Recenzja | 1080° Avalanche

1080miniW ostatnich latach coraz ciężej o zimę w której dominowałby śnieg za oknem. Fanów białego szaleństwa ratuje sztuczne naśnieżanie, a dla graczy którzy mają z górami nie po drodze pozostają wirtualne stoki w których śniegu dostatek. Czas zatem wyruszyć w odległe krainy z deską pod nogami i lepiej sprawdźcie 2x wiązania bo będzie ostro!

 

Feel the ground rumble as you fly down the slope fast enough  to peel the skin off your face

1080° Avalanche to kontynuacja hitu z N64 o nazwie 1080° Snowboarding, głównym punktem programu jest oczywiście zjazd na złamanie karku po najeżonych atrakcjami stokach. Co nam twórcy oferują za rozrywki? Mamy do wyboru cztery tryby gry dla pojedynczego gracza, głównym jest Match Race w którym będziemy się ścigać 1vs1 w kilku zjazdach, by na koniec mierzyć się z czasem i tytułową lawiną na specjalnym zjeździe będącym ukoronowaniem całości. Do zobaczenia napisów końcowych musimy przejść całość na trzech poziomach trudności (novice/hard/expert) i to każdy „na raz” nie ma walki na zasadzie jeden rejs dziś, drugi jutro. Musisz wszystkie trasy zaliczyć jedną po drugiej i możesz przegrać w tym czasie tylko 3 razy (powtarzasz rejs który przegrałeś) bo inaczej zaczynasz od nowa. Dla tych którzy obawiają się robienia w kółko tego samego śpieszę z informacją, że na każdym poziomie trudności mamy nowe trasy i zawsze zwiększa się ich ilość (novice 4, hard 5, expert 6). Po tym gdy pokonamy ostatnią lawinę i obejrzymy napisy końcowe odblokuje się nam kolejny poziom – extreme, tu mimo tego że jest 7 tras do pokonania mamy już do czynienia z lustrzanymi odbiciami. O ile novice i hard są jedynie prostą rozgrzewką, tak na ekspercie gra rozwija już swoje skrzydła dając masę adrenaliny i rzucając nam wyzwanie. Extreme oczywiście to wyzwanie jak i adrenalinę dostarczone na expert podkręca jeszcze wyżej. Zauważyłem, że przeciwnik na całej trasie popełnia tam tylko jeden błąd, Ty musisz zaliczyć idealny zjazd i w momencie, gdy on popełni ten jeden feler go wyprzedzić na tyle, by już nie oddać zwycięstwa. Przy 7 trasach i tylko 3 pomyłkach możliwych jest to już wyzwanie dla hardcore’owców.

1080 Avalanche recenzja GC

Zanim jednak do tego wyzwania się dobierzemy warto przechodzić też tryb Gate Challenge i Time Trial. Dlaczego? Chociażby by lepiej poznać trasy, które są rozbudowane i mają wiele rozgałęzień. Gate Challenge prowadzi nas niejako za rączkę po trasie bo musimy jak najszybciej zjechać jednocześnie trafiając pomiędzy kolejne bramki dające nam niezbędne punkty. Nie raz trzeba spory slalom robić, ale nie ma czasu na powolne tułanie się od bramki do bramki bo czas leci przez co jest bardzo dynamicznie. Dodatkowo za osiągnięcia w tym trybie odblokujemy „specjalne” deski takie jak np. pad z NES’a. Time Trial jak wiadomo to walka z czasem, ale nie do końca. Na każdej trasie w czasówce jest ukrytych 5 żetonów, które z reguły umieszczone są w jakimś mało widocznym skrócie przez który nie szła trasa z Gate Challenge, którą to odruchowo podczas zjazdu będziesz się kierował. Musisz znaleźć i zebrać wszystkie 5 na raz by odhaczyć trasę jako zaliczoną, co na wyższych poziomach trudności łatwo brzmi tylko na papierze. Żetonami należy się interesować i je zbierać, bo za nie dostaniemy deski z zwiększonymi statystykami co chyba nie muszę podkreślać, że jest kluczowym elementem? Ostatnim trybem jest Trick Attack, ale szczerze mówiąc ani ziębi ani grzeje. Podobnie jak Stunt w Wave Race: Blue Storm od tych samych twórców został potraktowany po macoszemu. Dostajemy 3 areny do nabicia progu punktowego i tyle. Pierwsza z aren to po prostu… skocznia, wyskakujesz, robisz tricki, lądujesz i fajrant, druga to half-pipe, a trzecia mały park z hopkami i grindami – trochę biednie.

