Przegląd | Ulubione Gry Wszech Czasów RetroBorsuka #7 – Playstation 2

100 wpis borsuka PS2

Dzisiaj z okazji 20-lecia konsoli Playstation 2 (ależ ten czas leci!) przygotowałem prezent dla wszystkich miłośników Czarnuli! A co to będzie? Oczywiście kolejna cześć mojego debeściarskiego cyklu o ulubionych grach na różne systemy. Akurat tak się złożyło, że dzisiejszy odcinek poświęcony jest właśnie kultowemu PS2, które moim skromnym zdaniem było chyba najlepszą konsolą w historii growej branży. Posiadała niesamowicie rozbudowaną pod względem gatunków grotekę, pośród której znaleźć było można masę kapitalnych szpili, często i gęsto ekskluzywnych, które po dziś dzień pozostają wielce grywalne. Na premierę konsola zachwycała oprawą wizualną, niestety jednocześnie ceną, która oscylowała w graniach 2,7 tysiąca złotych! Kogo było na to stać? Na pewno nie mnie…


100 wpis Borsuka PS2

PRZESTAŃ SIĘ GARBIĆ PRZED MONITORKIEM!

Na szczęście mojego przyjaciela Wojtka było stać! Opowiadałem już wam w poprzednim odcinku tego wpisu, jak mój kumpel zachwycony PSX’em poleciał do sklepu i wydał całą wypłatę na pierwsze Playstation z kilkoma grami. Tym razem jednak zadanie było trudniejsze, bo i cena nowego sprzętu od Sony bardziej zaporowa… Na szczęście Wojtek nie pękł, ale musiał poświęcić bodajże dwa miesięczne wynagrodzenia, żeby czarne pudło z grami stanęło u niego pod telewizorem. Ja nie miałem takiego ciśnienia na jego zakup, gdyż po pierwsze – wtedy jeszcze nie pracowałem i mój budżet miesięczny wystarczał zaledwie na jedną, czy dwie skrzynki piwa, więc o kosmicznie drogiej konsoli mogłem tylko pomarzyć… Po drugie posiadałem wówczas już Monstera 3DFX do PC, którym się zachłysnąłem i początkowo nie doceniałem ekskluzywnych hiciorów na PS2. Zresztą Czarnulą dysponował Wojtek, więc kiedy chciałem to wpadałem do niego pograć w Tekkena, czy zachwycić się Devil May Cry’em. O tak, to była chyba pierwsza gra, która naprawdę mocno sponiewierała mnie swoim wyglądem, klimatem, grywalnością, dosłownie wszystkim! Wtedy jeszcze chęć posiadania Drugiej Plejki udało mi się jakimś cudem odeprzeć…

Dopiero parę lat później, kiedy wylądowałem u mojego kuzyna Gałasa, który wówczas także był posiadaczem PS2 i odpaliłem sobie nieznaną mi grę God of War – to po prostu oniemiałem. Pamiętam jakby to było dzisiaj, odwiedziłem kuzyna znienacka, a on był jeszcze w robocie, więc z braku zajęcia zacząłem przeglądać jego grotekę na Czarnulę. Hmm, jakiś Bóg Wojny, a co to jest? Ja ciebie nie pierdolę, ależ to kurwa było fenomenalne! Normalnie co tu się wyprawiało na ekranie?! Jakiś wkurzony łysy rzeźnik chodził po fantastycznych krainach i szlachtował mitologiczny bestiariusz na plasterki z niesamowitą finezją i brutalnością! Adrenalina, emocje, endorfiny, ekstaza! Wtedy zapaliła mi się we łbie lampka, że muszę to mieć! Przecież to jakby chodzona bijatyka z salonów gier, tylko w przecudnej grafice i z dodanymi zagadkami. Ta gra pochodziła jakby z mojego mokrego snu, była spełnieniem moich marzeń i wyobrażeń o produkcji idealnej! Pamiętam, że walka z hydrą na statku rozwaliła w drzazgi zarówno mnie jak i głośniki telewizora…

Co tu się wyprawia? Aha, PS2 rzucili na rynek…

Kiedy wróciłem od kuzyna dobił mnie mój kumpel Wojtek pokazując Need For Speed Underground oraz Burnouta 2. Kurdelebele, ale szybkie i zajebiste wyścigi! Dopiero wtedy moje szare komórki w głowie zaczęły jarzyć bazę… zaczęły żarzyć się konsolowym światłem! Hmm, nic nie muszę instalować, żadnych sterowników, wkładam płytę w paszczę Czarnuli i gram na swoim 29 calowym Panasonicu?! Nie muszę się męczyć na kurduplowatym 15 calowym monitorze, przy którym garbiłem się na starym krześle… Pieprzyć to! Poleciałem do sklepu i wróciłem z PS2 w wersji SLIM pod pachą! No i zaczęła się jazda bez trzymanki! Wsiąkłem bez reszty w przepiękny świat konsol i patrząc z perspektywy czasu – był tu kapitalny ruch z mojej strony. PS2 okazała się najlepiej oprogramowaną konsolą w historii pod względem różnorodności dostępnych gier i do tej pory posiadam ją w swej kolekcji. A biedny PeCet? Od tego dnia nie przeszedłem już na nim chyba żadnego tytułu, służy mi tylko do internetu i pisania… Dobrze, skoro już wiecie jak zaczęła się moja przygoda z Playstation 2, pora zobaczyć w końcu: jakie gry spowodowały mój największy zachwyt! Zaznaczam, że wiele z poniższych tytułów było także obecnych na konsolach Xbox, GameCube oraz na komputerze PC, więc wielu z was znajdzie poniżej cosik smakowitego. Ja ogrywałem jednak te hity na PS2 i tego się trzymajmy! Jadymy…


GRY

BEYOND GOOD & EVIL (Ubisoft – 2003). Przygody trójki moich najprawdziwszych przyjaciół z przeszłości: pięknej Jade, świniopodobnego Wujka Pey’j’a (czytaj Wujek Pejdż) oraz pełnego honoru, zakutego w zbroję Agenta Double H (czyli Agent Dabyl Ejdż). Czy warto do nich wrócić po latach? Powiadam wam, zaprawdę warto! Cudnie pożeglować po malowniczym Hillys (piękna grafika, akweny morskie, krajobrazy, zmienne pory dnia), świetnie poczuć dreszcze zagłębiając się w przerażającą fabułę godną najlepszego thrillera scifi (indoktrynacja, zdrada, podmiana ludzkości, inwazja najeźdźców z kosmosu), warto zabawić się ponownie w reportera Animal Planet (robienie zdjęć aparatem wielu gatunkom zwierząt i zwierzoludzi, naprawdę daje to frajdę i jest pomysłowe!), czadersko wziąć udział w wyścigach naszego pojazdu i upgradować go w trakcie rozgrywki. Fajnie porozwiązywać zagadki, pograć w minigry, czy skradać się cichaczem, albo z przytupem walić wrogów po łbach z pomocną dłonią (lub dyńką) przyjaciół. Nie czekajcie! Odpalajcie Beyond Good & Evil – dzięki tej grze przypomnicie sobie co to: wolność, odwaga, poświęcenie, a przede wszystkim przyjaźń. Michel Ancel to geniusz, a o całości poczytacie w tej recenzji.

Beyond Good & Evil doczekało się także edycji HD na X360 i PS3. Tutaj trailer. Ależ ta gra jest kapitalna!

