Tam i Z Powrotem, czyli Stąd do Przeszłości – cachaito

Słowem wstępu wyznam, że ten tekst miał nigdy nie powstać. Wszystkiego winnym jest Borsuk i jego cykl najlepszych gier na różne platformy. Szczególnie moje “retro-struny” poruszyły wspomnienia poświęcone najlepszemu komputerowi w dziejach – czyli Amidze. Czytając historię Borsuka i komentarze pod tekstem, z pamięci raz po raz wyłaniały się postacie, zdarzenia i obrazy. Gdy napotkałem zdanie Borsuka: “Borsuuuczku, to jest pieprzony przełom!” zobaczyłem siebie w roku 1992 w sklepie komputerowym Lamer stojącego przed monitorem z zapuszczonym intrem gry Out Run. Młody chłopak wpatruje się jak zahipnotyzowany w ekran a w myślach kołacze mu się zdanie:


“Chłopie, jesteś w niebie”

Pegasus otrzymany w prezencie na komunię był dla wielu bramą do cyfrowego świata rozgrywki. Ta 8-bitowa maszynka na początku lat 90 ukazywała nieświadomym dzieciakom, ile stracili jeśli ich zaradni rodzice nie zdobyli komputera lub dobre ciotki nie przysłały go zza granicy. Dla mnie i siostry przechodzenie Contry, próby pokonania cholernego Mario, czy okazjonalne potyczki w Tank stanowiły wspaniały przerywnik między podwórkiem, szkołą i telewizją. Dopiero gdy zobaczyłem na żywo pierwsze gry na Amigę, poczułem, że to był prawdziwy przełom!

O ile PC był u mnie okresem (bądź co bądź) dojrzałego gracza, to czasy Amigi były przysłowiową jazdą bez trzymanki. Wówczas nie było wybrzydzania, narzekania na częstotliwość zmieniania dyskietek, przeklinania spadków „framerate”, czy dywagacji nad wyższością rodzaju wyjścia wideo. Kto wówczas znał takie fachowe określenia?! Liczył się sam fakt posiadania komputera, chętny do giercownia kolega i chwila wolnego czasu. Tyle było potrzeba.

Mój kącik komputerowy. Obowiązkowa plastikowa pokrywa na Amigę – porządek musi być! Szkoda, że mam tak mało zdjęć z tego okresu…

Szkoła, jaką dostarczyła moja Przyjaciółka pozwoliły w późniejszym czasie docenić kunszt Diablo, wspaniałość wykreowanych światów w grach Outcast, Heretic 2 czy w obu częściach Fallout. Z godnością zbierałem zęby po odpaleniu Quake 2 i z honorem ponosiłem klęski w HoMM III, potyczkując się z siostrą (młodszą o dwa lata na litość boską!). Jak Napoleon dyrygowałem armiami w Age of Empires, zaś w obronie matki ziemi rozbijałem bazy obcych w Earth 2140…

Z perspektywy czasu, widzę u siebie dwie różne twarze gracza. Taki Dr Jekyll i Mr Hide. Ten pierwszy kochał przygodówki i rozbudowane gry rpg, lecz nocą… Mr Hide napierniczał we wszystko co można było wsadzić do stacji! Przesiew był ogromny, dopływ gier nieustający… Pomocą służyli koledzy w szkole i na podwórku, rodzina bliższa i dalsza. Niemal w każdym kręgu ktoś miał Amigę 500 albo znał kogoś z Amigą. W najgorszym przypadku gdy nikt z tej rozległej siatki znajomości nie posiadał danego tytułu, męczyło się rodziców o pieniądze na gry nagrywane we wspomnianym Lamerze lub w kiosku z kasetami VHS w Domu Handlowym Central.

Nowy tytuł mógł zaskoczyć Cię niemal wszędzie! Pamiętam historię, jak po kradzieży roweru wylądowaliśmy z tatą w mieszkaniu świadka tego przykrego zdarzenia. Szybko zeszliśmy na przyjemniejsze tematy i tak wróciłem do domu z dwoma pożyczonymi dyskietkami i dziwnym pudełkiem oryginalnej (!) polskiej produkcji pt. Skarbnik. Bardzo przyjemna, dziś już mocno zapomniana przygodówka konsolidowała całą rodzinę przed ekranem, aby pomóc górnikowi uciec z kopalni. Mapka w Top Secret bardzo nam się przydała!

Mama jest dumna pokazując to zdjęcie. Żona z kolei widzi zmęczonego nocnymi posiadówkami nastolatka. Ja widzę przeszczęśliwego chłopaka przy swoim pierwszym PC.

Moim ówczesnym kompanem gry był Bartek, kolega z podstawówki, mieszkający na tej samej ulicy. To on mnie zapoznał z Panem Adamczykiem – sąsiadem mieszkającym piętro wyżej, naszym przyszłym guru gier. W przesiąkniętym nikotyną mieszkaniu znajdowały się setki dyskietek z grami, które dopiero miałem poznać dzięki jego życzliwości. Z Bartkiem odkrywaliśmy piękną grafikę w Shadow of the Beast, Apidya, czy Lionheart. W międzyczasie zacinaliśmy w SWOS. Nie zapomnę pierwszej gry, jaką mi pokazał i w jaką miałem okazję zagrać na Amidze: Metal Mutant – to było coś! Grafika onieśmielała, sylwetki futurystycznych postaci: cyborga, dinozaura i robota rozgrzewały wyobraźnię! Problemem w naszych posiadówkach przy Amidze 600 były lekcje nauki gry na skrzypcach. Ogólnie Bartek znosił dzielnie tą fanaberię rodziców, w zamian za możliwość spokojnego użytkowania swojego komputera. Jak mawiają, wszystko co piękne musi się kiedyś skończyć. Nie zapomnę jak jeden jedyny raz podczas rozgrywki w Diune 2, Bartek sprzeciwił się mamie odmawiając przerwania kampanii. Szok i niedowierzanie w jej oczach – bezcenny! Kolega został wyciągnięty za ucho do drugiego pokoju i zlany pasem. Jego mama po tym barbarzyńskim akcie grzecznie mnie pożegnała i pamiętam, że od tamtej pory coraz ciężej było wprosić się na granie. Mam wrażenie, że stałem się kozłem ofiarnym – kolegą sprowadzającym ich syna na złą drogę. A Bartek, mój kolega, to był dobry zawodnik! Na szczęście nieco wcześniej dostałem od rodziców swoją Amigę 1200 (a co, na bogato!) więc łatwiej było znieść brak kompana do gry. W tym czasie rodzice Bartka przenieśli go do innej szkoły i nasze kontakty chcąc nie chcąc się urwały.

Shadow of the beast Amiga

Pierwsze poważne spotkanie z PC zaczęło się z wysokiego “C”. A było nim Mortal Kombat 3 u kolegi Józka z podstawówki. Józek z powodu swej mikrej postury miał kłopoty w szkole, a że często stawałem po jego stronie, mieliśmy dobre kontakty. Z kolei mama Józka dobrze zarabiała, bo jako pierwszy na dzielnicy miał peceta w domu. Oczywiście miałem wcześniej styczność z tym sprzętem, w postaci Wolfenstein 3D, grę odkrytą przypadkowo na komputerze u mamy w pracy. Wówczas to Amiga była królową i oprócz tego „wybryku 3D” od id Soft na grzybie królowały gorsze graficznie i dźwiękowo wersje gier. Któregoś jesiennego pochmurnego dnia zaraz po lekcjach wylądowaliśmy u Józka w mieszkaniu sprawdzić jego nową grę. Cholera! To co zobaczyłem na monitorze niczym nie różniło się od dobrzej znanej mi wersji MK3 z automatu! W dodatku grę można było zainstalować i kończył się problem wachlowania dyskietkami jak przy drugiej części na Amidze. Wtedy poczułem pierwszy raz, że produkt firmy Commodore może mieć kłopoty. A właściwie to miał i w dodatku poważne, ale dopływ gier w 1995 roku wartko zasilał Przyjaciółkę i niepokój był zażegnany. Kolejny cios otrzymałem ponownie u Józka gdy ten podekscytowany pokazał mi przygody Lary Croft w pierwszej części Tomb Raider. Ta gra wyglądała tak samo jak na obrazkach gier z PlayStation lub Sega Saturn mocno promowanych w ówczesnym Secret Service! Oczywiście to Józek miał jako pierwszy PS1 i znów nieświadomie sponiewierał mnie pokazując w akcji Crash Bandicoot, a później Wipeout. Wcześniej podskórnie przeczuwałem pismo nosem gdy w SS, Top Secret, czy Świat Gier Komputerowych znajdowałem coraz mniej recenzowanych i zapowiadanych tytułów na Amigę. Wówczas jednak moja małoletnia świadomość bardziej skupiała się na samym graniu, zdobywaniu nowych pozycji i… cieszeniu się beztroskim życiem.