Jak widać robienie tricków zostało tutaj potraktowane na zasadzie „dobrze by były” jest to jednocześnie wada i zaleta gry. Chodzi o to, że 1080cio stopniowa lawina kładzie nacisk bardziej na sam wyścig (czy to z rywalem, czasem, czy lawiną) i dynamikę. Tym odróżnia się od swego głównego rywala SSX3, gdzie robienie sztuczek było bardzo eksponowane. Obie gry w zasadzie mimo tego samego gatunku się od siebie na tyle różnią, że śmiało fan takich gier może zainwestować 2x, bo za każdym razem dostanie coś innego. W 1080° Avalanche jak się uprzesz to tak na prawdę nie musisz w ogóle robić ewolucji w powietrzu, możesz spokojnie skoncentrować się na trasie, skrótach i przeszkodach, nie musisz się martwić tym, że nie wykorzystujesz hopki do skoku i kilku wygibasów (pamiętaj tylko o tym by „kucać” bo wtedy się rozpędzasz lepiej, ale gorzej skręcasz). Niby tricki ładują nam pasek mocy, ale po jego zapełnieniu mamy tylko jeden mocny plus (no może 2, niby szybciej jedziesz, ale niewiele). Polega on na tym, że po dotknięciu rywala ten się automatycznie wywraca (gdy jest również „naładowany” to tylko traci pasek) i potrzebne jest to w zasadzie tylko na poziomie extreme bo na reszcie poradzisz sobie spokojnie bez tego. Skutek jest taki, że 1080° jest dynamiczniejszy od SSX’a i bardziej odczuwamy prędkość oraz nierówności nawierzchni (często traci się balans przy nierozważnej jedzie). Dla osób którym w SSX masa tricków i kolorków przeszkadzała powinna to być cenna uwaga, bo w grze Nintendo tego nie ma.

1080 Avalanche recenzja GC

Co mi się niewątpliwie spodobało to trasy. Zarówno to jak wyglądają jak i to jak zostały skonstruowane. Zwiedzimy zorganizowane stoki, przejedziemy przez zasypane śniegiem, ale ruchliwe miasteczko, pośmigamy po śliskich ulicach, ale i bezludnych szczytach. Wisienką na torcie są oczywiście poziomy specjalne na koniec Match Race, gdzie zmagamy się z samą górą i uciekamy przed lawiną. Czuć tutaj adrenalinę, cały czas myślimy o tym czy damy radę uciec, nie ma chwili wytchnienia i nie ma miejsca na błędy, bo gdy ta nas dogoni to po wszystkim. Ekran się trzęsie, a z boków co rusz „wylewa” się śnieżna fala tratując wszystko na swojej drodze. Screeny tego nie oddadzą, bo musisz to zobaczyć w ruchu i przeżyć! Głupotą w nich jest jednak to, że w odróżnieniu od wszystkich innych tras ich nie da się wybrać w Time Trial i po prostu się nimi cieszyć. Wymyślono jakiś dziwny patent z kodami, po przejściu etapu z lawiną, czyli całego poziomu trudności otrzymasz kod, który sobie zapisujesz na kartce, a potem w opcjach po jego wpisaniu możesz go powtórzyć i tak za każdym razem – po cholerę? Nie wiem, ale w końcu mi się w instrukcji do gry strona na notatki przydała. Wracając do wątku, tory są na prawdę rozbudowane i mają wiele skrótów, a niektóre nawet całą alternatywną trasę! W jednej można jechać po wąskich szczytach widząc wszystko w dole (piękne widoki), możesz spaść niżej i przedzierać się przez las i skały, ale równie dobrze możesz wpaść w jakąś lodową grotę i przejechać pod górą – miazga! Atrakcji jest masa i zadbano też o elementy otoczenia, na stokach będzie pełno narciarzy, po ulicach jadą samochody, a w buszu latają wiewiórki i sarny na które można wpaść. Jak już mówiłem, nie ma efekciarstwa i ferajny barw znanej z SSX, ale jest solidnie, a momentami wręcz pięknie mimo braku bajerów.

