podczas przeglądania obniżek cen na GOG-u postanowiłem zakupić kilka starszych tytułów, które przypomną mi jak to fajni...
Moje Top 5 gier z serii Castlevania Castlevania jest jedną z moich ulubionych serii, do której żywię nie lada sentyment i do której bardzo często wracam. Poniżej przedstawiam mój osobist...
Akta retronagazie.eu | Zapomniane luje Oj długo nie było akt, toż to pół roku! Zapomnieliśmy o nich? Oj nie, o tych lujach nie zapomnimy! Patrząc na to jak długo zbierałem się do opubliko...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox