Przegląd | Ulubione Gry Wszech Czasów RetroBorsuka #6 – Playstation

100 wpis borsuka PSXBorsuk powraca z kolejnym zestawem swoich debeściaków, tym razem na kultowego Szaraka, czyli Playstation! Przepraszam za chwilową przerwę w cyklicznym nadawaniu odcinków o moich ulubionych grach wszech czasów, ale na koniec roku wynikły pewne spowalniające mnie okoliczności. Wiecie, rozumiecie moi drodzy, trzeba obrabiać inne teksty, chodzić do roboty, napisać Larkowi tekstówkę na 700 tysięcy znaków, której pewnikiem nigdy nie ujrzycie, a później jeszcze się wyspać. Z tą ilością znaków to żartowałem, żeby nie było… Nie martwcie się, wszystkie przyszłe odcinki tego cyklu są już napisane, trzeba tylko dodać wstępniaki, zdjęcia i ewentualne zakończenia. Dosyć pierniczenia, zapraszam do listy moich najbardziej ulubionych gier na Plejstejszyn!


100 wpis borsuka

W poprzednim odcinku dotyczącym Złotej Ery Gier na PC opisywałem wam jak bardzo sponiewierały mnie na komputerze PC świetne strzelaniny FPP, najlepsze gry RPG, fajowe strategie, rzadko wspominając o wyścigach, platformówkach, bijatykach, czy shmupach. No właśnie! Tego rodzaju rozrywki najbardziej mi brakowało na PieCyku, kiedy przesiadłem się na niego z uwielbianej Amigi. Oczywiście, że na komputerze osobistym pojawiały się wtedy gry tych gatunków, ale szanujmy się trochę moi mili, były to ochłapy. I wtedy zadebiutowało na rynku pewne malutkie szare pudełko, które zrewolucjonizowało granie pod domowymi strzechami! Okazało się nagle, że trójwymiarowe gry potrafią być ultra szybkie, płynne, z olśniewającymi efektami świetlnymi i do tego cudownie grywalne! Dzisiejszym graczom wczesne gry 3D z pierwszego PSX’a pewnie wydają się bardzo pokraczne, jednakże wtedy to była prawdziwa rewolucja. Naprawdę!

Kiedy na pewnej giełdzie komputerowej zobaczyliśmy w akcji pierwsze Playstation wraz z moimi przyjaciółmi Wojtkiem i Michałem, to staliśmy jak zamurowani i to przez długą chwilę! Takie przeboje jak: Tekken, Toshinden, Destruction Derby, czy Warhawk – po prostu nas zmiażdżyły i rozwalcowały! Żyletkami zeskrobywano nasze ciała z podłogi… Wiecie, wówczas na PieCu królowała taka „kapitalna” bijatyka jak FX Fighter, którego Tekken to wciągał nawet nie nosem, lecz porem skórnym! W świetne racery pokroju Screamera, czy Moto Racera na PC to grało się niestety w niskiej rozdzielczości, żeby w miarę płynnie zasuwały. A tu jeb, atakuje nas Ridge Racer w 50 klatkach na sekundę, a po nim WipeOut wali obuchem w łeb futurytycznym designem i niesamowitym soundtrackiem… Pamiętajcie, to były czasy PeCetów przed pojawieniem się akceleratorów graficznych pokroju 3DFX’a, czyli pikseloza, klatkowanie i koszmarne wymagania sprzętowe.


PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ W BIEDZIE, CZYLI WOJTEK DEBEŚCIAK!

PSX zdefiniowało na nowo konsole do grania! Żyły prawie pękały…

Akurat ja wtedy byłem świeżo upieczonym absolwentem szkoły średniej, więc nie było mnie stać na wspaniałe japońskie pudełko do gier. Pomoc rodziców w tym aspekcie raczej odpadała. „- Przecież masz tego cholernego i takiego drogiego PeCeta, którego wcześniej bardzo pragnąłeś!” No i ciul, pozamiatane! Wiecie co? Chyba nie pogramy w tym odcinku na Playstation moi mili, gdyż nie zakupiłem na premierę tego cudeńka… Słyszeliście pewnikiem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Najświętsza prawda! Mojego dwa lata starszego funfla, czyli Wojtka to najprawdopodobniej PSX pozamiatał jeszcze bardziej ode mnie, gdyż nie zastanawiał się ani chwili, tylko poleciał do bankomatu, wypłacił calutką wypłatę i jebudu! Szarak wylądował u niego pod telewizorem niczym jakiś UFOk z innego świata! A wraz z nim takie oryginalne hiciory jak: Toshinden, Tekken, Destruction Derby, a później Warhawk, Wipeout i wiele, wiele innych! Masakracja, graliśmy u niego non stop! Przychodziłem z uczelni, jadłem obiad i jebudu do Wojtka na siedem godzin, przychodziłem grubo po 23:00 do domu! Wiecie, kolega pracujący to rodzicie są nie wpierniczający, zresztą lubili mnie… Od tamtej pory zaczęło się poznawanie groteki Soniacza oraz nasze wieloletnie pojedynki Paul kontra rodzina Mishima (głównie Kazuya i Heichachi), które z małymi przerwami trwają do dnia dzisiejszego.

Polska reklama na premierę Soniacza. Śliniłem się do niej strasznie…

Pamiętam jak mój kuzyn Gałas (opisywany w tym cyklu wielokrotnie) przyszedł do Wojtka, gały wyszły mu z orbit i po kliku miesiącach przyjechał do mnie celem zakupu Playstation na giełdzie komputerowej. – Odłożyłem, ale będzie jazda! I dokupił od razu pincet wyścigówek, gdyż konsolę przerobił. Wybaczcie mu, Gałas był przecież młodszy ode mnie, ciułał z kieszonkowego, a oryginalne gry na PSX’a niestety oprócz jakości porażały także ceną… Dozgonny szacunek należy się jednak Wojtkowi za fakt, że nigdy żadnej swojej Plejki nie zhańbił piratem! Twardziel. Piękne to były czasy, a samo PSX uważam za jedną z największych rewolucji w domowym graniu.

Buhahaha. A z czego rżę na koniec tego wstępu? Ano przypomniałem sobie, jak pewnego dnia pożyczyłem Szaraka od Wojtka i przyszedł do mnie mój kolega ze średniej szkoły, niejaki Ceru, o którym także wielokrotnie wspominałem w tej serii wpisów. Wówczas był on chyba jeszcze Amigowcem. Włączyłem mu Tekkena. – Ja ciebie nie pierniczę! Nie wierzę! Naciskasz przycisk a chłopek uderza lewą ręką, naciskasz drugi to wyprowadza cios prawą! Niesamowite! I dwoma nogami też tak potrafi, zależnie od przycisku? – Też! – odpowiedziałem po czym zrobiłem mu chwyt. Ceru padł jak pet! Zarówno na ekranie telewizora, jak i u mnie na dywan…


GRY

Alundra to naprawdę świetna i długa przygoda!

ALUNDRA (Psygnosis/Matrix Software – 1997). Rozległa i wielka gra przygodowo-zręcznościowa z kapitalnymi zagadkami oraz animowanymi wstawkami filmowymi, stylizowanymi na anime. Piękna, ręcznie rysowana (pikselizowana) grafika 2D przedstawiona z lotu ptaka, świetna muzyka, ogromny świat do zwiedzania, naprawdę ciekawa fabuła, śladowe elementy RPG. A na dodatek fajne zbieractwo, questy poboczne, a przede wszystkim, jak już wspominałem – nietuzinkowe zagadki, które potrafiły prostować najbardziej oporne zwoje mózgowe. Oparte zarówno na mechanice i poruszaniu bohatera niczym w grach logicznych, jak i na zagadkach słownych, czy kojarzeniu faktów. Wyborne! Na pierwszy rzut oka Alundra to trochę niepozorna podróba Zeldy, zakorzeniona mocno w 16-bitowej stylistyce. Gracze początkowo tej gry nie docenili, gdyż nie takiego rodzaju grafiki oczekiwali od Playstation. Jednak pograjcie trochę, pozwiedzajcie ten różnorodny i wielki świat Alundry, a przekonacie się, że to długa, wymagająca i naprawdę zapadająca w pamięć przygoda! W 1999 roku wyszła jej druga część, tym razem trójwymiarowa i ona także zebrała bardzo dobre recenzje. Ja niestety grałem w nią zbyt krótko, aby ją ocenić należycie. Zapowiada się także na wyjątkowego szpila!

APOCALYPSE (Activision/Neversoft – 1998). Sami powiedzcie, czy to mogło nie wypalić? Bruce Willis w cholernie widowiskowej, chodzonej strzelaninie, umiejscowionej w cyberpunkowej przyszłości? Oczywiste, że to musiało się udać! Bohater kina akcji użyczył głównemu bohaterowi Apokalipsy nie tylko głosu, ale także swojej sylwetki i facjaty, co głośno odbiło się w świadomości graczy i recenzentów. Sama gra obroniła się nie tylko jego osobą, ale przede wszystkim nieustanną akcją prezentowaną z różnych ujęć kamery (głównie w ujęciach znad i zza pleców), kapitalnymi efektami świetlnymi, totalną rozpierduchą, elementami platformowymi, klimatem i bossami. Dla miłośnika Commando czy Contry, którym przecież byłem, ten run and gun to była wtedy pozycja obowiązkowa.

Japońska reklama automatu Bloody Roar. Wersja na PSX była praktycznie piksel perfect!

BLOODY ROAR (Konami/Hudson Soft – 1997). W trakcie mojego rendez vous z PSX bijatyki odegrały szczególne ważną rolę. Były praktycznie nieobecne na PeCecie i pewnie stąd moja fascynacja nimi była tak wielka. Jednak przede wszystkim mój przyjaciel Wojtek był moim sparringpartnerem, wiec tym bardziej frajda i adrenalina szybowały w niemierzalne rejony! Trzeba uczciwie przyznać, że pomimo silnej konkurencji Bloody Roar to był kozak, przez duże K! Świetne postacie wojowników, wzorowane trochę na tekkenowskich herosach, jednak z pewną niespotykaną cechą, która wyróżniała ich z tłumu. Możliwością transformacji w bojowe zwierzęta, które świetnie radziły sobie na arenie walki! Wielki tygrys, albo wilk z ostrymi pazurami, czy ogromny goryl to tylko niektóre alter ega naszych karateków. Dodatkowo gra zasuwała w 50 klatkach na sekundę i była bardzo ładna. Świetny szpil.

CRASH BANDICOOT TRYLOGIA (Sony/Naughty Dog). Piękne i kolorowe platformery na moim blaszaku (czytaj PC) wówczas nie były częstym daniem, więc ze smakiem konsumowałem jakże udanych przedstawicieli tego gatunku na PSX. Kiedy mój przyjaciel zaprezentował mi rudego zwierzaka uciekającego przed goniąca go kulą (etap niczym z Indiany Jonesa) – wiedziałem, że ten moment gameplayu zapamiętam do końca żywota! Ależ to było dobre! Zresztą jak cały Crash Bandicoot i wszystkie jego części stworzone przez Naughty Dog. Super płynny, kolorowiutki platformer z sympatycznymi bohaterami, pełen humoru, będący wielkim wyzwaniem jeżeli chciałoby się go masterować. Z cudownymi etapami o filmowej wręcz widowiskowości, wymieszanymi z klasycznymi poziomami 2,5D podobnymi do Super Mario Bros. W dalszych częściach pojawiły się kapitalne etapy jeżdżone, a nawet strzelane! Remake na PS4 także mi się bardzo podoba i kiedyś trzeba będzie go ograć. Recenzje oryginalnych części znajdziecie TUTAJ oraz TU.

Lomax to był uroczy platformer 2D. Naprawdę!

LOMAX: THE ADVENTURES OF… (Psygnosis – 1996). Uwielbiam gry z grafiką Hanka Nieborga, z którym poznałem się za czasów mojego giercowania na Przyjaciółce. Lionheart oraz Flink, czyli dwa przepiękne i klimatyczne platformery 2D w baśniowej stylistyce, mocno wryły mi się w pamięć. Zdziwiłem się kiedy zobaczyłem, że kolejna gra wykorzystująca talent tego grafika rozgrywa siew świecie Lemmingów oraz faktem, że została wydana na Playstation (a także na PC). Na szczęście jest to ciągle szybka platformówka, przedstawiona z bocznego ujęcia kamery, z możliwością zmieniania planów akcji (2,5D). Ręcznie rysowana grafika, bardzo przyjemna i wpadająca w ucho muzyka oraz sympatyczna rozgrywka. Niby żaden wielki hit, ale kurdelebele, jak pewnego razu siadłem do przygód Lomaxa, to nie mogłem się od nich oderwać, dopóki ich nie ukończyłem!

MEDIEVIL (Sony/SCE Cambridge – 1998). Przygody Sir Daniela Fortesque to było dla mnie spełnienie marzeń, wręcz marzeń ściętej głowy! Klimat żywcem wyciągnięty z filmów Tima Burtona, połączony z nastrojem i grywalnością prosto z mojej ulubionej serii czyli Ghosts’n Goblins, jednak zaprezentowane w pełnym trójwymiarze i przyprawione świetną oprawą audio/video. Główny bohater, czyli ożywiony szkielet, a jednocześnie niezdarny rycerz – nie dał się nie lubić! Walka bronią białą z najróżniejszymi potworami, zombiakami, poczwarami, a nawet większymi bossami, rozwiązywanie zagadek, świetny design poziomów i przede wszystkim wyborny klimat całości. Drugą część posiadam, ale jeszcze jej nie przeszedłem. Jakoś tak wyszło… Recenzję pierwszego rycerskiego truposza znajdziecie w TYM MIEJSCU, a sequela TUTAJ.

Sir Daniel dostarczył pyszne danie w postaci swoich przygód!

METAL GEAR SOLID (Konami – 1998). Tak, pierwsze przygody Snake’a na Soniaczu pozamiatały mną gruuubo! Emocje przez duże E, antywojenne przesłanie, moralne rozterki bohatera, scenki przerywnikowe zrywające skalp, a przede wszystkim wyborna skradanka pełna nowatorskich pomysłów! Wspaniale przeżywało się całą fabułę, czytało rozmowy przez Codec, chłonęło grę niczym film, a przede wszystkim słuchało pięknej muzyki. Tak, pierwszy Metal Gear Solid to było niezapomniane przeżycie! Świetna interakcja naszego komandosa z otoczeniem, możliwość przenoszenia ciał, rozwiązywania problemów na kilka sposobów. Po prostu 10! na 10 i wiecie co jest najlepsze? Nie trawię kolejnych części tej serii… Bueeeeerk! Dziwne, co nie? Próbowałem i odpadałem, tam przesadzono ze stosunkiem grywalnych akcji do filmów, na niekorzyść tych pierwszych. Za to bardzo polubiłem innego szefuńcia od skradanek, niejakiego Sama Fishera, ale o tym może kiedy indziej

MORTAL KOMBAT TRILOGY (Midway/Avalanche Software – 1996). Kwintesencja dwuwymiarowego Mortal Kombat! Gra obejmująca swoją zawartością wszystkie części podstawowej trylogii, zawierająca wszystkich wojowników oraz znane i lubiane z poprzednich części krajobrazy, Doszły tutaj takie usprawnienia jak Brutality (nowy finisher) oraz inne specjalne ciosy dla poszczególnych wojowników. Jednakże to nie było najważniejsze… Najbardziej istotnym faktem była możliwość posiadania całego Mortala w wielkiej pigule i toczenia zaciekłych pojedynków z kumplami. Idealna gra dla fanów serii. Mortal Kombat Wins! No i oczywiście mój ulubieniec Baraka też wins!

Obydwa Oddworldy urzekały! Jednakże dłuższy i trudniejszy Exoddus miał ładniejsze krajobrazy.

ODDWORLD ABE’S ODYSSEE (GT Interactive/Oddworld Inhabitants – 1997). Z jednej strony gra przerażająca pod względem zaprojektowanego świata i bezwzględnych zasad w nim rządzących (chociaż to alegoria naszej rzeczywistości), z drugiej przepiękna pod względem: krajobrazów i artyzmu wszelkich miejscówek, projektu stworów oraz kreacji całego uniwersum. Najbardziej jednak wartościowa pod względem przesłania jakie ze sobą niesie. Odyseja Abe’a, mudokona i niewolnika zarazem, uciekającego z pracy w fabryce mięsa, który po drodze uwalnia swoich pobratymców na zawsze zapada w pamięć. To komnatowa gra platformowa, będąca szczytowym osiągnięciem gatunku wywodząca się w prostej linii od takich tuzów jak Another World czy Flashback. Świetne i pomysłowe zagadki związane z używaniem wajch i przełączników, różnego rodzaju urządzeń i teleporterów, ale przede wszystkim oparte na kontrolowaniu: zarówno poczynań naszych towarzyszy (wydawanie im rozkazów głosowych) oraz czyhających na nasze życia nieprzyjaciół (magiczne przejmowanie kontroli nad ich ciałem). Hardkorowo trudna produkcja, piękna graficznie, z dużym ładunkiem emocjonalnym. To lubię! Skończyłem ją także na PC, miałem dosyć rzadki wówczas oryginał! Ostatnio zaznajomiłem się też z remakiem wydanym na nowe konsole i szczerze to nie mogę mu nic zarzucić, chociaż wydaje mi się trudniejszy od oryginału. W pierwowzorze uratowałem wszystkich kumpli w trakcie przygody, a w remaku niestety wymiękam…

ODDWORLD ABE’S EXODDUS (GT Interactive/Oddworld Inhabitants – 1998). Kontynuacja, która jest jeszcze lepsza od pierwowzoru! Przede wszystkim dłuższa, gdyż podróż naszego uroczego mudokona odbywa się po bardziej zróżnicowanych krainach, które znowu urzekają swoją malowniczością, jednakże są zamieszkane przez nowe, śmiertelnie niebezpieczne gatunki fauny i flory. Spotkamy tam między innymi takich gagatków jak: skraby, slurgi, paramity, flicze, glukkony, greetersy, sligi, czy slogi. Uff, mam nadzieję, że kojarzycie tych typiarzy?! Jeżeli nie, to najwyższa pora zaznajomić się z rasami i potwornościami zamieszkującymi Oddworld! Nie traćcie czasu, te dwie części gier to przygody pamiętne na długo i wyjątkowe jak żadne inne!

Onto to debeściak dla fanów Contry!