BLACK (Electronic Arts/Criterion Games – 2006). Pierwsza i chyba jedyna strzelanina FPP na PS2 w tym zestawieniu. Głównie dlatego, że resztę FPSów ogrywałem głównie na PieCu, a później na Xboxie 360. No, ale tej wielce atrakcyjnej wizualnie rozpierduchy przecież nie było na kompie. Black to przede wszystkim niesamowita wówczas zniszczalność środowiska (dziury po kulach, niszczenie szyb, wielkie wybuchy, zawalające się obiekty), co było bardzo nowatorskie i na taką skalę nie prezentowane nigdzie wcześniej. Dodatkowo akcja jest tu bardzo szybka, najpierw strzelaj potem zwiedzaj! To jedna z najbardziej ekscytujących i naładowanych adrenaliną strzelanek w jakie grałem, a ostatni pojedynek w bunkrze, który rozgrywałem w nocy około trzeciej nad ranem (zaraz przejdę i idę spać, a jak się okazało to skończyłem dopiero o szóstej) utkwił mi w pamięci na zawsze dzięki niesamowitej jatce i wysokiemu poziomowi trudności.

BURNOUT 2: POINT OF IMPACT (Acclaim Entertainment/Criterion Games – 2002). To pierwszy z Burnoutów, który wpadł mi w łapska i jedne z pierwszych wyścigów jakie zakupiłem po przesiadce na konsolę z komputera osobistego. I wiecie co? Wszystkie wyścigi, w które grałem na kompie wyglądały przy Burnoucie niczym gry dla małych dzieci… I nie chodzi tylko o ostrą jak brzytwa grafikę, która poniewierała i świetny model jazdy. Widzieliście kraksy w tej serii wyścigów? Widzieliście jak gnie się karoseria naszej bryki, szyby sypią się w drobny mak, zaś spod kół lecą iskry? Szczęka na ziemi, mózg na ścianie, po prostu najlepsza fizyka kraks w historii wyścigów, oczywiście do czasu kolejnej części. Jejciu, a jak ta gra zasuwała?! 50 klatek na sekundę, bez żadnych przycięć na takiej niepozornej maszynce jaką było PS2… Jak sobie przypomnę granie w racery na PC, z całym szacunkiem dla Screamerów, ale nie było do nich powrotu po zagraniu w Burnouta… Ten tytuł udowodnił mi co znaczą wyścigi na konsolę! Tak mnie wessało, że zdobyłem w każdym wyścigu złoty medal! No i zawierał tryb Crash, który był dodatkowo świetną rozgrywką dla kilku graczy… Tutaj nasza recka naskrobana przez Naczelnego.

Najlepszy arcade racer ever! A raczej ich para. U góry Burnout 2, na dole Burnout 3!

BURNOUT 3: TAKEDOWN (Electronic Arts/Criterion Games – 2004). Myślicie, że Burnout 2 to były najpiękniejsze, najszybsze, najbardziej dynamiczne, najlepiej brzmiące wyścigi z najlepszym modelem zniszczeń na Playstation 2? To w dupie byliście i gówno widzieliście! Trzecia część zjada poprzednika bez popitki i jest moim zdaniem opus magnum firmy Criterion w kategorii zręcznościowych wyścigów. To prawdziwa orgia prędkości oraz rozwałki na drodze! Ilość trybów rozgrywki (world tour, crash, road rage, single race: ogółem 137 zdarzeń w grze do zaliczenia!) – to było prawdziwe szczytowanie dla każdego miłośnika czterech kółek! W tej części pojawiła się w końcu możliwość rozbijania naszych konkurentów o przeszkody terenowe lub inne samochody ruchu ulicznego – tak zwane przyłożenia (takedowny) – czyli przezajebiście efektowne dzwony. Zresztą co ja będę wam tutaj pisał peany pochwalne, ta gra wyciska wszystkie soki z PS2 i po dziś dzień wygląda OBŁĘDNIE! Wszystko tu jest nadzwyczajne i poza skalą, naprawdę w każdym aspekcie: grafiki, muzyki, płynności jazdy, efektowności kraks, adrenaliny, miodności, muzyki, trybów zabawy…

DEVIL MAY CRY (Capcom – 2001). Pierwszy raz z blondwłosym łowcą demonów imieniem Dante spotkaliśmy się u mojego przyjaciela Wojtka. Tak, tego samego co wprowadzał mnie w świat PSX, a później pokazywał jakie cudowności siedzą w poczciwej Czarnuli. O żesz w mordę jego mać! Klimat w Devil May Cry pozamiatał mną doszczętnie… Bohater w czerwonym płaszczu wywijający wielkim mieczem i strzelający jednocześnie z dwóch spluw… Majestatyczne, mroczne i piękne jednocześnie miejscówki, szczególnie gotyckie zamki z wybornie przedstawionymi komnatami… Niesamowity bestiariusz pełen demonicznego ścierwa różnorodnego rodzaju… Świetny system walki… Filmiki przerywnikowe lepsze od kinowych horrorów… Hah, nie mogłem spać przez przygody Dantego. To była jedna z pierwszych gier jaką kupiłem po nabyciu swojej Czarnulki w wersji SLIM. O sequelu zapomnijcie, był bardzo, bardzo słaby, jednakże trzecia część to…

Demony płaczą na widok Dantego! Ja płakałem ze szczęścia jak ujrzałem tę grę w akcji! U góry: DMC 1, na dole DMC3 S.E. Dwójki nie ruszajcie kijem…

DEVIL MAY CRY 3 S.E. (Capcom – 2005). …jeszcze więcej demonów do zaszlachtowania, czy poszatkowania nabojami! Młody Dante w akcji (czyli w rżnięciu maszkar, jakkolwiek to brzmi) jest jeszcze większym kotem, niźli był w jedynce! Niemożliwe! System walki został jeszcze bardziej ulepszony, przyspieszony, dodano nowy oręż do znalezienia i wyposażenia, który mogliśmy zmieniać w locie. Ha, powiem więcej, Dante potrafi teraz walczyć aż czterema stylami: trickster, sword master, gunslinger, royal guard. Nie w kij dmuchał! I chociaż wkurzało mnie jego zniewieściałe zachowanie w trakcie filmików przerywnikowych i proste jak drut zagadki, to mimo tych wad gra wciągała niemiłosiernie! Filmiki znowu były rewelacyjne pod względem jakości wykonania, a w fabule pojawiają się ważne dla całej sagi postacie: przyjemnie wyposażona przez naturę łowczyni demonów – kotka zwana Lady oraz brat Dantego – Vergil, który jest przeskurwysynem jeżeli chodzi umiejętności walki. Kończyłem DMC3 na hardzie i ten nicpoń kroił mnie na końcu tak ostro, że o mało nie wyrzuciłem płyty przez okno! Na szczęście podołałem, ale panie lekkich obyczajów latały po mieszkaniu niczym po burdelu…

DRAKAN 2: THE ANCIENTS' GATES (Sony/Surreal Software – 2002). Kontynuacja Drakana nie należy do najpiękniejszych gier i nie powoduje przy pierwszym kontakcie takiego opadu szczęki jaki powodował pierwowzór na PC. Nie ukrywajmy, ta gra w przypadku PS2 nie pokazywała mocy PS2 w dniu premiery. Jeżeli jednak przymknęliśmy na to oko i podeszliśmy do niej jak do staroszkolnego action-adventure z elementami rpg (czym była w istocie) – to naprawdę czekała nas długa i satysfakcjonująca przygoda. Obszar gry był ogromny (w porównaniu z pierwszą częścią, bo do dzisiejszych sandboxów się nie umywa), pełen zamków, lochów, wysp, jezior, gospodarstw rolnych oraz miast i wszędzie mogliśmy wcisnąć zgrabny tyłem naszej Rynn. Fajnie! Walczyliśmy z klasycznymi dla fantasy potworami (szkielety, pająki, smoki), rozwiązywaliśmy proste zagadki, zdobywaliśmy ekwipunek (oręż, pieniądze, jedzenie). Duża i naprawdę rozbudowana produkcja. A lot na smoku Arokhu? Tradycyjnie – zajebisty i niepowtarzalny!

