Recenzja | Legend of Mana (PSX, PS3, PSP, PS Vita, PS4, PC, Switch)

Nim przejdę do właściwej recenzji gry, kilka słów wyjaśnienia. Nim zadebiutowałam na Retro na Gazie, próbowałam swoich sił w Retro-bibliotece. Współpraca była bardzo owocna, jednak z przyczyn niezależnych ode mnie portal zakończył działalność. W związku z tym sporo tekstów, które zamierzam opublikować w najbliższym czasie, to delikatnie zmienione recenzje ze wspomnianej strony. Głównie pojawią się pozycje na NES-ika, ale znajdzie się także kilka wyjątków od reguły, tak jak choćby ten — jeden z moich ulubionych RPG-ów na Szaraka. Zapraszam!


Legend of Mana

レジェンド·オブ·マナ

Squaresoft — PSX (1999)

legend of mana cover

jRPG

Są takie gry, które samą swoją nazwą przywodzą na myśl mnóstwo wspomnień z nimi związanych. Z reguły zawdzięczają to angażującej fabule przepełnionej zwrotami akcji lub zaskakującym zakończeniem. Nieco inaczej jest w przypadku jednego z bardzo niedocenianych, przynajmniej według mnie, tytułów Squaresoftu – Legend of Mana. Historia przedstawiona w grze dotyczy ratowania świata (jak w 99% jRPG-ów), nasza postać zaś nie jest szczególnie charyzmatyczna. Okazuje się, że mimo takich, zdawałoby się, błędów zaserwowanych na samym starcie, mamy do czynienia z rozgrywką niesamowicie wciągającą i świetnie dopracowaną. Szkoda, że ta wydana w 1999 roku produkcja nigdy nie zawitała na rynku europejskim, co utrudniało zdobycie rozgłosu i możliwość zakupu w niższej cenie. Dopiero niedawno twórcy poszli po rozum do głowy (lub wyczuli „piniondz”) i postanowili zainwestować w odnowioną wersję tego świetnego szpila.

Legend of Mana

Czołówka nadal robi wrażenie.

Upraszczając, naszym głównym zadaniem będzie „uleczenie” Drzewa Many, które odpowiada za pokój na świecie (marzenia modelek w końcu się spełnią!). Prowadzi do tego ponad 60 questów. Zdarza się, że część zadań można opuścić, inne zaś wykonać nieco później. Gra nie jest liniowa i daje dużo swobody. Szczególnie że nie przemierzamy po kolei różnych krain, ale sami wybieramy, gdzie pójdziemy najpierw. Zacznijmy jednak od naszego protagonisty. Do dyspozycji mamy dwójkę bohaterów: dziewczynę oraz chłopaka wyglądającego jak dziewczyna. Wybór służy wyłącznie lepszej integracji i utożsamieniu się z postacią, ponieważ posiadają oni identyczne umiejętności i czekają je te same questy. Wczuć się w pełni w postać będzie jednak dość ciężko, gdyż z reguły przyjmujemy rolę chłopca na posyłki i pomagamy mieszkańcom okolicznych krain, nasz bohater zaś zdaje się raczej towarzyszyć innym niż grać pierwsze skrzypce. Po określeniu płci i nadaniu imienia wybieramy broń, z której będziemy korzystać, co również jest zabiegiem czysto kosmetycznym.

Jak to zwykle bywa w japońskich grach, przedstawiony świat jest fantastyczny. W każdej z krain znajdują się specyficzne zwierzęta lub ich krzyżówki, same zaś nowe miejscówki dostajemy od NPC-ów za wykonane misje. Nie jest to zwykły dostęp do nieznanej lokacji, ale przedmiot, który musimy umieścić na mapie świata, a który zmienia się w zaludnioną miejscowość. Przypomina to nieco słynne Simsy i umieszczanie parcel w danym świecie. Właściwie można to robić w obojętnej konfiguracji, jedynie miejsca związane z wodą muszą znajdować się blisko zbiornika. Najlepiej jednak postarać się, by nasz dom był w centrum, żeby jednak nie tracić czasu na długie podróże.

System walki jest dość prosty. Z naszymi przeciwnikami mierzymy się w czasie rzeczywistym, możemy używać zwykłych ataków oraz specjalnych po napełnieniu się paska staminy, możemy je sobie ustawić pod klawiszami R1, R2, L1 lub L2, co świetnie się sprawdza w praktyce. Pokonane stwory pozostawiają kryształki, które są odpowiednikiem punktów doświadczenia. Grindowanie postaci jest przyjemne, ale i bez niego raczej bez trudu poradzimy sobie z większością przeciwników, w tym bossów. Nad antagonistami ukazuje się pasek życia (w przypadku bossa u dołu ekranu), dzięki czemu wiemy, jak długo musimy się jeszcze namachać wybranym orężem. W levelach przypominających labirynty respawnujący się przeciwnicy trochę nużą, ale jak już padło, nie stanowią jakiegoś szalonego wyzwania. Najsensowniejsze są zwykle dwie taktyki — albo atakowanie przeciwnika do oporu, albo zadanie kilku ciosów i ucieczka w bezpieczne miejsce, ta druga wersja szczególnie przydaje się przy pojedynkach z bossami, którzy zwykle mają lepsze sztuczki w zanadrzu.

W grze bardzo ciekawie zaimplementowano multiplayer. Niemal za każdym razem, gdy jakiś NPC zleca nam misję, dołącza do naszego bohatera i walczy u jego boku. Jednakże można wybrać opcję 2 Players i w czasie potyczek stery nad nim przejmie drugi gracz. Jest to całkiem pomocne, gdyż AI dość intuicyjnie atakuje i częściej jest kulą u nogi niż realnym wzmocnieniem. Niebywale irytuje także to, że w samej walce są nieprzydatni, ale już po kryształki doświadczenia lecą! Maksymalnie w składzie mogą być trzy postaci, gdyż w Legend of Mana pojawia się także element hodowlany. Możemy mieć własne zwierzątka, trenować je, wyprowadzać na spacer i karmić, za co one odwdzięczają się pomocą podczas walk. Przypomina to wsparcie NPC-ów, jednak zdarza się, że potrafią skutecznie odciągnąć uwagę od bohatera, szczególnie gdy pojawia się więcej przeciwników. Niestety, w świecie przedstawionym nie znajdziemy żadnego schroniska, dlatego niczym wprawny rakarz musimy sami zdobyć malucha. W wybranych miejscach możemy podrzucić coś do jedzenia i złapać pałaszujące stworzonko.

Legend of Mana

Zabawa w łapanego.

Jak wspomniano, walki nie są zbytnio kłopotliwe, jednak gra sama w sobie nie jest tak banalna. Chyba najtrudniejsze są wspomniane elementy dungeonowe. Niektóre miejsca to istne labirynty, jak ktoś nie posiada wyobraźni przestrzennej, może mieć mnóstwo kłopotów z odnalezieniem konkretnego bossa lub jakiegoś artefaktu. To nieco wydłuża rozgrywkę, właśnie przez powrót przeciwników w te same miejsca, w których już kilka razy skopaliśmy im tyłki, klucząc po planszy. Do dziś pamiętam, ile trudności miałam z odnalezieniem się w levelach JungleJunkyard czy Underworld. Warto zatem zaopatrzyć się w solucję lub jakąś przejrzystą mapkę. Trzeba zauważyć, że nie wszystkie questy mają strukturę „otrzymaj zadanie – skop bossa – wróć po nagrodę”. Misje są niebywale różnorodne, sprawiają, że przywiązujemy się do postaci, które nam je zlecają (w odróżnieniu od naszego bohatera…). Do jednej z najciekawszych należy zlecona nam w Luminie pomoc zakochanemu centaurowi, Gilbertowi, samozwańczemu poecie, w sprzedaży lamp, by odciążyć tym ukochaną. Problem jednak polega na tym, że aby opchnąć przedmioty tubylcom, należy poznać ich język. Składa się on z fraz typu „da ba”, więc by rozpocząć pertraktacje i móc udzielać poprawnych odpowiedzi, należy wpierw się z nim dobrze zapoznać.