ONE (Take Two Interactive/Visual Concepts – 1997). Niesamowicie widowiskowa w momencie premiery gra run and gun osadzona w przyszłości. Pod względem rozgrywki zbliżona do przedstawionej powyżej i bardziej sławnej Apokalipsy z Willisem, jednakże One wydaje mi się jeszcze lepszym szpilem! Wcielamy się w Johna Caina, kosmicznego żołnierza, który budzi się tradycyjnie bez pamięci, jednakże z wielką armatą zamiast ręki! What the fuck? Nie pytaj tylko zapierdalaj! Zarówno chybcikiem przed siebie, jak i wszystko co się rusza! I nie zapomnij skakać po platformach oraz zbierać wszystkich ulepszeń broni! Już na starcie zaatakuje cię olbrzymi bojowy myśliwiec i niezliczone oddziały wrogich żołnierzy. Nie ma czasu na wytchnienie! Działaj! Walcz! Strzelaj do utraty tchu! Twojego lub ich…

PRO EVOLUTION SOCCER / ISS PRO (Konami – od 1998). W moim prywatnym rankingu najlepszych piłek nożnych wszech czasów ta świetna gała od Konami zajmuje drugie miejsce, tuż za legendarnym Sensible Soccerem na Amigę. Pod względem spędzonego czasu na różnorodnych rozgrywkach, a w szczególności na wszelakich turniejach – to dla mnie duchowy następca tamtego przeboju. Niezliczona ilość godzin w potyczkach gównie z kuzynami z Dziadowej Kłody (tam, gdzie diabeł mówi dobranoc) i rodzinna rywalizacja z Jackiem, Sebą i Bartolinim to jest to co pamiętam po dziś! Najmilej wspominam początkowe części tej serii wydane właśnie na PSX. Te, w których cyborga Roberto Carlosa dawało się do ataku, bo miał niesamowite kopyto! Chyba pierwsze w historii tak udane przeniesienie piłki nożnej w pełne 3D. PES królował w moim rankingu najlepszych gał, aż do roku bodajże 2009 i wtedy to pierwszeństwo przejęła FIFA… A teraz to już nawet w nią nie gram…

RAIDEN PROJECT, THE (Seibu Kaihatsu – 1995). Wspaniała składanka zawierająca dwie pierwsze części mojego ulubionego shmupa, czyli Raidena. Wiadomo, na premierę PSX’a oczekiwaliśmy innych, ładniejszych gier w pełnym 3D i takie składanki dopiero doceniało się po latach. A trzeba przyznać, że jest to konwersja perfekcyjna co do piksela z paroma miłymi dodatkami, na przykład z prze-aranżowaną muzyką (oryginalna też jest). Wtedy to była chyba najlepsza możliwość zagrania w oryginalnego Raidena, a szczególnie w rzadszą i sprawiającą wówczas problemy w emulacji – kapitalną drugą część. Obie części tej gry przedstawiłem wam szerzej we wpisie opisującym moje ulubione gry z salonów gier. The Raiden Project posiadam po dziś dzień, co prawda tylko samą płytę, ale zawsze! Super szpilem jest także RAIDEN DX – czyli trzecia część z podstawowej serii Raidenów, ale niestety dostać ją wówczas i teraz to była mocno kosztowna sprawa…

Rapid Reload aka Gunner’s Heaven to klasyczny run and gun w starym, dobrym stylu!

RAPID RELOAD (Sony/Media Vision – 1995). Duchowy następca Gunstar Heroes albo nawet Metal Slug, którego akcja dzieje się w odległej przyszłości. Chyba odległej, nie pamiętam, nie ważne.. Ważne jest, że to po prostu zajebisty, klasyczny run and gun pełen akcji! Trochę zjechany w recenzjach na premierę i doceniony dopiero po latach, głównie przez miłośników rozwałki dwuwymiarowej, czerpiącej garściami z automatów arcade. Wtedy wiecie, rozumiecie, wszyscy oczekiwali od PSXa trójwymiarowych, pięknych gier, a tutaj zaatakowano nas grafiką rodem z 16-bitów. Ha, ha, ha,  nie doceniono świetnej i nieustannej rozpierduchy, nie zauważono dużej ilości plansz i różnorodnych, wielgachnych szefów. Na nikim nie zrobiły wrażenia pomysłowe bronie i dwójka postaci do wyboru. A dzisiaj ludziska przyznają bez bicia, że zacny to był szpil, jednakże zakorzeniony w poprzedniej generacji konsol. Pamiętam jak kibicowałem mojemu przyjacielowi Michałowi, który próbował przejść całe Rapid Reload bez kontynuacji. Zapisywał nawet w zeszycie wszystkie ataki późniejszych bossów! Normalnie, jaja jak berety!

RAYMAN (Ubisoft – 1995). Co z tego, że miałem go także na PC? Był tam mało kolorowy i przedstawiony w niskiej rozdzielczości, dodatkowo musiałem grać na klawiaturze i małym monitorku… Kiedy zaś włączałem Raymana u kumpla na PSX, na wielkim telewizorze CRT to wyglądał prześlicznie, zaś jego soczyste barwy wylewały się z ekranu prosto na dywan. Piękna muzyka z płyty audio sączyła nam się do uszu, zaś sterowanie na padzie było wielce wygodne. A sama gra była bardzo wymagająca, rzekłbym cholernie trudna! Chociaż wtedy nie byłem jeszcze doświadczonym Raymanowcem, ale o tym w innych odcinkach tego wpisu. Dzisiaj każdy zna tego sympatycznego bohatera, ale to wówczas, na Szaraku zaczęła się nasza przyjaźń. Rozgrywka jest tu wolniejsza od nowożytnych, bardziej sprinterskich części tej gry, prezentowanych w pełnym HD.

Francuska reklama Rollcage oddawała w pełni szaleństwo tej gry!

ROLLCAGE (Psygnosis/Attention to Detail – 1999). Zawsze uwielbiałem future racery, a pierwsze Playstation dostarczyło mi chyba dwóch najbardziej pamiętnych przedstawicieli tego gatunku. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Rollcage u Wojtka to chwyciłem się za głowę! Co się tu wyprawia do cholery, można jeździć także po ścianach i suficie? Ja pieeeeerdziu, zajebongo! I dodatkowo można strzelać rakietami i innymi środkami zagłady, oraz używać turbo i skakać w przestworzach? Tę grę można opisać w trzech słowach: prędkość, rozpierducha, adrenalina! Świetnie zaprojektowane trasy i kapitalny soundtrack (Fatboy Slim!) dopełniają obrazu genialnej całości. Bardzo dobra konwersja wyszła także na PC i także spędziłem z nią mnóstwo czasu. Kontynuacja ROLLCAGE STAGE II wydana w 2000 roku także urywała siedzisko mojego fotela…

