Recenzja | BirdGut (PC)

Kilka miesięcy temu zaczęła się ta cała dziadowska pandemia. Chyba wtedy nikt nie przypuszczał, że będzie to tak długo trwało… Ogłosili lockdown, zamknęli nas w domach, wraz z zamknięciem nas i świata, zamknęło się również kilka moich projektów, które prowadziłem ze swoimi zespołami. To spowodowało, że siedząc w domu i wykańczając projekty, by je przekazać klientom do umieszczenia w „projektowej lodówce” oraz poszukując jakiegoś projektu, który pozwoliłby przetrwać ten okres, kiedy gospodarki świata zaczną się ruszać i ponownie inwestować, miałem trochę więcej czasu. Ale nie o pandemii tutaj będzie mowa, bo jak to się rozwinęło, to wszyscy wiedzą – dla mnie i moich zespołów, o tyle dobrze, że dość szybko zaangażowaliśmy się w duży projekt, który na całe szczęście trwa nadal. Jednak jak napisałem, przez pewien okres, miałem więcej czasu, który pożytkowałem na różne aktywności. Oprócz tego, że spędzałem więcej czasu z rodziną na przyjemnościach (kuchnia i gotowanie, planszówki, spacery, filmy) oraz czytaniu mnóstwa książek (zarówno beletrystycznych, jak i technicznych, czy samorozwojowych) to miałem również czas na to, by zająć się ciut bardziej hobby growym. To wtedy działaliśmy w bingo – więc można było pozamykać kilka kafelków. Dużo też czytałem i komentowałem na portalu, i choć wiele tekstów nie wysmażyłem swoich, to wiele przygotowywałem materiału „do szuflady” i na zaś. Tak też sprawa się ma z dzisiejszym tytułem, który wpadł mi w ręce totalnie przez przypadek.

Gra na początku, ale i później, podpowiada nam aktywne elementy czerwonym kolorem, ale i przypomina jaka jest klawiszologia…

Jako że oprócz czytania tekstu cyfrowego, lubię również czytanie analogowe, to w okresie lockdownu, wróciłem do czytania prasy – głównie też po to, by jakoś wesprzeć media drukowane. Oprócz czasopism o podróżach, kuchni czy kinie, nabyłem drogą kupna również prenumeratę Retro Gamera oraz numery naszego polskiego periodyka growego, który przynajmniej część swoich stronic poświęca ulubionym przeze mnie retro tematom – PIXELA. Lektura pisma podsunęła mi kilka ciekawych pozycji indie, a także przypomniała wiele starszych tytułów. Pewnego razu przeglądając któryś z numerów i siorbiąc sobie yerbę, wzrok mój przyciągnął niepozorny czarno-biały rysunek oblany jedną kolumną tekstu. Zaciekawiony przeczytałem krótką recenzję i przyjrzałem się obrazkowi – od razu wiedziałem, że muszę tytuł ograć, bo jest intrygujący graficznie i fabularnie. Szybko udałem się na Steam i za ZERO złotych dodałem do koszyka grę Micaha Boursiera – BirdGut.

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak to jest w Waszych wnętrznościach – to dzięki tej grze, możecie choć ciut zaspokoić swoją ciekawość. Może nie są to wnętrzności ludzkie, lecz ptasie, ale zawsze to coś. Zapytacie – „Jak to? Wnętrznościach?”. Ano tak. Historia bowiem dzieje się we wnętrznościach ptaka… Z krótkiego intro, które jest bardzo ubogie w formie – wygląda jak koślawie rysowane czarnym ołówkiem na białej kartce – dowiadujemy się, że nasz protagonista – pszczoła – zaraz po narodzinach zostaje wyrzucony z ula. Okazuje się bowiem, że nie jest w stanie realizować swoich zadań jako robotnica i zostaje przez nadzorców brutalnie wykopany z ula, zanim dowie się o nim królowa. I tu rozpoczyna się gra. Okazuje się od razu, że cała rozgrywka jest również w takiej formie jak intro – czyli rysowana czarno na białym (później dochodzi jeszcze kolor czerwony).