GOD OF WAR (Sony/Santa Monica – 2005). Dwóch na jednego to banda łysego? Nie, to łysy Kratos tu rządzi i kroi potwory na kotlety, robi z nich pieczyste, mieli je niczym młynek do mielenia mitologicznych bestii! Dla mnie GOW to nie tylko slasher, lecz prawdziwa gra action-adventure pełną gębą, oczywiście przede wszystkim z naciskiem na walkę, ale mamy tu wszystko co definiuje ten wyborny gatunek gier. Dodatkowo świetnie połączone w niezapomnianą przygodę, która na premierę zdeklasowała konkurencję i była naprawdę czymś wyjątkowym. Za co najbardziej cenię God of War?  Za walkę – jest kapitalna, brutalna  i wielce satysfakcjonująca, z krwawymi finisherami, które urywają dupę i głowę nie tylko potworowi, ale także graczowi. Wychowany na Mitologii Parandowskiego z otwartymi rękoma przyjąłem umiejscowienie akcji w mitologicznej Grecji i panteonie tamtejszy bóstw oraz ichnim bestiariuszu. W grze spotkamy tradycyjne dla gatunku zagadki, przy których trzeba trochę pogłówkować, co lubię! Przełączniki, zapadnie, łańcuchy do przeciągania, kołowroty czy wielkie skalne bloki lub podesty do przesuwania. Elementy platformowe i eksploracja też są tutaj silnie zaznaczone i obecne, co nie jest tak oczywiste w przypadku innych slasherów. A jaka była oprawa Boga Wojny? Wyglądała oszałamiająco na odbiornikach CRT i kto takowy posiada do dzisiaj – niech się nawet nie zastanawia tylko wyrusza ponownie na ten zapadający w pamięć spacer z mitologicznymi bestiami. Ten totalny sztos zrecenzowaliśmy dla was w tym miejscu!

W przygodach Kratosa jest wszystko! Widoki, platformy, zagadki, a przede wszystkim kapitalna jatka i wielcy bossowie! Góra GOW1, dół: GOW 2.

GOD OF WAR 2 (Sony/Santa Monica – 2007). Druga cześć przygód Kratosa była tak dobra, że jak włączyłem ją rano około godziny 9.00 to skończyłem i wyłączyłem wieczorem, a raczej w nocy około 23.30! Grałem non stop, a mój kumpel Michał, który wpadł do mnie tylko na chwilę – obejrzał z wypiekami na twarzy ponad połowę gry! Ja po przejściu Drugiego Boga Wojny byłem sponiewierany (niektóre walki dały mi mocno w kość) jednak niesamowicie szczęśliwy, wręcz spełniony. Dokładnie na taki sequel czekałem! Przeczytajcie sobie wszystko co napisałem o pierwszej części, idealnie odzwierciedlono to także w sequelu. Jednak podnieście całość do kwadratu, a szczególnie: epickość, dramatyzm fabularny, brutalność, wielkość bossów, widowiskowość starć, piękno architektury, miodność całości. Niektóre zachowania Kratosa z tej części naprawdę pozostają w pamięci i powinny być chyba dozwolone od 21 lat! Prawdziwy antybohater w akcji, zło zwalczaj jeszcze większym draństwem… Jednocześnie jest to postać wielce tragiczna, ale nie zdradzajmy ważnych dla fabuły szczegółów. Dla mnie jest to najlepszy ze wszystkich God of War’ów!

ICO (Sony/Team ICO – 2001). A po krwawej jatce czas na najbardziej nastrojową, tajemniczą, wręcz uduchowioną produkcję na PS2, jaką jest ICO. Rzekłbym, że bardzo spokojną grę action-adventure, jednak wtedy skłamałbym okrutnie, gdyż skala emocji, jaką ona dostarcza graczowi jest jedną z największych w historii elektronicznej rozgrywki! Nie zalewam. Fabuła przedstawiona jest w sposób enigmatyczny i chwała jej za to – zmusza gracza do układania klocków historii w głowie i wyciągania nieraz przerażających wniosków. Młodym chłopcem z rogami (diabelstwo jakieś?) budzimy się w wielkim, opuszczonym zamku i musimy się po prostu z niego wydostać. Naszym sprzymierzeńcem będzie eteryczna dziewczyna, która także jest tu więziona, razem pokonamy wszelkie przeszkody! A tych jest bez liku… Od drapieżnych cieni, z którymi trzeba walczyć, poprzez świetne elementy wspinaczkowo-platformowe, aż po kapitalnie zaprojektowane zagadki. Najważniejszym aspektem rozgrywki jest fakt, że wszelkie przeciwności losu pokonujemy wspólnie. Nasza towarzyszka Yorda, jak przystało na dziewoję jest trochę niezdarna, nie dysponuje taką tężyzną fizyczną jak nasz heros – młodzian wychowany przez wojów, więc wszędzie musimy ją eskortować, nawet podsadzać na wyższe półki skalne, czy pomagać przeskakiwać rozpadliny. W międzyczasie chronić przed atakami cieni… Wszystkie te wspólne przygody powodują, że między postaciami, a przede wszystkim pomiędzy graczem, a Yordą rodzi się więź. Najpierw ta dziewuszka trochę nas irytuje, później śmiejemy się z jej niezdarności, zaczyna nas zaciekawiać… W miarę tego jak nam pomaga, staje się naszym przyjacielem, jedynym w tym posępnym zamczysku, więc bardzo pragniemy odkryć tajemnicę jaka za nią stoi… Nie przesadzę, jeżeli powiem, że pod koniec gry pomiędzy graczem a Yordą rodzi się coś na wzór uczucia, zaś końcówka gry wyciska łzy z oczu… Jedna z najbardziej nastrojowych, najsmutniejszych i najpiękniejszych gier zarazem… Zresztą popatrzcie na filmik będący hołdem dla ICO, który znalazłem w sieci… Jejciu aż mi się smutno na serduszku zrobiło… Mój numer jeden ze wszystkich gier na PS2! Gra została wydana także na PS3, w podwyższonej rozdzielczości i z wykorzystaniem okularów 3D.

Wspaniały hołd dla arcydzieła zwanego ICO. Prawie się popłakałem… Kanał autora tutaj.

JAK II RENEGADE (Sony/Naughty Dog – 2003). Doceniam pierwszą cześć przygód Jaka i Daxtera, która była bardzo fajną platformówką (skończyłem), jednakże nie wywołała u mnie efektu wow. W przypadku kontynuacji było już zupełnie inaczej. Gra z baśniowej platformówki przeistoczyła się w dosyć mrocznego run and guna, w którym Jakiem biegamy po mieście przyszłości (a także latamy na powietrznych skuterach), skaczemy po platformach i strzelamy do wszystkiego co się rusza. Wreszcie fabuła nie jest tylko zapychaczem do pląsów po platformach, wreszcie postacie występujące w tej grze mają jakieś charaktery (a nie są tylko dodatkiem do Daxtera), wreszcie bossowie mają jaja i są twardzi, wreszcie jest tu tysiąc-pincet różnych aktywności do zrobienia. Kto by przypuszczał, że Jak w mrocznym wydaniu, z wielką spluwą w łapie, rozgadanym Daxterem na ramieniu oraz zgrabną lasencją przy boku aż tak mi się spodoba! Prawdziwy action-adventure pełną gębą połączony ze świetnym bieganiem ze spluwą! Reckę znajdziecie tutaj.

JAK 3 (Sony/Naughty Dog – 2003). Tym razem uderzono w klimaty postapokaliptyczne rodem z Mad Maxa, czyli do mrocznego science fiction dołożono pustynne wydmy, trochę archeologicznych, awanturniczych przygód oraz różnorodne piaskowe samochody z kapitalnym modelem jazdy. Pistolety i karabiny dalej występują w rolach głównych, jednakże dochodzi jeszcze śmiganie na powietrznej deskorolce, oraz odpieranie wielkiej inwazji Obcych zwanych Metalowymi Łbami. Jest epicko, jest jajcarsko, jest wyścigowo, jest platformowo, jest po prostu różnorodnie pod względem rozgrywki i całkiem ładnie jak na możliwości Playstation 2. A nasz rudy towarzysz? Spokojna wasza rozczochrana, Daxter znowu nadaje teksty godne łagodnego wcielenia Joe Pesciego! Wielka gra, także pod względem obszaru i długości rozgrywki, kiedy chcemy zaliczyć ją  na 100%.

