Recenzja | Outlaws (PC)

Western to niegdyś jeden z najpopularniejszych gatunków literackich i filmowych. Liczne powieści, te młodzieżowe i te bardziej poważne, niezliczona liczba filmów przedstawiająca różne oblicza Dzikiego Zachodu (a to klasyczny western amerykański, a to spaghetti westerny czy antywesterny). Jednak, o dziwo, gatunek westernu słabo był wykorzystywany w grach komputerowych. W ostatnich latach niby nastąpiła mała poprawa, mogliśmy zagrać chociażby w takie tytuły jak seria Call of Juarez, Gun czy seria Red Dead Redemption. Jednak, jeśli cofniemy się trochę bardziej w przeszłość, do lat 90-tych XX wieku, to gracze – szczególnie ci, którzy posiadali PC-ty – nie za bardzo mieli w czym wybierać… Przygodówki Freddy Pharkas i Alone in The Dark 3 (no dobra, tutaj trochę na siłę, bo jesteśmy tylko na planie filmowym), dwie części „filmówki” Mad Dog i The Last Bounty Hunter – tak naprawdę, to było wszystko… Na szczęście w 1997 roku na odsiecz przyszło jedno z najciekawszych studiów deweloperskich tamtego okresu – LucasArts – i wypuściło grę Outlaws.


OUTLAWS

LUCASARTS (1997)

STRZELANINA Z PIERWSZEJ OSOBY (FIRST PERSON SHOOTER)

PC-WIN

Pojedynek w samo południe. Co za okładka!

Niesamowity soundtrack z gry autorstwa Clinta Bajakiana. Musicie to odsłuchać!

W jakim gatunku gier komputerowych najlepiej było osadzić w połowie lat 90-tych tytuł, który tematyką sięgał do Dzikiego Zachodu? Oczywiście wykorzystano formułę FPS. Dlatego pod względem rodzaju zabawy Outlaws nie odróżnia się niczym od wielu innych gier tego typu, które wyszły w tym okresie. Jednak zacznijmy najpierw od samej fabuły, która, jak na ówczesne FPS-y, jest dość rozbudowana.

ONCE UPON A TIME IN THE WEST

W grze wcielamy się w Jamesa Andersona, emerytowanego szeryfa, który teraz spędza spokojne życie u boku swojej żony i małej córeczki. Niestety, jak to na Dzikim Zachodzie, sielanka nie mogła trwać zbyt długo. Pewnego razu, wracając z okolicznego miasteczka, Anderson natyka się na dogasające zgliszcza swojego domu. Pośród nich odnajduje umierającą żonę, która jedynie zdąży mu przekazać, że jakieś zbiry porwały ich dziecko. Jak się okazuje, byli to ludzie wynajęci przez Boba Grahama, potentata finansowego, który postanowił zainwestować w rozbudowę kolei, a to wymagało „przekonania” mieszkańców, których posesje miałyby stanąć na drodze budowanej linii. Jak widać jego pomagierzy okazali się trochę zbyt nadgorliwi, ale dzięki temu możemy w tym miejscu wkroczyć do gry i wyruszyć w pościg za porywaczami córki.

Wycinek z intra gry. Zło dopiero nadchodzi… Śliczna animowana kreska będzie nam towarzyszyć przez wszystkie przerywniki między misjami.

Trzeba przyznać, że strona fabularna gry wypada naprawdę efektownie. Zarówno intro, jak i wszelkie wstawki między kolejnymi planszami to ślicznie wykonane filmy animowane, które szybko wprowadzają nas w klimat gry i Dzikiego Zachodu. Charakterystyczna rysunkowa kreska (odnoszę wrażenie, że nad grą pracowali ci sami graficy, co przy wydanej dwa lata wcześniej, postapokaliptycznej, motocyklowej przygodówce Full Throttle), fabuła i „onelinery” bohaterów stylizowane na produkcje spod znaku Spaghetti Westernów stanowią mocną stronę gry. Uświadczymy nawet typowe dla tego gatunku „retrospekcje” głównego bohatera i poznamy tajemnicę za nimi stojącą.

BULLET FOR THE GENERAL

Niestety, nieco gorzej jest już ze stroną graficzną samej rozgrywki. Przede wszystkim, to co się rzuca w oczy, to słaba grafika, nawet jak na 1997 rok (przypomnijmy, że od roku na serwerach hulał już Quake, a lada moment na rynku miał się pojawić Half-Life). Proste tekstury i dwuwymiarowe sprite’y przeciwników mogą na niektórych działać dość odpychająco. Jednak gra mimo wszystko broni się swoim gameplay’em. Jest to klasyczny do bólu FPS, w którym jesteśmy rzucani na planszę pełną przeciwników, gdzie musimy dotrzeć do finałowego „bossa”. Do dyspozycji oddano nam kilka rodzajów broni, charakterystycznej dla okresu Dzikiego Zachodu. Możemy tu wymienić rewolwer, kilka rodzajów strzelb, noże, dynamit, a nawet karabin Gatlinga. Część z broni ma dwa tryby strzału, a niektóre możemy ulepszyć w trakcie rozgrywki (np. mocując znalezioną lunetkę).