R-TYPE DELTA (Irem – 1998). Panie i panowie – najlepszy R-Type w historii. Czy to wystarczy wam za rekomendację? Poważnie Borsuku? Tak, lepszy od kultowych początkowych części z automatów, a także od trzeciej części ze SNES’a, i nawet lepszy od późniejszego R-Type Final na PS2! Szczerze to w tego ostatniego mniej grałem, gdyż Delta na PSX to była klasa sama w sobie! Ta część w bardzo udany i przejrzysty sposób przenosi tego kultowego shmupa horyzontalnego w grafikę 3D (a raczej 2,5D), nie gubiąc przy tym tego co najważniejsze w serii: dynamiki oraz znanej od lat mechaniki. Ciągle mamy tu ładowanie broni poprzez przytrzymanie fire, dalej posiadamy kulę, którą możemy wypuszczać na wrogów, czy dokować na własnym statku. Oczywiście w dalszym ciągu występują tu wielcy i paskudni bossowie. Wszystko w pięknych barwach i zagrzewającej do boju muzyce, będącej udaną mieszanką rocka i techno. Trudno fest i miodnie fest! Są tu chyba aż cztery pojazdy do wyboru.

SOUL BLADE (Namco – 1996). Pamiętam jak dziś, kiedy Wojtek włączył mi intro do Soul Blade i zaległa niesamowita cisza! Grobowa. Słychać było tylko jak przełykamy ślinę, no i oczywiście piękną muzykę z głośników telewizora. To bez wątpienia jedno z najlepszych wprowadzeń do gry w historii elektronicznej rozrywki. A później? Następnie zobaczyliśmy kapitalnie przedstawionych wojowników, wyposażonych w zróżnicowany oręż biały i nawet wyginającą się pod ich stopami trawę na oczojebnych i klimatycznych arenach. Po ujrzeniu w akcji Soul Blade’a wszystkie inny gry stały się po prostu brzydkie. Dodatkowo muzyka jaką usłyszeliśmy w trakcie pojedynków była niepowtarzalna. A system walki? Nie pytajcie, to gra twórców Tekkena, czyli kapitalna mechanika, pincet ciosów, jednakże trochę odmienne od tekkenowego sterowanie. A pomyśleć, że wcześniej namiętnie grałem w to ścierwo zwane FX Fighterem na PC…

Soul Reaver to przede wszystkim klimat, historia, zagadki, a dopiero walka. Wyborna gra!

SOUL REAVER /LEGACY OF KAIN/ (Eidos/Crystal Dynamics – 1999). Oj, stary, biedny i bohaterski wampir Raziel, kiedyś inkwizytor tropiący długozębych, później wampir, porucznik jednego z najpotężniejszych wąpierzy w całym Nosgoth, niejakiego Kaina. W ewolucyjnym rozwoju wampirzego gatunku prześcignął swojego władcę, w nagrodę otrzymał za ten fakt wieczne cierpienie, śmierć i zemstę jednocześnie… A jego antagonista Kain? O nim też do dziś krążą legendy… Soul Reaver to jedna z najlepszych historii pośród wszystkich gier video, jest tu wszystko: przygoda, akcja, horror, dramat! Jeden z najlepszych i najbardziej klimatycznych światów spośród wszystkich cyfrowych, które zwiedziłem w swoim żywocie. Jedni z najlepszych wirtualnych bohaterów, prawdziwe postacie obleczone w nieludzką skórę krwiopijców. A sama gra to jedna z najlepszych i najoryginalniejszych zręcznościowych przygodówek w dziejach. Eksploracja, metroidvania, zagadki, walka, bossowie, grafika, muzyka. Wszystko tu było niezapomniane! Wersja na PieCa także dawała radę! O kontynuacji poczytacie w części dotyczącej PS2.

STAR GLADIATOR (Capcom – 1996). Kolejna bijatyka w tym zestawieniu i możliwe, że najmniej znana graczom spośród zaprezentowanych przeze mnie. Dla mnie i Wojtka, ówczesnych wielkich miłośników Gwiezdnych Wojen ujrzenie w akcji Gwiezdnych Gladiatorów to był normalnie szał pał! Hayato posługujący się mieczem świetlnym i jego najgroźniejszy wróg podobny do Dartha Vadera rozpalili naszą wyobraźnię! Do jasnej ciasnej, jaka ta gra była widowiskowa i kolorowa w tamtych czasach, mieliśmy oboje szczękę na podłodze, a Playstation jawił się nam obu jako mesjasz domowego grania. Świetne planety (czytaj areny) na których toczyła się walka oraz może trochę sztampowe, ale zapadające w pamięć postacie wojowników. Niebieski orzeł z ostrzami, niejaki Zelkin, albo podobny do Chewbaccy owłosiony Gamof to byli moi faworyci. Jak przyjeżdżała do mnie rodzina (kuzynostwo wszelakie) to zabierałem ich do Wojtka, aby mogli pograć w tego cudnego szpila! Dla nas wszystkich Star Gladiator to była po prostu bijatyka w świecie Star Wars... Tak to sobie chytrze układaliśmy w głowie…

Tekken 3 to najlepsza część z całej trylogii. W tamtych czasach grał każdy…

TEKKEN 1,2,3 (Namco – 1994/95/97). Najlepsza seria bijatyk wszech czasów. To tutaj narodziły się odwieczne pojedynki pomiędzy Paulem (ja) a klanem Mishima (Wojtek i jego zamiłowanie do członków tej familii – Kazuya, Heichachi i inni). Moja rywalizacja z Wojtkiem trwa do dzisiaj, chociaż ja już rzadko grywam w Tekkena i teraz zlałby mnie pewnie na kwaśne jabłko, ale spędziliśmy w tej grze tysiące godzin na różnych domowych turniejach, ustawkach, pojedynkach. – Zoba, zoba! Naciśniesz prawą pieść to wojownik uderza prawą ręką, naciśniesz przycisk dopowiadając za lewą – to wyprowadza cios lewą ręką! Naciśniesz prawą nogę to kopie prawą nogą, zaś przycisk odpowiadający za lewą nogę uruchamia lewą girę! To niemożliwe! Ja pierdolę! Brzmi to dzisiaj śmiesznie i dla niektórych dziwnie, ale dla nas to było wtedy zupełnie nowe i rewolucyjne doznanie. Tak rewolucyjne, że przytaczam je drugi raz w tym wpisie, żeby wam uświadomić ten fakt! Dla nas po przesiadce z Amigi (bijatyki 2D), albo PeCeta (brzydkie, wektorowe napieprzanki 3D) – ujrzenie w akcji Pierwszego Tekkena to… Jasny gwint, tego się kurwa nie da opisać słowami! REWOLUCYJA! W sequelu doszły nowe postacie, bardziej kanciaste, masa nowych ciosów i technik. Oczywiście gra była fajna, ale trochę się krzywiliśmy na brzydszych bohaterów, chociaż zbudowani byli z większej ilości wielokątów. Trójka – absolutny wzorzec i najlepsza spośród wszystkich bijatyk na PSX! Arcydzieło! Milion na dziesieć! Musze się przyznać, że w późniejszych czasach na PS3, zorganizowałem ogólnopolski Turniej Tekkena w moim mieszkaniu i zjechało się na niego aż 26 osób! Masakra, nieraz po sześciu chłopa stało na małym balkoniku, tylko patrzyłem kiedy się zarwie… Jacyś profesjonalni wyjadacze się nam trafili, co wszystkich młócili. A wiecie co zrobił Wojtek? Napierniczył jednemu z nich mocne bęcki i zdobył brązowy medal! Dumny jestem! Mój ziom.