Conversations alone, complicate us together on our own

Mimowolnie nasuwają się mi podobieństwa do innej gry stworzonej przez Nintendo Software Technology: Wave Race: Blue Storm. Wcześniej wspomniałem o równie olanym Trick Attack co Stunt, również głównym motywem jest mimo wszystko wyścig i nacisk na turnieje. Są też techniczne głupoty, które były i w błękitnym sztormie. Podczas turnieju nie ma niby prostej,  a jak ważnej opcji powtórzenia cyklu. Musisz się wycofać najpierw z turnieju, potem wywala Ciebie do menu głównego i na nowo wybierasz interesujące Ciebie zawody, postać, deskę… wszystko przez brak jednej małej opcji „restart”. Na poziomie Extreme gdzie jeden błąd Ciebie eliminuje jest to równie frustrujące co w Wave Race! Z detekcją kolizji też bywa różnie, więc polecam postacie z wysokim współczynnikiem balance bo one rzadziej wypadają z równowagi co nas chroni nie tylko przed nami samymi, ale i grą.

1080 Avalanche recenzja GC

OST jakie nam towarzyszy to ponad godzina licencjonowanego rocka z paroma rodzynkami w formie elektronicznych brzmień. Repertuar nie dorównuje temu znanemu z serii THPS, ale wielu powodów do narzekań nie mamy. Wpasowuje się w frywolne hasanie po śniegu z pazurem. Fajne jest to, że podczas ładowania się trasy mamy możliwość za pomocą krzyżaka zmiany utworu na dowolny z listy. U mnie zadziałało to jednak w ten sposób, że cały czas wybierałem ten pierwszy: Finger Eleven – Good Times. Pasuje mi idealnie do tego co jest na ekranie i już chyba zawsze będzie się nierozerwalnie z 1080° Avalanche kojarzyć.

You should try to remember the good times and the high life

Nintendo Software Technology po raz kolejny mnie ujęło, choć po raz wtóry nie było to oczywiste. W trybach tej dobrze skonstruowanej maszyny ponownie coś trzeszczy, detale pozostawiają rysy które szpecą całość. Mimo dość spartańskich trybów tytuł broni się grywalnością i konstrukcją poziomów, jest uzupełnieniem bądź alternatywą dla SSX’a3 w zależności od tego, czy Tobie on pasował lub nie. Dla mnie osobiście jednak deska elektroników wygrywa poprzez zdecydowanie większy poziom rozbudowania, nie przeszkadzało mi to jednak w czerpaniu przyjemności z gry w 1080° Avalanche, który mnie wciągnął na kilkanaście godzin. Trasy i dynamika gry robią całą robotę i to w wzorcowy sposób, czyli tytuł nie zawodzi tam gdzie nie powinien. Pozostaje jedynie żałować, że serie Wave Race i 1080° nie doczekały się kontynuacji na Wii, a gdy piszę te słowa na 99% można stwierdzić, że ten stan rzeczy utrzyma się również na WiiU. Dla mnie wielka szkoda, ale co pan zrobisz jak nic nie zrobisz, ten gatunek od dawna żyje jedynie w strefie retro, więc tym bardziej w 1080° Avalanche warto zagrać.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: GameCube/2015

3 słowa do gracza: Prosto ciosany, ale skutecznie wciągający tytuł


Ciekawostki:

» Początkowo gra miała się nazywać 1080°: White Storm, byłoby to nawiązanie do Wave Race: Blue Storm.

» W sieci Wal-Mart była dostępna specjalna wersja 1080° Avalanche z dodatkowym dyskiem. Na owym dysku nie było jednak gry, a filmy z ekstremalnych sportów zimowych.

» Akari Hayami i Ricky Winterborn są grywalnymi postaciami również w innym tytule z pogranicza sporty ekstremalne/wyścigi na GameCube’a, wielokrotnie wspominanym Wave Race: Blue Storm. Dzielą też jedną miejscówkę, Aspen Lake Dam kończy się na zamarzniętym jeziorze po którym zasuwamy w WR:BS.


Do posłuchania w trakcie lektury:

Finger Eleven – Other Light

Finger Eleven – Good Times

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox