
Rail shootery – niegdyś obiekt westchnień fanów elektronicznej, arkadowej rozgrywki, dziś niemalże zapomniana w odmętach przeszłości skamielina. Początki tego gatunku sięgają początku lat 80-tych, o ile nie wcześniej, zaś pod koniec lat 90-tych i na początku nowego wieku gatunek ten osiągnął drugą młodość, głównie za sprawą grafiki 3D i portach na konsole oraz PC.
Tym razem zestawię dwa tytuły, w które fani komputerów mieli okazji ograć, pierwszy z nich stworzony przez weteranów gatunku prosto z Japonii, drugi zaś przez amatorów z Chin. Która z nich okaże się lepsza? Tego dowiemy już za chwilę… no dobra, wszyscy wiemy, że przebój SEGI wygra, ale i tak warto przyjrzeć się obu produkcjom.
Virtua Cop 2

SEGA – Automaty, PC, Sega Saturn, Dreamcast (1997)
Railshooter
Życie policjanta od zadań specjalnych nigdy nie należało do łatwych. Najlepszy duet w mieście – Michael „Rage” Hardy oraz James „Smarty” Cools ledwo co rozwiązał problem z organizacją przestępczą E.V.I.L Inc (oczywiście przy użyciu sporej ilości amunicji), a tu czeka kolejne zadanie. Grupka losowych bandziorów napadła bank. No cóż, nici z popijania kawy i wcinania donutów, pora wymierzyć sprawiedliwość ponownie.
Podobnie jak w części pierwszej zaraz po rozpoczęciu zabawy będziemy mieli do wyboru jeden z trzech poziomów, każdy z nich bardziej wymagający od poprzedniego. Nic nie stoi na przeszkodzie byśmy zaczęli zabawę na przykład od ostatniego trzeciego oznaczonego napisem „EXPERT”… co może nie być najlepszym pomysłem na rozpoczęcie przygody z grą. Jednakże, gdy ukończymy całą trójkę to dopiero wtedy uzyskamy dostęp do ostatniego, czwartego poziomu finałowego zawierający pojedynek z głównym złym.

Choose Your Destiny
To co wyróżnia VC od serii House of the Dead (którego chyba nie trzeba rekomendować, bo wszyscy wiedzą, że to hicior) to (oczywiście poza inną scenerią) wyskakujące obramówki wokół bandziorów ma kształt zegara oraz dwie pary wskazówek po bokach, informujące gracza o czasie reakcji danego przeciwnika. Otóż gdy się one zetkną dany przestępca zaczyna strzelać do gracza zabierając jeden pasek życia, tak więc kluczem do sukcesu jest dynamiczna analiza który z aktualnie znajdujących się złoli na ekranie szybciej wyciągnie gnata w naszym kierunku, normalnie jak pojedynki na dzikim zachodzie! Jednak nie myślcie, że dzięki temu będzie to kaszka z mleczkiem, gdyż pod naszą lufę nawiną się także niewinni cywile panicznie powtarzający „Don’t Shoot!”, jakiekolwiek ich postrzelenie będzie karane utratą zdrowia, więc nie raz warto pomyśleć dwa razy nim się strzeli, tak wiem łatwo napisać, gorzej zrealizować gdy ma się około dwie, trzy sekundy na podjęcie decyzji.

Akcja, akcja i jeszcze raz – akcja!
A jakie to miejscówki tym razem zaoferowali panowie ubrani na niebiesko? A no całkiem fajowe, ulice miasta, luksusowy statek wycieczkowy oraz metro. Każdy z nich oferuje masę akcji i niespodziewanie wyskakujących przeciwników z różnych stron niczym hiszpańska inkwizycja. Ponadto pod koniec danego poziomu czeka na nas emocjonująca walka z bossem, na którego nie wystarczą trzy pociski na klatę. Ba! Jeden z nich będzie sobie siedział w czołgu z dwoma wystającymi chwytakami, zresztą wszyscy z nich wykazują się jakąś nadludzką siłą, no bo kto normalny trzyma nad głową furgon i zrzuca nim w policjanta?