Przygody Jaka i Daxtera są pełne atrakcji! U góry Jak II Renegade, na dole Jak 3. Świetny duet.

MAXIMO:  GHOSTS TO GLORY (Capcom – 2001). Jako wielki miłośnik Ghosts’n Goblins z uśmiechem na ustach przyjąłem przygody Maximo, które były duchowym następcą, wręcz rebootem wyprawy Króla Artura. Powiem szczerze – jak dla mnie jest to idealne przeniesienie tej gry w pełne 3D, zresztą kto nie wierzy to niech ją uruchomi! Maximo to bez dwóch zdań młode wcielenie Artura, zasuwa w podobnej zbroi, a gdy zostanie trafiony to biega tylko w śmiesznych bokserkach. Walczy z potworami za pomocą miecza oraz osłania się tarczą, a bestie żywcem (a raczej trupem) zostały przeniesione z dwuwymiarowej wersji gry. Szkielety, strzelające kulami demoniczne filary, latające demony, wielgachne grubasy w zbrojach. Oczywiście, żeby nie było nudno spotkamy tutaj także nowych gagatków do zaszlachtowania, w tym wymagających bossów. Etapy są prześliczne i bardzo kolorowe, wręcz kipią klimatem charakterystycznym dla serii: znajdziemy tutaj cmentarze, bagna, kości dinozaurów, skaliste i lodowe pieczary, wulkaniczne strefy. Wyżyłowany poziom trudności znany z oryginału także został tu zachowany, przez co Maximo to bardzo wymagająca pozycja. Jeżeli chcecie znaleźć wszystkie znajdźki i sekrety to będziecie się musieli mocno spocić. Jakby kto pytał o elementy platformowe, to są one tutaj naprawdę mocno rozbudowane! Świetna gra, w której nawet muzyka jest wzorowana na Duchach i Goblinach.

MAXIMO VS ARMY OF ZIN (Capcom – 2003). Kontynuacja, w której położono większy nacisk na elementy przygodowe, czyli znajdziemy tutaj więcej zagadek, możemy rozmawiać z niektórymi NPC’ami, zaś poziom trudności trochę złagodzono. To dalej bardzo wciągająca gra platformowo – bitewno – zagadkowa, jednakże nie jest takim hardkorem jak wcześniejsza jej inkarnacja. Dobrze to czy źle, oceńcie sami, jednakże ja preferuję poprzednią odsłonę. W tej części tytułowa Armia Zin czyli antyczne, mechaniczne robostwory atakują świat, a nasz bohater ze Śmiercią u boku, czyli Mrocznym Żniwiarzem, w którego może się przeistoczyć – wyrusza im stawić czoło. Jeżeli lubiliście przygody Sir Daniela Fortesqu’e w Medievilu to Maximo powinien was tym bardziej zadowolić. Bardzo dobry szpil.

Maximo idealnie przenosi klimat Ghosts’n Goblins w 3D. Polecam! U góry: Maximo 1, na dole Maximo 2.

METAL SLUG ANTHOLOGY (SNK Playmore – 2006). Składanka zawierająca całą serię najlepszych obok Contry chodzonych run and gunów (z profilu) w historii gatunku. Znajdziecie w niej: Metal Sluga 1, 2, 3, 4, 5 i X!  Zanim wymasterujecie wszystkie odsłony na jednym kredycie to będziecie mieć zabawę na lata, a całość uprzyjemni wam kooperacja z kumplem na fotelu obok. Czad! W tych grach dzieje się tyle, że spokojnie obdzielilibyście wydarzeniami na ekranie sto innych gier akcji! Kwintesencja gatunku biegania z bronią w ujęciu platformowym – o skali rozpierduchy kilkakrotnie większej niźli w produkcjach konkurencji. Z charakterystyczną piękną, ręcznie rysowaną grafiką 2D, niezliczonymi oddziałami wroga, olbrzymimi i różnorodnymi bossa mi, jak i wieloma pojazdami do wykorzystania. Cała seria jest bardzo dobra, ale pierwsze trzy części – zdecydowanie najlepsze! W tym miejscu znajdziecie ich przekrojowe recenzje.

OKAMI (Capcom/Clover Studio – 2006). Cholera, jestem zdziwiony ile lśniących pereł skrywa groteka Czarnuli. Oto kolejna z gier, która zapadła mi na zawsze w pamięć, głównie dzięki dosyć nietypowemu gameplayowi łączącemu w sobie mechanikę znaną z Zeld (część zręcznościowo – przygodowa jest ewidentnie oparta na grach Nintendo) oraz malowaniu świata za pomocą Niebiańskiego Pędzla kreacji. Kreacji? Tak, gdyż to co namalujemy to jednocześnie tworzymy i używamy w trakcie rozgrywki. Świetny patent. Przykłady na szybko: platformy na wodzie w kształcie liści, albo bomby potrzebne do wysadzenia skał, lub cięcia miecza w trakcie walki. Fajowo! Geniusz gry jednak najbardziej uwidoczniony jest w przedstawionym świecie, zakorzenionym w japońskim folklorze i wierzeniach, pełnym dziwnych stworów, czarów, tajemnic, demonów. Nasz bohater wilk, a raczej wilczyca (Amaterasu), na swoich czterech łapach przeżyje o wiele większą przygodę niźli pies, który jeździł koleją po Polsce… Nie zalewam! Aktywności tu wiele: sekrety, skarby, zagadki, elementy platformowe, łowienie ryb, pojedynki z bossami, więc nudzić się pewnikiem nie będziecie. Całość oprawiono w ponadczasową grafikę wykonaną w technice cell shadingu oraz przyprawiono cudowną muzyką. Artystyczne arcydzieło!

Okami to jedna z najpiękniejszych gier w jakie grałem! Trailer wersji HD, która ukazała się na wszystkie nowsze konsole. Świetny pomysł z rysowaniem plus mechanika jak z Zeldy. Cudne…

ONIMUSHA 3: DEMON SIEGE (Capcom – 2004). Po dziele sztuki czas na trochę rzemiosła, na prawie filmowego akcyjniaka, trochę śmiesznego i B klasowego, ale jakże dobrze podanego! Doborowa obsada zawsze na propsie i powiedzcie mi jak tu nie lubić Jeana Reno strzelającego z dwóch karabinków Uzi jednocześnie do stad japońskich demonów? Jak nie patrzeć z podziwem na Takeshiego Kaneshiro, który swoim samurajskim mieczem rozcina brzuchy napastującym go oddziałom azjatyckich biesów? Ta cześć w końcu wprowadziła do serii normalne sterowanie, czyli wreszcie biegamy analogiem, uff. Nie jest to może wielce odkrywcza pozycja, ale kto do cholery nie lubi zabawić się w rzeźnika demonów? Masa broni, różnorodne bestyje (Oni) do zabicia, także wielkie i fachowo zaprojektowane bolki. Grafika jak to u ówczesnego Capcomu – prima sort, muzyka przebojowa, a jaką jakość miało intro? Intro to po prostu był niszczator! Jak je zobaczyłem po raz pierwszy na wielkim CRT to aż usiadłem z wrażenia! Wcześniejszych części nie ograłem, nastepnej zwanej Dawn of Dreams także, ale przyznaję, że zapowiada się na rozbudowaną i długą przygodę. Może kiedyś się skuszę… Uwaga, uwaga, recenzja tej gry była pierwszym tekstem na naszej witrynie, a dostarczył ją Naczelny Kark!