Czasem przyjdzie ruszyć mózgownicą i rozwiązać jakąś zagadkę logiczną…

Na początku gra wprowadza nas w tajniki sterowania, podpowiadając, który klawisz jest od czego. Poznajemy zasady poruszania się, skakania po platformach, używania przedmiotów, do tego, by zbudować konstrukcje, które pozwalają dostawać się w niedostępne wcześniej obszary. Podróżujemy po okolicy, swawolnie sobie podskakując i zwiedzając, aż trafiamy w okolice pośredniaka, przed którym stoi kolejka wszelkiego innego robactwa, które chce jakoś zarobić na swoje życie. Wywołujemy borutę, wpychając się bez kolejki po swój przydział pracy, ale zostaje ona brutalnie zakończona, kiedy olbrzymi ptak rozdeptuje budynek i… wcina wszystkie robaczki, razem z nami. I tak zaczyna się gra właściwa…

Po znalezieniu się we wnętrzu układu pokarmowego ptaka, wszystkie robale zostają nafaszerowane jakimiś narkotykami i przeniesione w stan relaksacji, po której zostają przydzielone do pracy na rzecz swojego oprawcy i rozdzielone do odpowiednich części jego organizmu. Nam w przydziale dostaje się żołądek i to od tego miejsca rozpoczniemy wędrówkę. Wędrówkę przez cały układ pokarmowy i wnętrze ptaszora, do ukochanej wolności. Oczywiście nasz bohater ani myśli przecież pracować i umrzeć w czeluściach brzucha ptaka. Podejmuje zatem długą wędrówkę, by wydostać się z ptaszora i poczuć korzystać z wolności. W pewnym momencie okazuje się, że jesteśmy „tym wybrańcem”, który ma uratować pozostałe otumanione, i zmuszone do pracy we wnętrzu ptaszora, robactwo. Jako jedyni nie ulegliśmy narkotycznej i hipnozie i możemy wykorzystywać elementy otoczenia do oszukania strażników i przedostania się do centralnego miejsca, aby zgodnie z przygotowanym przez partyzantów planem, dokonać ostatecznej zagłady pożeracza robali i uwolnić wszystkich na zawsze.

Czyżby autor wzorował się na Lasermanii projektując ten etap?

Przed nami kilkadziesiąt ekranów, na których wykorzystując swoje umiejętności, musi wykazać się sprytem i zręcznością, by przechytrzyć czyhające na niego niebezpieczeństwo i wrogów. Początkowo ma do dyspozycji jedynie swoją małą mózgownicę i mięśnie (czy pszczoła ma mięśnie?), które musi sprawnie wykorzystywać, by przedostawać się w kolejne obszary przybliżające go do upragnionej wolności. Zatem rozpoczyna się walka z przeciwnościami losu i przeciwnikami. Skacząc po platformach, uciekając przed pociskami wystrzeliwanymi z działek, budując różnego rodzaju konstrukcje, wykorzystując skrzynki, pływając statkiem, czy jeżdżąc wózkiem kopalnianym – pokonujemy kolejne etapy i dążymy do celu. Niejednokrotnie trzeba będzie przechytrzyć i wykorzystać wrogów, by ich broń zniszczyła jakiś blokujący nam przejście element. Trzeba będzie unikać śmiertelnych pił tarczowych, czy próbujących nas zgnieść tłoków. Trzeba wykorzystywać prawa fizyki i budować dźwignie, czy przelewać wodę a wcześniej wrzucać do nich skrzynki, by móc dostać się na wyższe platformy. Chodzimy po rurach i w ich wnętrzu (niczym Mario), jeździmy kolejkami i różnego rodzaju windami, wykorzystujemy dźwignie i przyciski, by aktywować lub przesunąć elementy otoczenia, co umożliwia nam dostanie się do kolejnych lokacji. Nie tylko własnych rąk (pszczoła i ręce?) będziemy używać do pracy, pomocne będą nam również dźwigi, windy, taczki czy inne przedmioty, które licznie znajdziemy na swojej drodze. Trzeba będzie unikać i blokować lasery, które tylko czekają, aby przypalić nasz kuper i zmusić do cofnięcia się o kilka ekranów wstecz i rozpoczęcia kolejnej próby. W pewnym momencie gry zostajemy uzbrojeni, i od tego momentu zaczyna się fragment wymagający większej koordynacji ruchowej. Oprócz sterowania klawiaturą musimy użyć również myszki, by przy pomocy celowniczka, rozprawiać się z przeciwnikami, którzy hordami nas atakują, nie będąc nam dłużnym i również strzelając do nas zajadle. Na koniec przyjdzie nam stoczyć rozgrywkę z bossem, który broni dojścia do centralnego miejsca „sterowania” ptakiem. Powiem, że boss nie jest prosty, ale po kilku(nastu) próbach da się znaleźć na niego sposób i go ostatecznie pokonać.

