Recenzja | 007 Tommorow Never Dies (PSX)

My name is Bond. James Bond„. Bohater, którego uwielbiali zarówno mężczyźni, jak i kobiety, choć ze zgoła różnych powodów, okazał się być mocną i nośną firmą. Mnóstwo filmów, aktorzy zyskujący nieśmiertelność odgrywając tę rolę (może oprócz ostatniego, chyba dał sporo w łapę reżyserowi), popierdółkowate gadżety (dalej, dalej rączki Gadżeta!)… Powstanie gry z Agentem 007 było tylko kwestią czasu. Pierwsze próby pojawiły się na Pececie, z czasem James zagościł również na konsolach stacjonarnych. Dziwi mnie, że łasi na licencje producenci gier na NES-a nie pokusili się o wydanie produktu o Brytyjczyku, a jedynie skorzystali ze spin offu o jego krewnym, James Bond Jr. W większości przypadków twórcy nie decydowali się na własne historie, ale te oparte na kanwach powstałych filmów. Obejrzyjmy zatem Jutro nie umiera nigdy.

Pierce  we własnej osobie!

Nietrudno się domyślić, że przejmujemy stery nad głównym bohaterem. Zbliżenie na twarz daje nam szansę na uruchomienie wyobraźni i uznanie, że ta zbitka polygonów to Pierce Brosnan. Każda misja jest mocno osadzona w stylu bondowskim, świetnie przy okazji wygląda menu pauzy, które stylizowane jest na laptop agenta, tyle że oprócz celów naszego głównego zadania widzimy też inne opcje. Sterowanie jest mocno in plus. X odpowiada za strzały, O za interakcje z wszelkimi obiektami/drzwiami, kwadratem sięgamy po apteczkę (tu już nie aż tak fajnie, bo czasem się przypadkowo wciśnie), zaś dzięki trójkątowi możemy zmienić broń. Do tego dochodzą triggery i wszelkie kucanie/celowanie. W sumie tych akcji jest całkiem sporo, rzeczywiście ma się poczucie obcowania z agentem, choć brakuje mi nieco, znajdującego się w późniejszych grach, fikołkowania przed kulami. Jakoś tak topornie się przed nimi ucieka. Po pokonaniu wrogów zdobywamy ich amunicję, broń, zaś rozbite beczki najczęściej dają nam apteczki i pancerz. Z czasem do naszego ekwipunku dołącza masa charakterystycznych gadżetów, które niegdyś robiły ogromne wrażenie, za przykład niech posłuży choćby skaner odcisków palców. Oprócz pukawek są też ostrzejsze rzeczy, jak bomby. Zapowiada się wybuchowo, ale czuć, że znalazło się w grze i kilka niewypałów.

Po co nasz James wchodzi w to wszystko? Zapewne niejedną osobę zaskoczę, gdyż Bond ratuje świat przed psycholem dążącym do wywołania nowej wojny. Podobnie jak w meksykańskich telenowelach, kiedy to wszelkie intrygi i brak zrozumienia można byłoby wyjaśnić szczerą i spokojną rozmową wszystkich bohaterów, tak i tutaj obalanie planów złego Elliota Carvera (to właśnie on jest temu winien, dążyć do wojny nie powinien!) trwa dużo dłużej niż powinno. Aby zadać kres tym imperialnym zapędom, bohater odbędzie podróże po kilku krajach, da oklep komu trzeba, pozbiera sobie ważne karty, ucieknie z nimi, i tak dalej, i tak dalej… Każdy level to „inna przygoda”, do tego czuć satysfakcję związaną z naszymi wynikami. Po pokonaniu kolejnych miejscowości dostajemy ekran z podsumowaniem naszych wyczynów. Wyliczone zostają zabójstwa (w tym te z zaskoczenia), celność, punkty, czas przejścia oraz łączny wynik. Nie przekłada się to na nic, ale bardzo rajcuje!

Prezesie, melduję wykonanie zadania!

