Recenzja | Tiny Toon Adventures: Buster Busts Loose! (SNES)

Gdzie repip, tam Ivo. Obydwaj się przyczynią, że dzisiaj bez pieniędzy poczytasz recenzje! Borsuka seniora larka wygna z wora, a Prezesowa WojTa straszyć chce! Bo każdy z nas pokochał wczoraj Retro na Gazie. Choć terminy nam niestety pomieszały się!

Tak to się kiedyś śpiewało! Chyba, że coś pomyliłem. Tak czy siak któż spędzający dzieciństwo w latach 90tych nie znał Animków. Był to bardzo fajny serial animowany z dziecięcymi odpowiednikami takich gwiazd jak Królik Bugs, Kaczor Daffy czy Świnka Porky. Produkcja przyjęła się na tyle dobrze, że zarówno na konsolach 8 jak i 16 bitowych obrodziła w parę tematycznych gierek. Co prawda nie mogły się równać z Super Mario Bros 3, ale i tak prezentowały wysoki poziom. Dziś prezentacja odsłony na konsolę Super Nintendo.

Wcielamy się tu w tytułowego Kinia (w Ameryce Buster), który za zadanie ma … no właśnie nie ma za bardzo przed nim żadnego zadania. Nie ma tu żadnej spójnej historii czy celu. Całość przyjmuje konwencję serialu i każda plansza to inna, niepowiązana przygoda. Dopiero plansza piąta (przedostatnia) łączy się minimalnie z szóstą. Wyjątek spowodowany jest zapewne zabiegiem mającym na celu zachęcić najmłodszych graczy do nieco bardziej wymagającej dalszej gry. Już tłumaczę. Mamy tu bowiem trzy poziomy trudności. Children, normal i challenge. Najłatwiejszy przeznaczony dla dziecicków to tylko 5 plansz z możliwością „zapisu” stanu gry za pomocą haseł. Więc jeśli taki szkrab grając po linii najmniejszego oporu dojdzie sobie do końca gry i dowie się, że trzeba uratować Kinię pewnie będzie chciał spróbować poziomu normal gdzie będzie miał taką możliwość. Z kolei zakończenie na tym poziomie sugeruje, że chyba coś poszło nie tak i może należy spróbować szczebelka „wymagającego”. Na challengu zaczynamy grę z jednym serduszkiem życia, zamiast trzech jak normalnie. Czasem jest możliwość zwiększenia naszej odporności, ale w praktyce często trzeba będzie przechodzić różne sekcje bez skuchy. Wtedy zasłużymy sobie na prawdziwe zakończenie. Podobnie było w Contrze 3, więc to raczej typowa zagrywka dla Konami.

No ale wróćmy do samej rozgrywki. Kinio potrafi skakać, ale niestety nie rani przeciwników tupiąc im po głowach jak w części pierwszej z NESa. Zamiast tego wykonuje on salto-kopniaka niczym Guile ze Street Fightera. Wykonuje je trochę koślawo, ale w niczym to nie przeszkadza bo przez cały czas jego trwania jest niewrażliwy na obrażenia. No i kluczowa umiejętność w grze – dash. Pod naszym zdrowiem znajduje się pasek, który z czasem sam się napełnia. Determinuje on jak długo możemy biec. Ale to nie jest byle śmiganie, bo nasz królik nabiera takiego pędu, że może zasuwać nawet po ścianach. No i plansze są tak zaprojektowane, że Kinio niczym ninja biega pionowo, przeskakując od jednej nawierzchni do drugiej, lawirując między wrogami. Można pomyśleć, że taka zabawa nie trwa zbyt długo, bo przecież mamy ograniczony pasek, więc takie sekcje zapewne szybko się kończą. Na początku tak, bo jesteśmy oswajani z mechaniką. Później natomiast odkrywamy statuetki Dodo Gogo, po których wchłonięciu regenerujemy znaczną część paska. Dzięki temu te czysto zręcznościowe sekcje mogą trwać dużo dłużej.

Na naszej drodze głównie staną jakieś szczurki, sępy, psy i różne inne zwierzęta. Jednak przeciwnicy raczej nic sobą nie reprezentują. Ot chodzą od lewej do prawej, czasem czymś rzucą. Są raczej urozmaiceniem niż jakimkolwiek zagrożeniem. Nacisk jest nastawiony raczej na zręczne skoki, ale też nie są one zbyt wymagające. Widać, że gra jest skierowana przede wszystkim do najmłodszych. Wszystko ma raczej przyciągać bajkową oprawą i tak jest. Brakuje mi tu trochę bossów, bo na 6 plansz to jest ich w sumie tylko dwóch. Zamiast szefów częściej mamy do czynienia z jakimś mniej lub bardziej intensywnym wyzwaniem.

Wracając do serialowych realiów to mamy tu na początku Bzikowersytet gdzie kopiemy szczury i pomagamy zachować porządek w kuchni. Potem jest jedna z fajniejszych plansz – Dziki Zachód. Tam najpierw przechadzamy się po mieście, potem po ranczu by na koniec odbyć długi etap w pociągu. Walczymy tam z lokomotywą, zrywana jest trakcja i musimy skakać po wagonach aby nie pochłonęła nas otchłań. Na końcu fajne nawiązanie do „Powrotu do przyszłości”. Dalej jest bardzo fajny mroczny zamek z duchami, potworami i ciekawą mechaniką katapult. Jest też jedna nietypowa plansza na boisku gdzie gramy w football amerykański. Prawdę mówiąc na początku mi się nie spodobała, bo nie miałem pojęcia co robić i czułem, że zaraz wytracę wszystkie życia. Nie ma żadnego objaśnienia zasad. Z grubsza jednak chodziło o to, że biegniemy z piłką i musimy zapamiętać układ przeciwników (raz skaczą raz nie) by ich wyminąć i pokonać kolejne 10yardów. Ostatecznie było to urozmaicenie in plus.

Co się jeszcze tyczy urozmaiceń i atrakcji to pomiędzy planszami mamy mini gierki. Kinia i Kinio kręcą Kołem Gier (Wheel O’Games) i losują dla nas konkurencję. Mamy tu na przykład squasha z Sylwkiem Jr., zabawę w chowanego z Kinią, bingo z Tasiorem i parę innych. Mają one na celu zdobywanie dodatkowych żyć i są całkiem łatwe, więc zawsze coś tam sobie zdobędziemy.

Buster Bust Loose to gra godna polecenia. Mamy tu do czynienia z przyjemną i lekką w odbiorze platformówką. Grafika jest bardzo ładna, muzyczka wesoła, a animacja, jak przystało na gry oparte na rysunkowych serialach, bardzo płynna. Kinio nawet jak stoi bezczynnie to i tak radośnie macha sobie brzuszkiem i uszami. Produkcja przeznaczona przede wszystkim dla najmłodszych zważywszy na niski poziom trudności, ale i dla starych byków, którzy chcą zatrzymać czas. Polecam.

Retrometr

O Czarny Ivo 36 artykułów
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), hack n’ slash, mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, Nintendo 64, GameCube, Switch, Sega Mega Drive, PSX, PS2, PS3, PS4, 3DS i Amiga 500.