Strzelanina w Saloonie to jest to, co tygryski (z Dzikiego Zachodu) lubią najbardziej!

Gorzej niestety jest z naszymi przeciwnikami. To prawda, ciężko jest urozmaicić antagonistów na Dzikim Zachodzie (w końcu praktycznie wszyscy to kowboje), ale w grze natrafimy na kilku rewolwerowców – chudych panów dzierżących jednego kolta lub bardziej otyłych (i niebezpiecznych), którzy strzelają z dwóch rewolwerów naraz – oraz kilka typów przeciwników, którzy dzierżą strzelby. Jednak to co ich głównie rozróżnia to ubiór i postura. No i nie można nie wspomnieć o jednej z najbardziej irytujących kwestii w grze, która zapadła w pamięci wielu graczom. Aby się o tym przekonać, wystarczy chociażby przejrzeć filmy na Youtube z gameplayem z gry. Możecie być pewni, że wśród komentarzy przewinie się kwestia „Where are you Marshal?!”. Otóż jest to jedna z wypowiedzi, którą co chwilę będą zasypywać nas wrogowie, i z czasem chyba każdego zacznie to denerwować… Aby zakończyć wątek naszych przeciwników warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Jak już wcześniej wspomniałem, w grze przyjdzie mierzyć nam się z bossami. Ci są odpowiednio charakterystyczni, jeśli chodzi o wygląd, i zdecydowanie bardziej groźni. Za to duży plus.

THE GOOD, THE BAD AND THE UGLY

Strzelanie w Outlaws daje frajdę i pozwala poczuć się jak na Dzikim Zachodzie, choć grze można zarzucić to, że trochę ciężko odczuć dużą różnicę w operowaniu poszczególnymi giwerami (np. strzelby). Specyfika używanej broni przez nas i przeciwników sprawia, że nie możemy „manewrować” w celu uniknięcia pocisków, gdyż ich po prostu nie widzimy, a to że dostaliśmy, stwierdzamy po spadającym pasku zdrowia. Dlatego gra wymaga od nas taktyki bardziej zachowawczej i warto częściej chować się „za rogiem”, aby przeczekać wrogów i oddać strzały w odpowiednim momencie. Zabawa w Rambo może jeszcze przejdzie na najłatwiejszym poziomie trudności, ale na wyższych, szczególnie ostatnim, w którym możemy zginąć od kilku strzałów, nie ma najmniejszego sensu.

W trakcie gry przemierzymy także kaniony i różnego rodzaju urwiska pełne wąskich ścieżek.

Inną rzeczą, którą należy pochwalić, to design poziomów. Niektóre plansze są naprawdę duże, wielopoziomowe i świetnie oddają klimat Dzikiego Zachodu. Odwiedzimy między innymi małe miasteczka, jadący pociąg, kopalnię, kaniony, fort wojskowy czy wielkie ranczo. Na wyróżnienie zasługuje jeden poziom, który sposobem rozgrywki wyłamuje się ze schematu przejścia z punktu A do punktu B – aby go ukończyć, trzeba zabić odpowiednią liczbę wrogów, co spowoduje pojawienie się na mapie głównego bossa. Outlaws zawiera jedną planszę – Tartak – która niegdyś była przekleństwem dla niejednego gracza. Jej specyficzne rozplanowanie oraz zagadki, które trzeba rozwiązać (a dokładniej przestawiać odpowiednie dźwignie), zapewne wyczerpało cierpliwość i zakończyło zabawę kilku miłośników Dzikiego Zachodu. Przyznam, że sam w przeszłości miałem problem z tym poziomem, ale jak grałem ostatnio, przeszedłem ją bez większych problemów. Może to po prostu kwestia „ogrania” i doświadczenia w tej zabawie?