NATHAN McCREE – TOMB RAIDER COMPLETE SOUNDTRACK

Muzyka w pierwszej części przygód Lary Croft cudownie pieściła nasze uszy!

TOMB RAIDER (Eidos/Core Design – 1996). Najpierw Wojtek odpalił mi demo. To pamiętne fest, każdy posiadacz PSX’a w tamtych czasach miał styczność z tą płytą. Usłyszeliśmy muzykę, czyli motyw przewodni! Konsternacja, delektacja… Czy to jakieś anielskie chóry, Boże jakie to piękne! Powiem wam, chociaż pewnikiem słyszeliście tę muzykę niejednokrotnie, że większego szoku, a raczej błogosławieństwa moje uszy chyba nigdy nie przeżyły… Na pewno jeśli chodzi o gry video. No, chociaż Turrican II byłby odmiennego zdania, ale tam były trochę inne doznania… Później zaczęliśmy się poruszać Larą Croft. Eee, to jest kurna niemożliwe! Ona naprawdę wykonuje te wszystkie sztuczki w trójwymiarowym środowisku? Ona tyle potrafi? Skacze, strzela, kuca, turla się, chwyta się krawędzi, przesuwa po nich, staje na rękach… Ta wolność, to jest takie niesamowite i takie nowatorskie…

Następnie ktoś z nas wskoczył do wody. Jejciu, ona także pływa?! Boże, jak pięknie. Jakie to relaksujące i przyjemne doznanie, i jeszcze ta muzyka pod wodą, i widoki na jej seksowne uda kiedy rozchylają się na boki… Daj popływać! Może jeszcze popływamy? Weź popływaj jeszcze! Kurdelebele, przeszliśmy całe demo? Włączaj jeszcze raz, popływamy sobie z Larą! Dawaj Wojtek, wskakuj do wody, znaczy się Lara wskakuj, a ty kieruj! Mogę teraz ja przejść demko? Popływajmy! Ja pierdolę! Ale to było fajne i nowe. Byliśmy w szoku, jak rozwinęły się gry video. Od pierwszych gier action adventure pokroju Montezuma’s Revenge do Tomb Raidera. Głupie pływanie w ujęciu TPP było czymś nie do opisania!  Tak, przygody Lary Croft to jest kamień milowy gier, a szczególnie poruszanie się tej heroiny w środowisku 3D. Tam naprawdę były trudne akrobacje i zagadki, pamiętacie etap zwany Cysterna? Przeszedłem ten hicior zarówno na PSX, jak i na PC. Ech, opowiadać o tej grze można by długo, na przykład jak wystraszyły nas wilki, ale dajcie spokój, starczy, lepiej popływajmy z Larą i powspominajmy… Aha, a sequele? Fajnie pływało się także w Wenecji (druga część), trzecia to już był niewypał. Jedynka jest zdecydowanie najlepsza. A remaki? Hmm, zbyt dużo Uncharted, za mało Tomb Raidera, ale ogólnie to całkiem fajne gry. Takie mroczne, brutalne, szkoda tylko że ilość trupów jest tam większa niż we wszystkich częściach filmowego Rambo razem wziętych…

Warhawk, czyli akcja, dwa widoki lotu, akcja, epicka muzyka i znowu akcja!

WARHAWK (Sony/SingleTrac – 1995). Stoimy z Wojtkiem i Michałem na giełdzie. Nagle na jednym z monitorów, ktoś odpala trailer Warhawka na PSX. My nawet nie znamy tej konsoli, chyba po raz pierwszy tego dnia widzimy ją w akcji. Szczęki kurwa na ziemi potłuczone w chuja! Każdy ząb osobno, pierdolimy, nawet nie podnosimy, tak jest dobrze… Ze wszystkich gier, jakie widzieliśmy najbardziej zamiata nas oczywiście Tekken oraz Warhawk, ależ ten drugi jest epicki i filmowy! Normalnie nie wierzymy w to co widzimy! Latamy uzbrojonym po zęby myśliwcem, po różnorodnych miejscówkach, jakieś piaszczyste tereny, etapy zalane wodą, kompleksy w jaskiniach i strzelamy rakietami, pociskami, wszędzie wybuchy, piękna grafika w pełnym 3D i ta zagrzewająca nas do boju epicka nuta. Oczy nam się świecą. Wojtkowi najbardziej. Przychodzi do domu i bez namysłu pędzi do sklepu. Wydaje całą wypłatę na Playstation i chyba trzy gry! Dzwoni do mnie, przychodzę w odwiedziny, Michał też. Odpalamy konsolę i mamy cyfrowy, growy orgazm. Wojtek jest naszym bogiem!