007 posiada kilka całkiem niezłych spluw, w tym również snajperkę, rzeczywiście każdej z nich używa się inaczej. Jednakże, w każdego z naszych przeciwników trzeba władować kilka strzałów żeby padł. Pal licho, jeśli ma kamizelkę kuloodporną, niemniej nieraz próbowałam ustrzelić headshot i jeśli strzeliłam minimalnie obok środka czoła, typek nadal żył! Niespotykane, atakował mnie z taką samą zaciekłością, jak dotychczas (chyba adrenalina mu się uruchamiała). Do tego ten sztuczny i dziwny bieg naszych enemies – niby normalne, że biegają wężykiem, by ciężej ich było trafić, jednak to wygląda co najmniej śmiesznie i mocno nierealistycznie. A czyż nie o efektowny realizmu chodzi właśnie w filmach i grach sensacyjnych? Na dodatek niektóre etapy musimy przejść na czas! Wtedy już zupełnie czuć, że chwila zwłoki spowoduje, że to my, nomen omen, zwłokami się staniemy.

Każda z misji składa się z kilku zadań. Czekają nas elementy skradankowe, ale i pójście na otwarty ogień z wrogiem. W sumie zadania są stosunkowo różnorodne, niech świadczy o tym zamiłowanie Electronic Arts do sportów i etap z ucieczką na nartach, czy pilotowanie śmigłowca. Pod względem pomysłowości z pewnością gra dorównuje serii filmowej. Szkoda tylko pewnych elementów, głównie właśnie otwartej walki, które nieco efekt psują. Często zdarzało mi się, że widziałam ze sporej odległości przeciwnika. Choć byłam ukryta (widocznie tylko we własnym mniemaniu) podbiegali do mnie tym wężykiem i idealnie celowali. Elementy skradankowe, ale skradać się jest bardzo ciężko. Jeszcze ciężej ze skradania ruszyć do boju. Co ważne, nie samym życiem Bonda gracz… e, żyje? Przyjdzie nam się wcielić także w Wei Lin, czyli wspomagającą go agentkę. Z pewnością feministki oraz Netflix popierają taką zagrywkę.

Co to za dziwna ryba w akwarium?

A jak to wszystko wygląda? Filmiki są mega, fragmenty oryginalnego filmu, napisy, elementy akcji, jednak sama grafika podczas gameplayu… W niektórych momentach pikseloza jest ostra. Upadki zabijanych wrogów? Sztampa. Wspomniana jazda na nartach? Szkoda gadać… Wydaje mi się, że te wszystkie niedociągnięcia wynikają mimo wszystko z ambicji twórców. Nie odwalili byle prowizorki, ale chcieli umieścić w grze tyle elementów, że te po prostu ich przerosły. Najważniejsze jest to, że mimo wszystko grafika trzyma klimat akcji i szpiegostwa. Dotyczy to menu głównego, pauzy oraz choćby okienka do zmiany broni. Nie czuć aż tak śmieszności zmagań. Może powaga aż tak nie powala, jednak ma się świadomość, że działa się na rzecz brytyjskiego wywiadu. Dobrze wygląda celowanie ze snajperki, wydaje się dość zaawansowane. Podoba mi się również interfejs. Gracz cały czas widzi poziom zdrowia postaci, liczbę apteczek do wykorzystania oraz broń, którą aktualnie dzierży.

Dźwięk wygląda (no dobra, brzmi) bardzo fajnie, często przewija się motyw znany z filmu, przy czym nie na tyle, by prowadził do szewskiej pasji. Kiedy następują zwroty akcji lub przyspieszenie, pojawia się szybsza muzyka, która nakręca do działania (mechanizm jak w supermarketach). Strzały z giwerek też dają radę, może oprócz „pitiuuu” ze zwykłego gnata. Przeciwnicy po otrzymaniu „strzała” wydają z siebie jęki cierpienia. Nasz James, choć jest super/mega/ultra bohaterem, nie przypomina umięśnionego koksa, ale raczej skromnego elegancika, który także odczuwa ból. Kiedy to nas ustrzelą, Bond również sapie. To wszystko jakoś ratuje immersję gry, ponieważ jednak grafika ją zaburza. Na minus niestety muszę zaliczyć coś innego. Niby głosy fajnie podłożone, ale skoro decydujemy się na filmówkę, miło by było, gdyby sam Pearce raczył się w grze odzywać. Ostatecznie nie doszło do tego i nasz Bond mówi głosem szkockiego aktora, Adama Blackwooda.