OUTRUN 2006 COAST 2 COAST (Sega/Sumo Digital – 2006). Bardzo lubiłem oryginalnego Outruna, a jeszcze bardziej amigowego Lotusa, który był jego wielce udanym naśladowcą. Nie wiedziałem nawet, że Sega na PS2 wydała swego czasu kontynuację swojego wczesnego racera i dopiero kuzyn Gałas zaskoczył mnie prezentacją tej gry u siebie. W oczy rzucił mi się wybitnie zręcznościowy model jazdy, jednak nie prostacki, pełen driftowania oraz wykorzystywania tunelu aerodynamicznego poprzedzających nas samochodów. Dodatkowo gra pozostała bardzo wierna pod względem mechaniki stareńkim prequelom. To ciągle dynamiczny racer, w którym pędzimy na złamanie karku z kobitką u boku, wiatr rozwiewa nam włosy, w radiu leci relaksująca nuta, a my podziwiamy piękne widoczki i w trakcie jazdy wybieramy kolejna odnogę trasy. Bardzo odprężający, jednak dosyć trudny tytuł, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Polecam także odpicowaną w HD wersję tej gry, która wyszła na Xboxa 360 / Playstation 3 pod tytułem Outrun Online Arcade, a także konwersję na PSP. Ostatnio nasz Naczelny zatargał żonkę do czerwonego Ferrari w tym miejscu i nieźle pojeździli!

Księciuniu, oj księciuniu, może byś znowu powrócił w chwale tak jak wtedy… Na górze Prince 1, na dole Prince 2 i 3.

PRINCE OF PERSIA TRYLOGIA. PIASKI CZASU (Ubisoft – 2003). Takiego Księcia Persji w 3D było mi potrzeba. Moim zdaniem jest to najlepsza cześć serii, lepsza nawet od dwuwymiarowego pierwowzoru! Może przez fakt, iż maczał w nim palce sam Jordan Mechner i to widać, słychać i czuć. Piaski Czasu (oraz kontynuacje tegoż tytułu także) posiadają najlepsze elementy platformowe w grach w historii elektronicznej rozgrywki. Akrobatyka i ekwilibrystyka są fest intuicyjne, świetne w sterowaniu i przede wszystkim nie są samograjami, niektóre są nawet mocno wymagające, a przede wszystkim cholernie efektowne! Gra zwiera także śmiertelnie zaprojektowane pułapki, rewelacyjny i rewolucyjny motyw z cofaniem czasu, a także bieganie po ścianach, które wówczas było zupełnym novum w grach video. Wszystko przedstawione w pięknej grafice i architekturze miejscówek, urozmaicone ciekawymi zagadkami (kolumny, łaźnia, planetarium i inne pomniejsze) i trochę zbyt prostymi walkami. Ja grałem na premierę zarówno na PC oraz PS2 i dla mnie to zdecydowanie gra na medal i 10!/10. Kontynuacja, czyli DUSZA WOJOWNIKA (2004) to bardzo dobra pozycja, jednakże w moim mniemaniu zbytnio stawia na walkę i za bardzo odchodzi od klimatu Baśni Tysiąca i Jednej Nocy, ale w sumie mroczny książę to miła odmiana od bajkowego poprzednika. Z kolei trzecia część jest świetna i bez zastrzeżeń mogę ją tutaj umieścić. DWA TRONY (2005) przecież także zasługują na uznanie! Znowu książę w swoim brutalniejszym, mroczniejszym wydaniu, zarzynanie i duszenie wrogów łańcuchem, dobrze pomyślane zagadki i skoki po gzymsach. Na dodatek zawarto tu wyścigi rydwanów! W sumie polecam całą trylogię, a recenzję pierwszej części naskrobał kiedyś Red Nacz, czy jak on się tam zwie…

RATCHET & CLANK TRYLOGIA (Sony/Insomniac Games – od 2002 do 2004). Podstawowa trylogia Ratcheta i Clanka to spełnienie moich dziecięcych marzeń! Trójwymiarowy run and gun, w którym strzelanie do przeciwników za pomocą zajebistego i bardzo wymyślnego arsenału jest równie ważne, co skakanie po platformach i zbieractwo. Dla mnie, starego amigowca ten tytuł to jakby Ruff’n Tumble przeniesione w pełen trójwymiar. Bardzo sympatyczni bohaterowie i nie tylko główni herosi, ale także ci źli oraz drugoplanowi – czyli Doktor Neafarious i Kapitan Qwark. Do tego wybornie zaprojektowane etapy, oraz wrażenie uczestnictwa w przygodzie na galaktyczną wręcz skalę, latanie po zróżnicowanych i pięknych planetach (ach, te krajobrazy!) różnych układów gwiezdnych. Świetnie, że oprócz strzelania i skakania nasz bohaterski lombax dysponuje naprawdę szerokim wachlarzem ruchów i umiejętności, w wykonywaniu których pomaga mu jego blaszany przyjaciel. Później w grze dochodzą najróżniejsze artefakty i przedmioty, które urozmaicają rozgrywkę i dodają naszym herosom dodatkowych zdolności. Linki do huśtania się, magnetyczne buty do wchodzenia po stromiznach, rożne lotnie do latania, batyskafy do pływania. Przyznaję bez bicia, że przez to człowiek nie nudzi się tutaj ani na chwilę! Do tego bossowie i przede wszystkim wielkie, świetnie zaprojektowane, a nawet zdobywające doświadczenie spluwy (w częściach 2 i 3 dopiero można je rozwijać)! Aha znajdziemy tu także areny, na których stoczymy masę emocjonujących pojedynków z hordami wrogów! Szał pał! Uśmiejecie się, ale nie wiedziałem, że w pierwszej części przygód Ratcheta można kupować amunicję zegarkiem (czyli w każdej chwili) i z ostatnim bossem męczyłem się przez to niemiłosiernie – chyba ze 3 godziny! I w końcu pokonałem dziada tylko amunicją, którą miałem w magazynkach i swoim niszczycielskim kluczem. Ufff, ależ to były emocje, nie mogłem marnować żadnych pocisków…  W odnogę głównej serii, czyli Gladiatora grałem tylko chwilę i ten spin off jeszcze bardziej szedł w stronę strzelanki i w sumie mógłby mi on naprawdę podejść, gdyż run and guny to ja uwielbiam. Nie ograłem także żadnej z części na PSP, więc nie pytajcie mnie o ich jakość… Ogrywałem za to kontynuacje na PS3, ale o nich poczytacie w kolejnych częściach opisujących moje ulubione gry wszech czasów.

Platformer spotyka strzelaninę z rozbudowanym arsenałem, zagadki, pojazdy, a przede wszystkim Ratchet spotyka Clanka! Przyjaźń na zawsze! Trailer wersji zremasterowanych. Uwielbiam tych wariatów!