Retronizacja 2018 relacjaCrash Bandicoot przekonał do PSXa wielu graczy i sponiewierał wyglądem wielu Amigowców!

Tu mała dygresja. Coraz bardziej wydaje mi się, że żyjemy w czasach „wielkiego przesytu”. Jesteśmy zasypywani zapowiedziami, recenzjami i reklamami nowych produktów na tyle różnych platform. Dzięki cyfrowej dystrybucji mamy na wyciągnięcie ręki niemal każdą grę i człowiek od tego zalewu staje się obojętny, wręcz „odrętwiały”. W latach mojej młodości tytułów także wydawano dziesiątki, ale jakoś morda częściej się cieszyła czytając rubrykę zapowiedzi i jedno, czasem niewyraźne zdjęcie przyprawiało o szybsze bicie serca. Gdy kolega wspominał, że ma świetną grę, wierzyło mu się na słowo. Jeśli nie wyhaczyłeś jej wcześniej w prasie komputerowej to trzeba było sprawdzić i samemu się przekonać.

Niezwykle “słodko-gorzko” wspominam pewien jesienny dzień 1995 roku gdy z tatą udaliśmy się do sklepu firmy Matt przy ulicy Wólczańskiej w Łodzi (ciekawostka, ta firma dalej działa i mieści się w tym samym miejscu!) zaopatrzyć się w okryty renomą joystick Scorpion. Gdy przeglądaliśmy szklane gabloty sklepu wypełnione amigowymi dobrociami, ja wypatrzyłem na półce pudełko z grą Skaut Kwatermaster. Zapowiedzi w naszej prasie produktu sygnowanego logiem L.K. Avalon doprowadzały mnie do białej gorączki. Jako wielki fan Day of Tentacle czułem, że to może być polska odpowiedź na ten hit LucasArts. Niestety tata nie dał się przekonać i nie uległ moim argumentom. Uczucie porażki mimo, że Skorpion wracał z nami by zastąpić wysłużonego Python 1 było niemierzalne…

Skaut Kwatermaster – prawie jak Day of Tentacle… (Amiga/PC)


“Póki jesteśmy młodzi, wszystko jest przed nami.”

Juliusz Słowacki

Trochę to patetyczne, ale ja tak się wówczas czułem! Widziałem wielkie możliwości obserwując wchodzących na tron platform PC, PS1 i Saturn. Gdzieś tam daleko w tle pobrzmiewał SNES. Świat stał otworem. Ja jednak trwałem do późnego 1996 przy Amidze. Pamiętam jak wzmianki o niej zniknęły całkowicie z prasy growej. Moje „przygodówkowe” Computer Studio przemieniło się w Amiga Computer Studio. Znajomi powoli przesiadali się na metalowe składaki, napędzane procesorami marki Pentium. Nawet po zakupie pierwszego PC na gwiazdkę 1996 dalej w kiosku wyczekiwałem ACS, aby śledzić losy mojej Przyjaciółki. Wszyscy wiemy jak smutno potoczyła się dalsza historia Amigi…

Wzorem wspaniałej serii Borsuka i jego najlepszych gier na różne platformy, przedstawię Wam skromny ranking moich pięciu kultowych tytułów na Amigę z zastrzeżeniem, że jest to lista „sentymentalna”. Kolejność tytułów ułożyłem przypadkowo. Z każdym wiążą mnie silne wspomnienia a nie oceny w prasie lub popularność wśród kolegów. I na koniec muszę dodać: pominę (w większości) gry przygodowe bowiem to temat na osobny materiał, który poruszyłem w swoich wspomnieniach Historia mojej miłości do gier. Zaczynamy!

1. Sierra Soccer: World Challenge Edition – Sierra, 1994

Ja, wielki miłośnik gier przygodowych i gry sportowe? Tak, tak… SWOS a później Sierra Soccer mocno testowały wytrzymałość moich joysticków. Na starość się uspokoiłem i przerzuciłem na menedżerkę.