WIPEOUT 2097 (Psygnosis – 1996). Pierwszy Wipeout był naprawdę udany i spędziliśmy z Wojtkiem w wirtualnych kokpitach naszych ścigaczy trochę godzin. Jednakże kiedy w nasze łapska wpadł jego sequel to powtórzę się, ale po raz kolejny zostaliśmy rozwaleni na atomy! Dobra zaklnijmy troszkę, dodajmy realizmu temu wpisowi, przecież mieliśmy wtedy po naście lat, czy raptem dwadzieścia. Chociaż nie, nie wypada, w grze powyżej wyczerpałem już limit inwektyw, znowu ktoś będzie oburzony w komentarzach… Więc co się wydarzyło jak zagraliśmy we Wipeouta 2097? Zostaliśmy kurwa rozjebani tak, że ja pierdolę! Żartowałem z tymi przekleństwami, wyluzujcie, przeca to Retro na Gazie! Znowu zostaliśmy oszołomieni przez grę na PSXa, normalnie ta konsola wyprzedzała wówczas swoje czasy, na miękko zjadała wszelkie PeCety. One musiały dostać później 3DFxa, żeby wyrównać szansę, ale to zupełnie inna historia… Jednak wróćmy do Wipeouta 2097, ta wersja tego świetnego future racera była jeszcze szybsza od poprzednika (to możliwe?), jeszcze bardziej kolorowa, z ciekawszymi power upami do zbierania (ten, który powodował pofałdowanie trasy niszczył system i gałki oczne!), miała lepiej zaprojektowane trasy. Po włączeniu sequela to do poprzednika nie było już powrotu… I ten soundtrack! Milion na dziesięć! Właśnie go słucham…

Project X2 okazał się jeszcze lepszy niźli prequel na Amidze! I jaki ładny…

X2: NO RELIEF /aka PROJECT X2/ (Ocean/Team 17 – 1996). Pierwsza część Project X (Amiga) to bez wątpienia jedna z najładniejszych 16-bitowych gier, z najlepszą muzyką, jednocześnie jedna z najtrudniejszych. Takich zbyt trudnych, nie fair, wręcz mocno niesprawiedliwych. W przypadku kontynuacji wydanej tylko na PSX’a sprawy mają się o niebo lepiej. Poziom trudności jest tutaj korzystniej zbalansowany i nie tylko ludzie z refleksem robotów zdołają przejść tego shmupa. Należy zaznaczyć, że tym razem naszym myśliwcem będziemy lecieć zarówno w poziomie, a także w pionie i takie urozmaicenie wpływa korzystnie na zabawę. A jeszcze lepiej na miodność wpływają planety, które odwiedzimy, czyli etapy urzekające i porażające artyzmem oraz barwami. Krajobrazy w X2 są po prostu nie z tego świata! A projekt wrogów? Absolutnie pierwsza liga, renderowane i świetnie animowane wielkie skurczybyki to jest to co lubią wszelcy miłośnicy tego gatunku! Czy coś tu nie zagrało? Ha, najlepiej to zagrała muzyka! W mordę jeża, dlaczego tak mało osób pamięta o sequelu Project X?

ZANAC X ZANAC /ZANAC NEO/ (Compile – 2001). Ta gra to kompilacja dwóch shmupów. Konwersja oryginalnego Zanaca z 1986 roku oraz nowsza wersja tego przeboju nazwana Zanac Neo. I będę z wami szczery – ta druga gra to jest największy majstersztyk, arcydzieło, mistrz, champion pośród wszelkich strzelanek pionowych ze wszystkich systemów! Jeżeli miałbym wybrać tylko jednego shmupa na bezludną wyspę – byłby to bez wątpienia Zanac Neo! Dlaczego?  Największy i najbardziej różnorodny arsenał! 8 podstawowych broni oznaczonych cyframi (jeżeli zbierajmy te same cyfry to wtedy ulepszamy broń), plus dodatkowo bomby, rakiety – daje nam to w sumie około 24 narzędzi zagłady. Eeee, że co? No, niektórzy twierdzą, że nawet 32, ale ja już się w tym gubię! Bardzo ciekawa jest także mechanika walki, z rozbijaniem pomniejszych skał i wrogów, a nawet większych skurczybyków za pomocą power shotów i kombosów. Nowatorskie jest także dostosowywanie się poziomu trudności do umiejętności gracza, ale w sposób uczciwy, bez przegięć. Występuje tu olbrzymia ilość etapów, bardzo różnorodnych pod względem krajobrazów: cybernetyczne wnętrza jakichś tuneli, kosmiczne i gwiezdne pejzaże, jakieś lodowe oceany i morza… Można grać i grać i grać… Do tego multum różnistych bossów, jednak opartych na podobnych zasadach: wielkie statki lub olbrzymie bazy naziemne do zezłomowania. Jeżeli lubicie klasyczne, ale piękne strzelaniny – to lepszej od Zanaca Neo nie znajdziecie!

Zanac NEO to dla mnie jeden z najlepszych shmupów w historii gatunku. Czad!

ŁAWKA REZERWOWYCH. Tym razem ławka rezerwowych debeściaków obejmuje tytuły, na które po prostu brakło mi życia, nie było możliwości ogrania ich w całości u Wojtka w gościnie. Kiedy zaś stałem się posiadaczem własnego Szaraka (dopiero w okresie rządów PS3/X360), też jakoś nie było okazji powrócić do tych gier. Podobają mi się one fest, bardzo łechtają me podniebienie, ale jeszcze nie ograłem ich doszczętnie. Po pierwsze cudowna Castlevania Symphony of The Nights, czyli najprawdopodobniej najlepsza część wampirzej sagi 2D z piękną grafiką, muzyką, bossami i naprawdę długa. Po drugie kolejny majstersztyk 2D, tym razem w sztafażu jRPG, czyli Valkyrie Profilewidok z boku i trochę bijatykowy charakter rozgrywki to jest to co lubię! Spyro The Dragon też bym grał, gdybym miał, bo pikny to był platformer w otwartym, baśniowym świecie. Remake trylogii przygód smoka na PS4, także jest słodziutki i urzekający.

Podobały mi się jeszcze: RPG akcji Parasite Eve; słodziutka platformówka 2,5D Klonoa: Door to Phantomile; trudne, mroczne i klimatyczne RPG – Vagrant Story, porażający wizualnie shmup od Squaresoft’u, czyli Einhander; kolejny wyśmienity platformer 2,5D zwany Pandemonium; nowoczesne wcielenie Gauntleta w wersji dla psycholi, czyli Loaded, najlepsza cześć sławnej serii poziomych strzelanek, czyli Gradius Gaiden, przygodówka – platformówka ze świniakami do zarżnięcia i zagadkami podobnymi do Dizzy, czyli Tombi 1 i 2, fajowe wyścigi kartów z rudym jamrajem zwane Crash Team Racing; oraz wspaniały, klimatyczny horror Silent Hill, który mnie przerażał, kiedy obserwowałem rozgrywkę Wojtka. Jednakże kiedy stałem się posiadaczem PSX to na rynku było już bodajże cztery części tej gry na PSX/PS2 i niestety odpuściłem tę wielce zasłużoną serię…

– Napijcie się rezerwiści trochę soku z mudokona! Może załapiecie się wtedy do pierwszego składu? Świetna reklama przygód Abe’a.