RESIDENT EVIL 4 (Capcom – 2005). Pierwszy Resident Evil, którego polubiłem oraz pierwszy, w którego zagrywałem się jak szalony. Poprzednie części darzę szacunkiem za wkład w elektroniczną rozrywkę, ale moim zdaniem był on przeceniany. Mechanika zaczerpnięta z Alone in the Dark, fabuła jakości C klasowego filmidła z postaciami i dialogami godnymi brazylijskich, czy tureckich telenoweli. Chociaż z drugiej strony, chyba fajnie jest wcielić się w komandosa walczącego z zombiakami?! Zapewne o to chodziło autorom… Tylko to sterowanie i ekwipunek, jejciu, ależ one mnie wkurwiały! Czwarta część powiela dużo wad poprzedników: fabuła to rzygowiny nawet jak na campowe filmidło klasy Z, sterowanie w niektórych momentach dalej szwankuje (strzelanie tylko w miejscu i machanie nożem w bezruchu…), ale nadrabia innymi zaletami. Grafika – miażdżyła sutki i gryzła cyce, było widać dosłownie każdy włos fryzury Leona, normalnie nie wierzyłem w to! Zmiana umiejscowienia kamery na zawieszoną nad ramieniem bohatera oraz przeniesienie gry w pełen trójwymiar (zamiast statycznych widoków) to był strzał w dziesiątkę! A dodanie laserowego celownika spowodowało, że nigdy wcześniej strzelanie w grach TPP nie było tak miodne. Dzięki RE4 takie przedstawienie akcji stało się standardem w grach TPP i umożliwiało postrzały w różne części wrogiego ciała. Najpierw kulka w nogę, a kiedy paskudnik upadał na kolana to dopiero efektowna poprawka w łepetynę! Umiejscowienie akcji w Hiszpanii i zastąpienie zombiaków zarażonymi – spowodowało, że gra stała się trochę straszniejsza. Przynajmniej dla mnie. Świetnie zaprojektowano trudnych bossów, z którymi walka była naprawdę śmiertelna, a długość rozgrywki i projekt etapów to także asy w rękawie tej produkcji. No i ten tajemniczy handlarz… Welcome! Chcecie poczytać więcej to zapraszam tu.

RYGAR: THE LEGENDARY ADVENTURE (Tecmo – 2002). Lubiłem oryginalnego Rygara na automaty arcade, jednakże to była bardzo trudna gra, która nawet mi dawała radę… Zdziwiłem się jednak bardzo, gdy pewnego razu Wojtek pokazał mi nowe wcielenie znanego nam z młodości bohatera od Tecmo. Bardzo dobra grafika, szczególnie scenografia i architektura starożytnych budowli straszliwie nam się podobały! Niektóre komnaty są tu przedstawione jako najzwyklejsze renderingi, w innych kamera podąża za wojakiem i naprawdę sprawiało to świetne wrażenie. Ogólnie rozgrywka jest tutaj wzorowana na Devil May Cry, a nasz mitologiczny heros walczy z potworami za pomocą tarczy na łańcuchu zwanej Diskarmorem. Naprawdę pomysłowy to i ciekawy oręż, który służy zarówno do obrony, jak i walki na różny dystans. W trakcie przygody znajdujemy kilka takich dysków o różnorakim działaniu i mocy, co urozmaica pojedynki. Pochwalić należy także bestiariusz zarówno mitologiczny, jak i ten znany z automatowego pierwowzoru (dupne pancerne larwy, fuuuj!) oraz oczywiście wielkich „zmianowych”, z którymi walki były naprawdę pamiętne! Polecam tego zapomnianego szpila!

A to niespodzianka. Leciwy Rygar powrócił na PS2 i naprawdę dał radę!

SHADOW OF THE COLOSSUS (Sony/Team ICO – 2005). Kolejna gra od Team ICO w tym zestawieniu i kolejne arcydzieło. Tak, nie mam żadnych wątpliwości. Druga po ICO gra na Czarnulę, która pozostawiła mnie bezbronnym, zmiażdżyła mi serducho, wręcz zniszczyła zawartym w sobie ładunkiem emocjonalnym. Gra, o której można powiedzieć, że nie jest tylko rozrywką, jest czymś więcej – dziełem sztuki, które przeżywamy. Nasz bezimienny wojownik wyrusza na samobójczą misję polegającą na zabiciu szesnastu wielkich, ogromnych, wręcz gargantuicznych kolosów. Tylko to może ożywić jego martwą ukochaną. Jedynymi jego pomocnikami w tej nierównej bitwie będą ostry miecz, szybkostrzelny łuk oraz niestrudzony koń imieniem Argo, dzięki któremu przemierzy tajemniczą i niegościnną krainę. Krainę, w której oprócz kolosów i pożywnych jaszczurek nie znajdzie nikogo i niczego. Martwy, tajemniczy, pusty świat. Jednakże bardzo piękny na swój sposób, wypełniony pradawnymi ruinami, budowlami, mostami, świątyniami, które często podziwiamy w niemym zachwycie. Tak, pomimo surowości krajobrazu będzie na czym zawiesić oko… Chociażby na kolosach, którzy wrażenie robią dosłownie kolosalne! Jakżeby inaczej! Ich projekt, wygląd, wielkość, odmienność powodują zachwyt, wręcz porażają gracza! Każdy jest inny i na każdego potrzebna będzie odmienna taktyka walki. Z niektórymi stoczymy pojedynek nie zsiadając z konia, jednak w większości przypadków będziemy musieli wspinać się po grzbietach tych olbrzymów (cudnie przedstawiona sierść!) w miejsca tak wysokie, że nasz przyjaciel Argo będzie tylko kropką na płaskowyżu! Będziemy skakać po ich ogromnych skrzydłach, czy ramionach niczym po platformach albo masywach skalnych! I kiedy tam dotrzemy to zadamy śmiertelny cios i wbijemy w końcu swój miecz w cielsko potwora… Jednak czy warto, czy nagroda jaką otrzymamy będzie godna takiego poświęcenia? Sami musicie się o tym przekonać grając w Cień Kolosa, który ukazał się także w na PS3 (wyższa rozdziałka i okulary 3D) oraz został całkowicie zremakowany na PS4. Polecam wszystkie odsłony! Obejrzyjcie sobie poniżej cudowny filmik, będący hołdem dla arcydzieła Team ICO, zaś komu będzie mało to polecam kolejne dwa piękne „hołdy” dla Shadow of the Colossus, uprzedzam jednak, że zawierają one spoilery. Jeden znajdziecie w tym miejscu, zaś drugi tutaj.

Kolejna po ICO gra Fumito Uedy, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci. A ktoś marudził, że gry nie mogą być działami sztuki… Kanał autora tutaj.

SOUL REVAER 2 /LEGACY OF KAIN/ (Eidos/Crystal Dynamics – 2001). Kontynuacja przygód Raziela – widmowego łowcy szablozębnych wąpierzy, który sam jest jednocześnie ostatnim stadium wampirzej ewolucji. Kiedyś porucznik wojsk swojego pana – Kaina, teraz jego odwieczny wróg. Pod względem grywalności i mechaniki sequel ten bardzo przypomina pierwowzór, za co mu wielka chwała, gdyż po co zmieniać sprawdzone wzorce. Oczywiście polepszono oprawę graficzną (gry na PS2 są po dziś dzień ładne na CRT, te z PSX niekoniecznie) i znowu zwiedzimy urzekającą widokami, lecz mroczną krainę Nosgoth, pełną  tajemniczych zamków i świątyń, ponurych lasów, wąwozów, czy bezdennych jezior. Trzeba docenić autorów, że lokacje znowu im się wybornie udały! Podróże pomiędzy widmowym planem (sfera ducha), a rzeczywistym, wspinaczki, szybowanie, pływanie, walka, rozwiązywanie zagadek – to wszystko zjada na śniadanie większość dzisiejszych, podobnych do siebie (szczególnie tych sandboxowych) produkcji… Zdobywanie nowych umiejętności, głównie po pokonaniu okrutnych bossów powoduje, że można ten tytuł uznać także za metroidvanię. Wszystko przedstawiono za pomocą świetnej historii, w której poruszane są kwestie istnienia Boga, podróży w czasie, odwiecznej walki dobra ze złem. Główną wada Soul Reavera 2 jest fakt, że nie wyjaśnia całej fabuły, nie zawiera końca tej wspaniałej opowieści, trzeba zagrać w kolejną część zatytułowaną DEFIANCE (2003). W niej kierujemy losami zarówno Raziela, jak i jego antagonisty Kaina i pomimo, że to bardzo dobra produkcja, to jednak nie jest na tyle wybitna, by się znaleźć na mojej liście. Odstaje od pierwszych dwóch części, minimalnie, ale zawsze. Nie polecam za to przygód Kaina zatytułowanych BLOOD OMEN 2 (2002), nie ruszajcie tego szajsu, gdyż srogo się rozczarujecie! Po niezłym początku znuży was tragiczna mechanika walki, a nawet skoków, to strasznie siermiężna produkcja, stworzona przez zupełnie inne studio…