Firma Sierra nigdy nie skojarzyłaby mi się z grami sportowymi, gdyby ta niepozorna gra na dwóch dyskietkach nie trafiła do mojego czytnika. Po rozegraniu dziesiątek godzin w SWOS pojawiło się znużenie. Sprawdziłem pierwszą amigową Fifę ale to nie było to… Gdy przy kolejnej wizycie w DH Centralu narzekałem na poziom piłki kopanej, pan z kiosku polecił z zaskoczenia tytuł z chwytliwym słowem: „Sierra” w tytule.  Ta firma od przygodówek? Trójwymiarowa grafika? Biorę! O jak ta gra mi siadła! Wrażenie robiła niesamowite „symulatorowa-wektorowa grafika” (w końcu Dynamix) oraz praca kamery. Do tej pory w głowie pobrzmiewa mi dynamiczny motyw przewodni a przed oczami mam zmyślone składy reprezentacji Mistrzostw Świata ’94. Z technikaliów przypadł mi do gustu sposób wykonywania rzutów wolnych – było to świetnie rozwiązane. Wydawało mi się na początku, że nie da się oszukać bramkarza i wejść z piłką do bramki…

2. Goblins 3 – Coktel Vision/ Sierra, 1993

Ta plansza będzie mi się śniła po nocach do końca życia. Myślę, że twórcy mogą do mnie śmiało uderzać po pomysły do kolejnych części.

Jedna z rekomendacji Pana Adamczyka. Choć to gra przygodowa (przygodowo-logiczna) muszę o niej wspomnieć, bowiem aż dwa zdarzenia uwieczniły ją w mojej pamięci. Zaczęło się od tego, że utknąłem na pierwszej planszy z latającym statkiem. Uniesiony dumą nie chciałem korzystać z solucji i głowiłem się niemiłosiernie jak przejść ten rozdział. Nie pomagał fakt, że wówczas byłem przeziębiony i w nocy złapała mnie gorączka. Majaczyłem wymyślając w głowie ścieżki przejścia tego cholernego etapu. Wydaje mi się, że we śnie ukończyłem całą grę na kilka różnych sposobów :-). Na szczęście rankiem było już lepiej ze zdrowiem. Akurat rodzice pojechali w odwiedziny ,a ja w ciszy i spokoju posiłkując się opisem z Secret Service przeszedłem tą cholerną planszę. Goblins 3 to była bardzo dobra odsłona serii, ale jedyna, której nie ukończyłem. Z prozaicznego powodu: pierwszy raz w mojej karierze gracza coś się stało z zapisem gry na dyskietce. Dodam, że była to bodaj przedostania plansza do pokonania…

3. Fury of the Furries – Kalisto Entertainment, 1993

Świetne animowane intro oraz zabawne obrazki z tytułowymi futrzakami pomiędzy krainami. Aż chciało się grać aby sprawdzić co twórcy przygotowali dla wytrwałego gracza na koniec. Wówczas nie wiedziałem, że ostatnia plansza skrywa (podobno) ukryty bonusowy level.

Kolejna rekomendacja Pana Adamczyka. Trafił wówczas idealnie. Pamiętam, że dużo grałem w platformery typu Super Frog, Cool Spot, czy Arabian Nights. Gdy przygody futrzaków zawitały pod nasz dach, były świeżym powiewem. Ta logiczno-zręcznościowa produkcja sprawiła, że nawet mama rzucała okiem na ekran i wspomagała nas podczas prób przejścia gry. U Bartka poznałem Lemmings i Battle Chess od Interplay (ależ wspaniałe animacje walki pionków tam można było obejrzeć!), ale gry logiczne nie były moim konikiem. Dopiero futrzaki wciągnęły mnie do świata rozkminiania i nie poddawania się po porażce na danej planszy. Zasada rozgrywki podobna była do Lost Vikings – mieliśmy postacie (futrzane kulki), a każda z nich posiadała przypisaną super moc. Na przykład zielony ludek potrafił huśtać się na lianie a niebieski przebywać pod wodą. Cała zabawa polegała na dotarciu do wyjścia z planszy, do którego dotrzeć można było tylko korzystając z kooperacji futrzaków i odpowiedniego wykorzystaniu ich umiejętności. Nazwa firmy Kalisto wryła mi się mocno w pamięć i kilka lat później ogrywając Dark Earth czy The Fifth Element na widok logo tego studia, z uśmiechem wracałem do dawnych słonecznych dni wypełnionych śmiechem i pogodną atmosferą podczas prób przechodzenia tej uroczej gry.