THE GRANDE SILENZIO

Na oddzielną uwagę zasługuje z kolei FENOMENALNY soundtrack gry. Został on stworzony przez nadwornego kompozytora LucasArts – Clinta Bajakiana, który na swoim koncie miał też muzykę do m.in. takich klasyków jak Monkey Island 2, Indiana Jones Fate of Atlantis, Sam and Max Hit the Road czy Maniac Mansion: Day of Tentacle. Jednak tutaj twórca przeszedł sam siebie. Od zera stworzył ścieżkę dźwiękową, która mogłaby stanowić tło dla niejednego filmu z gatunku spaghetti westernu. Od pierwszej nuty słychać oczywistą inspirację Ennio Morricone. Usłyszymy tu charakterystyczne instrumentarium, które wykorzystywał włoski kompozytor w swoich pracach – brzdąkające gitary akustyczne, trąbki, odgłosy wycia zwierząt, harmonijki ustne, chóry, gwizdanie ala Alessandro Alessandroni czy damskie wokalizy w stylu Eddy Dell Orso. Znajdziemy tutaj utwory żywe, wzbudzające grozę czy też nastrojowe ballady. Ścieżka dźwiękowa do Outlaws jest klasą samą w sobie i sam często słucham jej z odtwarzacza. Brawo!

Garść dynamitu to antidotum na wiele problemów…

IL MERCENARIO

Nie będę ukrywać, że jestem mega fanem gatunku westernu i historii Stanów Zjednoczonych XVIII i XIX wieku. Gdy pierwszy raz miałem styczność z tą grą (koniec lat 90-tych) byłem oczarowany. Przede wszystkim dlatego, że w końcu dostałem jakiś znośny tytuł, który wypełniał westernową niszę. A jak jest dzisiaj? Czy w Outlaws nadal warto zagrać? Myślę, że tak. Gra ma swoje wady, które dzisiaj rażą dość mocno. Słaba grafika, małe urozmaicenie przeciwników, dosyć monotonne uzbrojenie (na dobrą sprawę z większości broni nie musimy wcale korzystać) i możliwe, że niektórym osobom po prostu szybko się znudzi. Jednak, jeśli to nam nie przeszkadza, a dodatkowo lubimy klimaty westernu, to gra szybko nas wciągnie i nie puści do samego końca. Świetnie i w ładny sposób przedstawiona warstwa fabularna, doskonała ścieżka dźwiękowa i ciekawy design plansz pozwala błyskawicznie wczuć się w to co widzimy na ekranie. Co prawda gra mogłaby być nieco dłuższa (kampanię na średnim poziomie trudności można przejść w kilku niedługich posiedzeniach), ale twórcy dostarczyli też dodatek „Historical Missions”, który nie jest związany z główną fabułą gry, a stanowi szereg pojedynczych misji.

No to co? Colty w dłonie! Czas zaprowadzić porządek na Dzikim Zachodzie!

Jeśli macie ochotę na miłą retro-rozrywkę, to możecie się w Outlaws zaopatrzyć. Tytuł dostępny jest na GOG-u. Nawet jeśli sama gra nie przypadnie wam do gustu, to warto chociaż zapoznać się z soundtrackiem, który zamieściłem wam na wstępie tej recenzji. Czytelniku jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś wyzywam cię na pojedynek w samo południe! Możesz jeszcze nadrobić zaległości i przesłuchać go także na Youtube. Zrób to i nie drażnij legendarnego rewolwerowca Dzikiego Zachodu, który wyjętych spod prawa zbirów posyłał do piachu niczym Clint Eastwood w swojej filmowej karierze…

Podsumowując Outlaws to FPS – w złotej erze gatunku – na Dzikim Zachodzie, czego chcieć więcej? Na dodatek z dobrą fabułą, świetnymi przerywnikami animowanymi i genialną ścieżką dźwiękową. Na minus grafika, brzydcy i mało zróżnicowani przeciwnicy (Where are you Marshall?! ARGH!) oraz trochę zbyt podobne do siebie odczucia z używania różnych broni. Jednak strzelanie samo w sobie sprawia radochę, w końcu to Dziki Zachód!

OUTLAWS (PC)

Retrometr

LucasArts w świetnej formie dostarcza bardzo dobrego FPS-a!

I ty możesz być niczym Clint Eastwood…

Autor: schizzm

Inne artykuły:

Gramy Na Gazie + Legendy Salonów Gier | Defender i... W dzisiejszym odcinku Gramy Na Gazie oraz w obszernym wpisie przedstawimy prawdziwy kult i legendę w jednym. Jedną z najważniejszych i najbardziej dyn...
Moje Top 5 gier z serii Castlevania Castlevania jest jedną z moich ulubionych serii, do której żywię nie lada sentyment i do której bardzo często wracam. Poniżej przedstawiam mój osobist...
Recenzja | Digimon World "Chronią nas od przyrody, kiedy jest zagrożona, bo to są bohaterowie, bo to są Didżimony" - brrr, tę mrożącą krew w żyłach piosenkę mogliśmy lata temu...