Aby bardziej urozmaicić rozgrywkę, do dyspozycji mamy aż 5 dodatkowych broni (karabin maszynowy, strzelba, pistolet magnum oraz karabinek strzelający po 3 strzały do tego super sekretny minigun dostępny jedynie po wpisaniu cheata i wejściu w opcje gry), o ile je znajdziemy. Domyślnie do wyboru mamy zwyczajny pistolet, jednak przy odrobinie szczęścia i dobrej pamięci może udać się nam znaleźć coś mocniejszego, na przykład strzelając w śmietnik. Niestety za długo się nimi nie zabawimy, gdyż część z nich można utracić po pierwszym oberwaniu, zaś inne zawierają tylko jeden magazynek, dlatego przez 90% czasu będzie trzeba polegać na standardowym wyposażeniu.

C.P.D – Cartoon Police Departament wkracza do akcji!
Można by powiedzieć że Virtua Cop 2 to gra idealna, i tak właśnie jest, jednak jest jeden, jedyny minus, który zresztą dotyka każdą grę z tego gatunku, po pięciu – dziesięciu sesjach znamy grę na pamięć i niczym nas nie zaskoczy. Dobrze chociaż, że w mniej więcej połowie każdego z głównych etapów oferuje możliwość wyboru jednej z dwóch ścieżek, jak dla mnie genialny pomysł! Dla fanów szybkiej i dynamicznej rozgrywki pozycja wręcz obowiązkowa.

Shanghai Dragon

E-Pie Entertainment & Technology Co. – PC (2002)
Railshooter
Przenieśmy się teraz o parę kilometrów oraz lat do przodu, a dokładnie do Chin w początku XXI wieku. Gdzieś tam powstała firma, która w przeciągu dwóch lat stworzyła trzy gry*. Tak się ciekawie złożyło, że jedna z nich trafiła do jednej z polskich gazetek z niskobudżetowymi grami (Imperium Gier 3/2004), potem także dołączyli do Clicka! (7/2005) i to właśnie ją tutaj omówimy. Czy okaże się zapomnianą perełką, a może bezczelną chińską podróbką wcześniej wspomnianego tytułu?
O fabule można jedynie napisać, że jakaś niby jest, ale trzeba się jej domyśleć. Na samym początku gry widzimy cutscenkę jak główny bohater ubrany w biały płaszcz i biały kapelusz jedzie sobie autem z lat 30-tych / 40-tych XX wieku. Nagle się zatrzymuje, wyskakuje z wozu, wyciąga pistolet i strzela do wrogich żołnierzy chodzących po ulicach miasta. Dlaczego? A no dlatego, że czasem gonią niewinnych cywili, za ich uratowanie odwdzięczą się nową pukawką, paczką amunicji lub granatami, dlaczego nie mogli ich użyć na przeciwnikach? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi.

Dziennnkofać, Zouniezu! Uwadzaj!
Poza gośćmi z bronią w ręku zmierzymy się także z samurajami oraz typkami trzymającymi szabelkę. Obaj cechują się znacznie większą wytrzymałością, padając dopiero po przyjęciu na siebie kilku – kilkunastu pocisków.
Najważniejszym elementem każdego railshootera jest dynamika rozgrywki, jak się on tutaj prezentuje? No nie najlepiej. W porównaniu do takiego wcześniej zrecenzowanego Virtua Cop 2 gra wygląda jakby była w zwolnionym tempie, jednak nie to jest jej największym problemem, a chaos jaki czasem się dzieje na ekranie. Nie raz będziecie wytężać wzrok wypatrując cel na dachu hen daleko, gdy ten będzie miał wystarczająco dużo czasu by do Was strzelić. Czasem bywa odwrotnie i gra da Wam 4 sekundy na zestrzelenie trzech samurajów którzy pojawili się znikąd. Zapomnijcie o jakiś wskaźnikach sygnalizujących położenie wroga, chociaż w takim House of the Dead też nie było, a jakoś nie było tam problemu z ekspresowym wykryciem wrednej poczwary. Graficznie tytuł wygląda tak sobie, choć no szału nie ma, wszędzie jakoś tak szaro buro.

Złazić z dachu, bo strzelam!
Shangajskie Smoki mogę polecić albo osobom które wcześniej nie miały do czynienia z railshooterami, albo dla wygłodniałych fanów, bo gier z tego gatunku na pecetach za wiele nie powstało. Stare chińskie przysłowie powiada: „Czas kosztuje złoto, ale za złoto czasu nie kupisz.” … ale za to na pewno kupisz lepsze gry od tej.

*Jedna z nich opowiada o dowodzących mechami wojownikach z przyszłości, którzy trafili do starożytnych Chin do roku 221 p.n.e. i siali tam destrukcję. Z pewnością oparte na faktach, co nie ? ;)