SOUL CALIBUR 2 (Namco/Project Soul – 2002). W młodości bardziej preferowałem trzecią część tej bijatyki bronią białą, głównie za bardzo fajny tryb versus. Jednakże w trakcie ostatniej wizyty u Naczelnego Karka przyjrzałem się bliżej drugiej części Soul Calibura i stwierdzam, że to jej należy się palma pierwszeństwa pośród wszystkich odsłon tej serii. No, z wyjątkiem Soul Blade’a, którego za fakt bycia pierwszą odsłoną – wielbię najbardziej. O niej jednakże dużo napisałem w poprzedniej odsłonie cyklu o moich ulubionych grach, wróćmy więc do Caliburów. Będzie krótko i na temat. Dwójka jest najlepsza gdyż: do dziś jest piękna na CRT, cholernie grywalna dla dwóch graczy, posiada najlepszy tryb dla samotnika oraz co najważniejsze: cycki Ivy mają w niej najfajniejszy rozmiar! Duże, obfite, ale nie przesadzone, dokładnie takie jak lubię! Nic dziwnego zatem, że ta odsłona serii doczekała się edycji HD na PS3 oraz X360.

Soul Calibur 2 na każdej konsoli zawierał ekskluzywnych wojowników! Na PS2 był to Heihachi, na GC Link, zaś na Xboxie Spawn. Ależ Namco zaszalało z plakatami!

SPARTAN TOTAL WARRIOR (Sega/Creative Assembly – 2005). Jak paroma zdaniami zdefiniować Spartanina? Chodzona bijatyka na szeroką skalę, w której nasz bohater posyła do piachu setki, jeżeli nie tysiące przeciwników. Osadzona w starożytnej Grecji, a czerpiąca mocno także z rzymskiej mitologii, gdyż to właśnie Rzymianie są naszymi przeciwnikami w tej jatce. Nasz niezrównany heros będzie walczył głównie mieczem i tarczą, ale nie obca mu będzie umiejętność posługiwania się także łukiem, młotem, włócznią, czy nawet czarami. Posiada on również minimalne współczynniki, które możemy rozwijać w trakcie postępów w fabule i fajnie, że na swej drodze spotka i zarżnie wielkie potwory. Największe wrażenie jednak robiła w Total Warrior rozpierducha jaką czynił nasz wojak pośród zalewającego go morza wrogów! Po prostu uczestniczyliśmy tu w niekończącej się bitwie na wielką skalę. Gra miała pecha, że została wydana po mistrzowskim God of War i przez to jest mocno niedoceniona, ale moim zdaniem takich tytułów nigdy za wiele…

SSX 3 (Electronic Arts/EA Canada – 2003). Zdecydowanie najlepszy, najpiękniejszy, najbardziej widowiskowy, najszybszy snowboard w jakiego kiedykolwiek grałem! Bardzo zręcznościowy, wręcz kaskaderski model jazdy, pełen niesamowitych trików, skoków, chwytów, czy grindów oraz kosmicznych wręcz specjali zwanych uberami. Robią wrażenie! Jednak jeszcze lepsze wrażenie robiły cudowne krajobrazy, uczucie pędu, fizyka śniegu oraz kapitalny soundtrack. W SSX3 sam zjazd z ośnieżonej górki sprawiał radochę nawet laikom! Wyobraźcie sobie, że mój malutki wówczas, bodajże 5-letni chrześniak przychodził pograć w ten snowboard: – Wujek, daj zjechać z górki! Ale fajnie! To najlepsza gra o sportach zimowych w historii elektronicznej rozrywki i basta!

Tekkena 5 promowali nowi zawodnicy. Chyba najciekawsi w historii serii. 

TEKKEN 5 (Namco – 2005). O czwartym Tekkenie pewnie każdy chciałby jak najszybciej zapomnieć, prawda? A o piątym? O nim należy pamiętać, chwalić go i wielbić do dni naszych ostatnich… No, może trochę przesadzam, ale moim skromnym zdaniem piątka to chyba najlepsza odsłona serii obok kultowej trójki i Tag Tournament 2. Powróciły nieskończone areny, bez durnych ograniczeń w postaci ścian, czego oczywiście pragnęli gracze. Ilość zawartych w grze postaci także powalała – 32 wojowników, a pośród nich aż siedmiu nowych i naprawdę fajnych prawdziwków! Zręczna, piękna i zgrabna Asuma Kazama, albo Raven wzorowany na Bladzie Wiecznym Łowcy – stali się popularnymi na turniejach zabijakami. Brutalny mnich Feng Wei, czy złe wcielenie Jina Kazamy także cholernie podobali się graczom i recenzentom. Oprawa audio/video sponiewierała zaś wszystkich i pokazała, że leciwe wówczas PS2 potrafi naprawdę wiele, to była zdecydowanie jedna z najładniejszych gier na tę konsolę! Klimatyczne, zróżnicowane i przepiękne areny, soczyste barwy, cudowna animacja postaci, 50 klatek na sekundę bez żadnych zwolnień. Ociec grać? Grać i prać!

TOMB RAIDER ANNIVERSARY (Eidos/Crystal Dynamics – 2007).  Czas zapierdala, a Lara ciągle jara! To już naprawdę dziesięć lat minęło od premiery przełomowej, pierwszej części Tomb Raidera? Niemożliwe? A jednak! Eidos wraz z nowym developerem postanowili dostosować przygody panny archeolog do nowych standardów. Zagadki, projekt poziomów oraz fabuła przecież się nie zestarzały, jednakże oprawa graficzna, a przede wszystkim przedpotopowe sterowanie jak najbardziej. Jestem wielkim fanem pierwszego Tomb Raidera i trochę obawiałem się, czy ten remake sprosta moim wymaganiom. Po jego przejściu powiem szczerze: oryginalne wcielenie Panny Croftówny to wówczas była już gra tylko dla hardkorowych maniaków, a dzięki remakowi każdy mógł z przyjemnością przeżyć tę przygodę ponownie. Oczywiście niektóre poziomy zostały trochę pozmieniane, żeby dostosować je do intuicyjnego sterowania analogiem, ale to była chyba jedyna, mikroskopijna wada tej gry. Oprawa graficzna mogła się podobać, muzyczna zachwycała, a niektóre trudne zagadki zalśniły na tle bezjajecznej w tym temacie konkurencji.

VIEWTIFUL JOE 1 i 2 (Capcom/Clover Studio – 2003). To ci dopiero nietypowa produkcja! Chodzona scrollowana bitka, obleczona w komiksową cell shadingową grafikę, która w ruchu wygląda jak film animowany. Co tu na razie nietypowego? No w sumie nic, ale poczekajcie! Nasz bohater to jakiś zwyczajny Joe, wielki miłośnik popierdolonych filmów akcji, który posiada pewne niespotykane, wręcz superbohaterskie zdolności! W trakcie walki potrafi zamienić się w swoje mocarne alter ego zwane Viewtiful Joe. A z tym chojrakiem to już nie ma żartów! Potrafi mocniej przyfanzolić, a także zwolnić upływ czasu, przyspieszyć go, a nawet dokonywać zbliżeń planu akcji. W tym ostatnim zadaje mocniejsze klapsy, oraz zyskuje nowe kombosy. Umiejętności naszego gieroja przydadzą mu się zarówno w trackie walki (z bossami także), jak i przy rozwiązywaniu prostych zagadek.  Gra wygląda przepięknie, niczym komiks puszczony w ruch, chociaż z doświadczenia wiem, że dla niektórych jest przekombinowana. W 2004 roku ukazała się równie udana kontynuacja bazująca głównie na tym samym, ale z zachowaniem zasady: wincyj, mocniej, lepiej! Jako grywalną postać wprowadzono laseczkę naszego herosa o imieniu Sylwia.

Jejciu, a co to za komiks, czy animacja? To Viewtiful Joe, chodzona mordoklepka! U góry część pierwsza, na dole druga.

ŁAWKA REZERWOWYCH. Tym razem ławka rezerwowych debeściaków obejmuje tytuły, na które po prostu brakło mi życia, nie było czasu i możliwości ogrania ich w całości. Podobają mi się one fest, mocno łechtają me podniebienie, większość posiadam w kolekcji, ale jeszcze nie ograłem ich doszczętnie. Popatrzmy jakie tu mamy hiciory, które powinny awansować do pierwszego składu! Po pierwsze kapitalnie zrobione kontynuacje najlepszych serii shmupów poziomych, czyli Gradius V oraz R-Type Final, po drugie: kontynuacje kultowej Contry zwane Contra: Shattered Soldier (z profilu) oraz NEO Contra (z widokiem z góry). W kolekcji do ogrania czeka najlepsza trójwymiarowa Castlevania z podtytułem Lament of Innocence, grałem w nią chwilkę i naprawdę jest świetna! Nie skończyłem też przygód animowanego (cell shading) futrzaka złodzieja, czyli Sly Trilogy, którą mam w kolekcji zbiorczej na PS3, jednakże gra debiutowała na PS2, każda część osobno. Zawsze chciałem upuścić trochę krwi w następujących grach, w których walczy się bronią białą: w bijatyce / action-adventure osadzonej w starożytnym Rzymie, którą zaserwował nam Capcom, czyli Shadow of Rome; w czwartej (mocno rozbudowanej) części Onimushy zwanej Dawn of Dreams; oraz w zręcznościowej adaptacji Baldur’s Gate z podtytułem Dark Alliance. Tego ostatniego wyszło nawet dwie części, ale chłopaki odradzają mi samotne granie w te szpile…

Z poprzedniego odcinka tego wpisu wiecie, że nie jestem fanem jRPG, jednakże na PS2 wyszły cztery gry z tego gatunku, które zachwycają mnie grafiką i najprawdopodobniej podeszłyby mi pod względem mechaniki walki. Są to takie niszczatory jak: Valkyrie Profile 2 Silmeria, Odin Sphere, Dark Chronicle i Rogue Galaxy. Nawet zakupiłem je do kolekcji i tak leżą, leżą i czekają, aż mnie weźmie na nie chcica… A później kupiłem je w wersjach zremasterowanych i też czekają i czekają, aż mi się zachce je przechodzić… Jednakże najprędzej na PS2 nadrobię chyba nieoficjalną (a może oficjalną?) kontynuację legendarnego filmu z Kurtem Russellem o potworze z kosmosu, który może udawać wszystkie spotkane formy życia. Pamiętacie jeden z najlepszych horrorów science wszech czasów (nie zalewam!) w reżyserii Johna Carpentera, czyli The Thing? Na PS2 (i innych systemach), możemy zobaczyć jak potoczyły się dalej losy MaCready’ego  i krwiożerczej Rzeczy…

Dobrymi shmupami też obrodziło na PS2! Zacznę nadrabiać zaległości od Gradiusa V (góra) i R-Type Final (dół).

KOŃCZ WAŚĆ CZASU OSZCZĘDŹ! Zarówno czytelnikom jak i sobie Borsuku, bo już wpis przekroczył sześć tysięcy słów! W takim razie nie będę dłużej pociskał wam tutaj różnych farmazonów, czas na podsumowanie! Playstation 2 moim zdaniem to najlepsza konsola do gier w historii i basta, znajdziecie na niej większość popularnych gatunków gier: najlepsze bijatyki, najlepsze wyścigi, niezłe FPSy, najlepsze shmupy, najlepsze run and guny, bardzo dobre platformówki 2D i 3D, niezłe crpg, najlepsze jrpg, a nawet nieliczne udane strategie i symulatory oraz kapitalne gry action-adventure. Tytuły ekskluzywne na Czarnulę to po prostu arcydzieła, pieprzone majstersztyki i klasa sama w sobie! Dzięki Drugiemu Soniaczowi przestałem praktycznie grać na PC i od tego momentu jestem wierny konsolom, czego wcale nie żałuję. Najważniejsze jednak jest to, że gry na PS2 odpalone dzisiaj na telewizorach CRT w dalszym stopniu potrafią zachwycić. Nie zalewam, zobaczcie jakiegoś God of Wara na CeeRTeku 100Hz, o jejciu jaka moc! Aha zapomniałem o jednej ważnej sprawie, szczególnie dla tych najstarszych retromaniaków. Na PS2 pojawiło się morze kapitalnych retro składanek z wielkimi hitami z czasów zamierzchłych, znanymi z salonów gier, czy innych stareńkich konsol. Na potwierdzenie tych słów zapodam kilka fajnych tytułów: Namco Museum, Capcom Classic Collection 1 i 2, Midway Arcade Treasures 1,2,3, Taito Legends 1,2, Sega Classics Collection, Sonic Mega Collection, SNK Arcade Classic, Megaman Collection (X i Anniversary), Activision Anthology, Atari Anthology, Williams/Gottlieb Hall of Fame, Intellivision Lives!, Street Fighter Anniversary Collection / Alpha Anthology… 

Na koniec mała prośba. Nie dajcie się kurzyć Czarnuli! Wyciągnijcie ją z szafy, wyczyśćcie z brudu, podepnijcie do telewizora, najlepiej takiego z wielką dupą, wtedy zobaczycie, że PS2 da wam dokładnie tyle radochy, ile na początku tego stulecia. Wyleje się z niej morze miodu! Ej, nie dajcie się prosić, przecież dziś wasza kumpela z młodości obchodzi swoje 20-te urodziny! Jest pełnoletnia, będziecie mogli nawet z nią pofiglować! Co robicie? Wkładacie Tekkena 5 w jej paszczę? Aha, a Naczelny Kark wkłada jakiegoś SSX’a? No, takie harce to ja rozumiem! Tak trzymać chłopaki, niech Playstation 2 żyje z wami następne 100 lat, albo chociaż w waszych wspomnieniach. Miłego grania! O kurcze, już rano…

W czasach świetności PS2 wielu graczy straciło dla niej głowę!


PS1. Plakaty, artworki i screeny pochodzą głównie z MobyGames oraz naszego archiwum.

PS2. Pikne sliderki oraz wlepki przygotował Repip, przy niektórych grafikach też się trochę namęczyłem…

PS3. W następnym odcinku hmm, zapomniałem, chyba PS3, albo X360, albo mniej popularne systemy. Zobaczy się.

PS4. Dziękuję Wojtkowi za to, że mogłem u niego grać do oporu na PSX, PS2 i Dreamcaście i Michałowi także, za pokazywanie w akcji rożnych konsol: Xbox, GC, SNES.

PS5. Dużo z powyższych gier zostało przeniesionych na multum różnych systemów, głównie na Xbox, GameCube i PC. Przeważnie są to bardzo zbliżone wersje. Jednak nie opisywałem tego, gdyż dzisiaj rządziła tu po prostu PS2!

DOTYCHCZAS W TEJ SERII WPISÓW:

#1 – AUTOMATY ARCADE#2 – ATARI XL/XE#3 – COMMODORE 64#4 – AMIGA#5 – PC (DOS/WIN), #6 – PLAYSTATION.

A na koniec niespodzianka od mojego przyjaciela Wojtka. Tak, tego od PSX i PS2. Najnowsze wcielenie Yoshimitsu, które sam sobie narysował! Więcej jego prac znajdziecie na Fejsie.

O RetroBorsuk 194 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.