4. Cannon Fodder, Sensible Software, 1993

I pamiętajcie: “This game is not in any way endorsed by the ROYAL BRITISH LEGION”! Czy ja wtedy znałem język angielski?! Krzyki rozstrzeliwanych przeciwników wszędzie brzmią tak samo.

O Cannon Fodder pisano już grubo i gęsto. W wielu kręgach gra legenda. Świetne sterowanie za pomocą myszy połączone z przyjemnością w rozstrzeliwaniu i wysadzaniu pikselowych przeciwników. Mnie ta gra kojarzy się głównie z tatą. Nie skłamię jeśli stwierdzę, że dzięki dziełu Jona Hare ojciec połknął bakcyla grania. A jak już się wciągnął to tłukł misje do późnej nocy. Nie zapomnę jak kiedyś nad ranem przebudziłem się i ujrzałem sylwetkę taty otoczoną poświatą monitora. Pełen skupienia wycinał w pień kolejne zastępy wroga, nie zważając, że za kilka godzin zrobi się widno i trzeba będzie wstać i pójść do pracy. Dodam, że dwójkę także przeszedł. Zgodnie uznaliśmy, że pierwsza część była najlepsza.

5. Rooster, TSA 1994

W sklepie gdzie zakupiliśmy Amigę, jeśli pamięć mnie nie myli, była tylko jedna gra. Ciekawe czy Rooster znalazł się tam dlatego, że producent – firma TSA miało wówczas swoją siedzibę w pobliskim Zgierzu?

Podobno pierwszą dziewczynę… Wróć, pierwszą grę zapamiętuje się na całe życie. W moim przypadku naciągnę tą teorię do stwierdzenia, że pierwszą własną i do tego – oryginalną grę zapamiętuje się do końca. Długo wahałem się, czy pod piątką nie umieścić gry Desert Strike od Electronic Arts, przy której byłem tłumaczem i drugim pilotem w momencie, gdy tata pozwolił mi dojść do joysticka. Jednak wolałem przybliżyć Wam polską produkcję. W tym samym sklepie przy ulicy Piotrkowskiej, gdzie zakupiliśmy za grube miliony Amigę 1200 (dopiero niedawno dowiedziałem się, że była to część spadku po cioci z Kanady ze strony mojego ojca. Dzięki ciociu!) nie było wyboru gier, więc z rozpędu dokupiliśmy Roostera. U Bartka łoiliśmy w trybie kooperacji w genialnego Alien Breed, do którego Rooster tworzony przez braci Zielińskich nie miał startu. Ciekawostka: firma nadal istnieje pod nazwą Calaris Studios i swoją siedzibę ma dalej w regionie łódzkim – w Ozorkowie. Wracając do tematu trzeba obiektywnie stwierdzić, że w porównaniu do starszego pierwowzoru (Alien Breed, Team 17 1991 rok!) polski produkt był powolny, wręcz monotonny i nie miał trybu kooperacji. Wówczas nie miało to jednak znaczenia! Kooperacja polegała na obecności tuż obok taty i dobrej radzie. Z kolei brak kodów, jedno życie oraz brak kontynuacji tylko zagrzewały do dalszych prób! Znaliśmy każdy etap na pamięć, wypracowaliśmy sobie patenty na czyhające w korytarzach roboty. Rooster mimo, że porównywany do Alien Breed, to jednak skierowany był do innego odbiorcy i powiem Wam, że skąpe informacje w grze, puste korytarze i wszechobecne zagrożenie wciągały nas po uszy!

Autor: Bartek Szuster vel cachaito


PS1. Zdjęcia zostały dostarczone przez cachaito lub pochodzą z naszego archiwum.

Przypominamy, że konkurs trwa aż do 31.12.2019 roku – a prace nie muszą być molochami, wystarczą wasze wspominki. Nagrody są zacne więc myślę, że można poświęcić te kilka godzin na napisanie własnej historyjki. Zasady macie tutaj: KONKURS.