Już pod koniec gry, zostajemy dozbrojeni w działko, dzięki czemu możemy atakować przeciwników – a’la Operation Wolf.

Jeśli już o próbach mowa, to w grze nie ma żyć. Giniemy, ale rozpoczynamy od ostatniego „checkpointa” i gramy dalej. To fajne, bo można potraktować grę jako bardzo casualową i dobrze się po prostu bawić, a nie frustrować tym, że po wielu godzinach grania, jesteśmy w stanie pokonać dopiero kilka etapów. Taki zabieg powoduje, że gra się dość szybko i ciągle chce się grać, by zobaczyć jakie są dalsze etapy i niebezpieczeństwa. Tym samym powoduje to też, że grę można skończyć za jednym posiedzeniem – wytrawni gracze pewnie uporają się w 1,5h. Jednak gdybyście nie mieli tyle czasu, to gra udostępnia mechanizm zapisu stanu gry, dzięki czemu nie trzeba rozpoczynać gry za każdym razem od nowa.

Po pokonaniu bossa, przedostajemy się do centrum zarządzania, w którym należy uzbroić dwie rakiety, co spowoduje ogólną radość wszystkich prześladowanych i pracujących niewolniczo robali. Końcówka jest zaskakująca, więc nie będę jej zdradzał… zagrajcie sami albo zobaczcie na YouTube przejście gry… Polecam jednak to pierwsze, bo można spędzić dość miło czas obcując z tym tytułem – nie tylko w czasie kiedy wariujemy z powodu kolejnego dnia w zamknięciu. Hmm, czyżby historia zatoczyła koło i niedługo znowu będziemy w trybie „lockdown”? Czy możemy sobie na to pozwolić? Czy nie jesteśmy takimi samymi znarkotyzowanymi i zahipnotyzowanymi niewolnikami tego systemu? Czy nie powinniśmy zrobić tak samo jak protagonista w tej grze i … zresztą, historia to oceni. Nie wiemy jak się zachować obecnie, i kto ma rację. Gdzieś tam ktoś za nas myśli, a my myślimy po swojemu… Nie dajmy się zwariować i róbmy swoje.

Misja wypełniona, pozostaje ucieczka wyjściem defekacyjnym… znaczy ewakuacyjnym.

Na koniec jeszcze parę słów o warstwie audiowizualnej tej produkcji. Jak wspomniałem na początku, gra ma ascetyczną, aczkolwiek miłą dla oka, grafikę. Niedbała w formie kreska daje uroku rozgrywce, fajnie zachowuje się fizyka, która oddziałuje na wszystkie przedmioty i elementy otoczenia. Tylko cztery kolory – biały, czarny, szary i czerwony – ale wystarczą, by oddać ideę gry, oraz zaprezentować to co potrzeba, by dobrze się przy grze bawić. Kiedyś mieliśmy tylko czarny kolor na wyświetlaczach Game&Watch, czy Elektroniki i też było ok, bo według mnie w grze ważny jest pomysł a nie 4K. W sferze audio – nie ma się do czego przyczepić. Przez całą grę przygrywa monotonna i spokojna muzyczka, uzupełniana różnego rodzaju odgłosami, które są dobrze zsynchronizowane z tym co się dzieje na ekranie. Wystawiając ogólną ocenę miałem problem – bo są przecież lepsze gry, ładniejsze, z lepszą muzyką, dłuższe, itp. Jednak jakoś mam tutaj uśmieszek na twarzy, kiedy sobie przypominam tą rozgrywkę. Ten rodzaj uśmieszku, który powoduje, że chętnie zagrałbym jeszcze raz – mimo, że rozgrywka jest liniowa i nic nowego się tam wydarzyć nie może. Zatem mimo, że grze raczej należeć się powinno żółte światełko, to jednak daję zielone – za ciekawe podejście do grafiki, za ciekawy pomysł (no bo kurde, chodzić po wnętrzu ptaka i realizować taki zwichrowany scenariusz?) i za to, że gra umiliła mi te kilkadziesiąt minut podczas rozpoczynającej się pandemii – odciągając umysł od tego całego szajsu dziejącego się za oknem.

Retrometr


Wszystkie zrzuty są mojego autorstwa – wykonywałem je podczas gry, na wypadek, gdyby miał spłodzić recenzję. Jak widać, dobrze przewidziałem, że się przydadzą :)

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...