Jak wspomniałam, gra jest oparta na filmie. Z racji tego, że raczej nie po drodze mi z gatunkiem sensacyjnym (chyba że jest Jackie Chan, to jedyny wyjątek od reguły), żadnego Bonda w całości nie widziałam. Fakt, iż wydarzenia z filmu występują w grze nie powinien być wadą, gdyż jest przecież cała masa podobnych zabiegów. Nie zawsze jest to próba przełożenia 1:1, często działa podobny zabieg do przeniesienia fabuły książki na film, a wiemy, jak się to najczęściej kończy… Niemniej w przypadku tego medium nie jest to tak irytujące, a same scenki FMV dodają kolorytu rozgrywce. Cóż, technika idzie do przodu, dziś mamy gry, które czasem bywają interaktywnymi filmami, jak widać, te dwie branże już od dawna próbują wzajemnie na siebie oddziaływać. Fani serii o Bondzie będą szczęśliwi, że mogą wspomóc idola w czasie przygód, które już znają, zaś bondowscy ignoranci po raz pierwszy poczują te emocje związane z pogonią za Carverem i próbą jego detronizacji.

Run James, run!

Kiedy kończy się z pirackim procederem i kupuje oryginałki, nawet używki, liczy się nie tylko stosunek cena jakość, ale i cena długość. Sama widzę po sobie, że mam ból tyłka, gdy kupuję książki, które mogę skończyć w zaledwie kilka dni, robiąc jeszcze inne rzeczy. Tutaj niestety wypada to blado, gdyż przygody Bonda da się przejść w ciągu dwóch godzin na spokojnie. Można rzec, że uczestniczymy tym samym w filmie. Zasadniczo po przejściu fabuły nie ma za bardzo do czego wracać. Choć historia jest ciekawa, nie na tyle, by zapewnić tytułowi mocną regrywalność. Na pewno to frajda dla fanów agenta 007, którzy kolekcjonują wszystko, co dotyczy ich idola, ale bez przesady. Jeżeli ktoś jest ambitny i lubi rywalizację, może się ścigać na statystyki, które już wyżej pokrótce omówiłam. Ja tyle ambicji nie miałam. Po każdym levelu jest opcja zapisu, jeżeli macie chwilę wolnego, nawet z niej nie skorzystacie.

Żeby jednak nie być tak skrupulatną i czepialską, muszę przyznać, że grało mi się całkiem nieźle. To jedna z gier, będących dowodem, by nie oceniać tylko po wyglądzie (lubię to powiedzenie, daje mi jeszcze jakieś szanse ;)). Zdecydowanie posiada swoistą głębię, pewną pomysłowość, nie ma mikrotransakcji, do czego panowie z Electronic Arts zdążyli przyzwyczaić graczy. Broni sporo, ekwipunku sporo, klimatu bondowskiego jeszcze więcej. Będącym niemal 100% laikiem tego uniwersum, czułam się świetnie wcielając się w Jamesa i niczym Franek Dolas powstrzymałam trzecią wojnę światową. Gra nie jest wolna od wad, co mogliście przeczytać, jednak jest naprawdę solidnym tytułem.

Retrometr

Ciekawostki:

  • gra posiada dwa poziomy trudności: Agent oraz 007
  • jeżeli ktoś nie czuje się mocny w takich grach, może skorzystać z całej serii cheatów, m.in. niewidzialności, zmiany leveli czy pełnej amunicji
  • gra spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem w Wielkiej Brytanii (ciekawe czemu?). Sprzedała się tam w ponad 300 tysiącach kopii
  • pierwotnie gra miała mieć także opcję multiplayer, jednak twórcy z niej zrezygnowali
  • początkowo planowano, aby Tomorrow Never Dies było kontynuacją fabuły zaprezentowanej w filmie. Ostatecznie jednak twórcy uznali, że nie mają pomysłu na dalszy rozwój, więc w odpowiedzi na prośby grupy docelowej, do której miał trafić tytuł, postawili na sprawdzoną formułę egranizacji
O Prezesowa 35 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.