O DZIWO NIE MA W MOJEJ LIŚCIE: praktycznie żadnych gier jRPG, gdyż to nie jest to co Borsuki lubią najbardziej. Jestem wychowany na cRPG z komputerów PC i pomimo  wielu podejść do serii Final Fantasy i innych ponoć wielkich hitów jRPG stwierdzam, że ten typ rozrywki i mechaniki zupełnie mi nie podchodzi. Zanim rzucą się na mnie zwolennicy tego gatunku to napiszę przy czym odpadałem: na PSX wystarczyło mi FF7, żeby zrozumieć, że nie rozumiem tego fenomenu. Na kolejnych Plejstejszynach FF X, FF XII, FFXIII (to było straszne…), Eternal Sonata, Nino No Kuni i wiele, wiele innych chwalonych jRPG. Podobają mi się tam piękne światy, muzyka, ale ja się po prostu w tych grach nudzę. Brak wyborów, multum grindu, dla mnie to są tylko gry przygodowe z bitwami, w których za rękę prowadzi nas reżyser. Oczywiście, kto lub niech gra, ja szanuję zajawkę miłośników gier jRPG, lecz z gier tego gatunku tylko produkcje wychodzące mocno poza schemat i mechanikę finalową mogą mi się spodobać – vide Valkyrie Profile, czy Vagrant Story.

A dlaczego tu nie ma serii Resident Evil, takiego wielkiego hitu? No, pięknego graficznie,  z tym się zgodzę. Jednakże dla mnie ta seria była męcząca, naprawdę irytująca. Sterowanie koszmarne, mechanika ekwipunku zupełnie nieprzemyślana, dialogi za przeproszeniem z dupy i fabuła na poziomie filmów klasy Z. Fakt, że te gry były piękne i bywały straszne, ale ja w Residencie szczypty geniuszu nigdy nie dostrzegłem. Ot, rzemieślnicza produkcja, przy której wielokrotnie mocno się wkurzałem. Zdecydowanie bardziej podchodził mi Alone in the Dark, głównie za klimat i fabułę, oraz fakt iż pierwej go spotkałem.  W przypadku Resident Evil spodobała mi się dopiero czwarta część, gdy zaprezentowała wyśmienity widok TPP, zza ramienia bohatera i skupiła się bardziej na akcji. Piątka także dawała radę, głównie dzięki graniu w kooperacji, niestety szóstka to już był tandetny jarmark, albo festyn, w trakcie którego ogarniał mnie wstyd, że w nim uczestniczę… Capcom, szanujmy się do cholery! Atakują nas pasikoniki, albo ludzie kraby wyposażeni w Uzi? Aha, to ja podziękuję… RE7 ponoć daję nadzieję na fajową grę, ale wróćmy do oryginalnej trylogii na PSX. Szczerze? Nie skończyłem żadnej jej części i nie mam zamiaru. Sorry Capcom, jak cię lubię to w tym wypadku nie będzie lizania po jajach…

Cracow Computer Museum - RelacjaPo latach ukochana konsola wielu Polaków doczekała się wydania Mini. Brawo PSX i dziękujemy za wszystko!

Dobra czas kończyć ten długaśny przegląd moich ulubionych gier na pierwsze Playstation. Szanujmy tę maszynkę, gdyż wróciła godność konsolom i rozpropagowała granie w gry video na całym świecie jak żaden sprzęt przed nią. Dla mnie był to jeden z największych przełomów pod względem oprawy graficznej w całej historii branży. Jakie inne okresy historii elektronicznej rozrywki uznaje za naprawdę warte uwagi? Po pierwsze 8-bitowe początki naszej branży, jako obcowanie z czymś zupełnie nieznanym, naprawdę pionierskie czasy! Po drugie niesamowity przeskok graficzny w trakcie przesiadki w 16-bitów. Później PSX zjadająca na śniadanie wszystkie trójwymiarowe gry z PC! Te tekstury i efekty świetlne to było coś nowego i niesamowitego. A dopiero później przeskok w grafikę HD przy konsolach PS3/X360. Zresztą praktycznie na każdą maszynkę znajdziecie fajne gry i będziecie potrafili je docenić. Najlepiej jednak gra się na sprzętach, na których się wychowaliśmy. Na PSXie wychowało się wielu Polaków, wielu Amigowców przeskoczyło z Przyjaciółki na tę maszynkę, duża liczba miłośników Pegazusa. No, przynajmniej tak było w naszym pięknym kraju… Dobra wystarczy peanów pochwalnych dla Szaraka, w następnym odcinku przyjrzymy się Czarnuli! See You Nara Boys and Girls!


PS1. Miałem powrzucać screeny z każdej gry i nawet zacząłem to robić. Wpis jednak okazałby się cholernie długi… Aha, gry są ułożone alfabetycznie.

PS2. Plakaty, artworki i screeny pochodzą głównie z MobyGames oraz naszego archiwum.

PS3. Pikne sliderki oraz wlepki przygotował Repip, przy niektórych grafikach też się trochę namęczyłem…

PS4. W następnym odcinku następca Szaraka, czyli kultowa i przebojowa Czarnula – PS2!

PS5. Dziękuję Wojtkowi za to, że mogłem u niego grać do oporu na PSX i Michałowi także.

PS6. Wiele z powyższych gier zostało przeniesionych na multum różnych systemów, głównie na PC i Saturna. Raz lepiej, raz gorzej. Jednak nie opisywałem tego, gdyż dzisiaj rządził tu po prostu PSX!

PS7. Miłośników Playstation zapraszamy na najlepszą polską stronę o tej konsoli, która obchodzi 6 lat istnienia, czyli na Strefę PSX! Ten wpis niech będzie prezentem urodzinowym dla Bodzia i spółki.

PS8. Dotychczas w tej serii wpisów ukazały się:

#1 – AUTOMATY ARCADE, #2 – ATARI XL/XE, #3 – COMMODORE 64, #4 – AMIGA, #5 – PC (DOS/WIN).

O RetroBorsuk 203 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.