Ogromną zaletą gry jest jej komizm. Choć celem bohatera jest uratowanie świata, nie towarzyszy temu klasyczna fabuła pełna głębokich monologów dotyczących sensu egzystencji. NPC są niesamowicie charakterystyczni i zapamiętywalni. Każdy z nich ma ciekawą historię i osobowość. Nie sposób nie uśmiechnąć się, widząc królika Niccolo próbującego rozkręcić kolejny absurdalny biznes, czy choćby kaktusa stalkera, Li’l Cactusa (ksywka jak dla amerykańskiego rapera), który zapisuje w pamiętniku wszystkie misje, które przeszliśmy. Część bohaterów pojawia się w grze wielokrotnie, co pozwala nam poznać ich dalsze losy. Bardzo zabawne są także dialogi oraz encyklopedia postaci i przedmiotów. Trzeba przyznać, że autor tejże miał zacięcie, gdyż wpisy przypominają słynne „koń, jaki jest, każdy widzi”. Ujmujące jest choćby przedstawienie Teapo, dzbanka herbaty (!?), który uważa się za kolekcjonera sztuki, a w istocie jest robiony w bambuko przez chciwego i przebiegłego Niccolo. Zdecydowanie jednak prym wiedzie Kristie, która pomieszkuje Geo. Opis głosi, że uwielbia m.in. sztukę, pieniądze i siebie samą. Tak trzeba żyć!

Legend of Mana

Fantastyczna encyklopedia.

Oprócz wspomnianego hodowania zwierzaczka gra daje nam także inne zajęcia, które skutecznie odciągają od ratowania Drzewa Many. Jedną z nich jest niezwykle wciągająca zabawa w siewcę. Koło domu (w miejscowości Home) znajduje się drzewo, które wydaje owoce. Naszym zadaniem jest dobieranie różnych mieszanek nasion, a po upływie pewnego czasu, zbiór tego, co wyrosło. Owoce są bardzo fantazyjne, a może po prostu normalne dla jRPG-ów. Zresztą samo drzewo też nie przypomina tych, które możemy spotkać w lokalnych lasach. Kolejna atrakcja to tworzenie golemów. Podobnie jak wyhodowane zwierzątka, golemy towarzyszyć nam będą w walce (są przy tym bardziej użyteczne). Do tego dochodzi także opcja stworzenia instrumentów, które z kolei przydadzą nam się w kilku miejscach w grze, ale i wykucie własnej broni. Bajerem jest możliwość zagrania na organach, znajdują się one w świątyni w Dominie, ale na melodię już nie mamy wpływu.

Legend of Mana

Drzewo, na którym rośnie marchewka? Nic szokującego.

Grafika jest niesamowita. Lokacje są różnorodne, postaci dokładnie zanimowane, szczególnie na miniaturach, które pojawiają się w czasie dialogów. Bardzo szczegółowo przedstawiono krajobrazy, dungeony zaś, choć nieco zaplątane, są możliwe do odróżnienia przy odpowiednim skupieniu. Najlepiej wypadają wodne miejscówki, czyli Polpota HarborMadora Beach. Nietrudno zakochać się w tym baśniowym świecie, szczególnie że eksploracji towarzyszy genialna muzyka bodajże najpopularniejszej japońskiej pianistki, Yoko Shimomury. Pani Yoko, odpowiedzialna także za muzykę do kilku części Kingdom Hearts oraz Front Mission, stworzyła niezapomniany soundtrack. Samo oglądanie screenów z omawianej gry przywodzi na myśl kompozycje, które występowały w Legend of Mana. Podobnie jak lokacje, ścieżka dźwiękowa także jest różnorodna, od powolnego World of Mana, nostalgicznego jak w samym tytule Nostalgic Song, radosnego The Wind Sings of Journey po energiczne Wanderer’s Path. Każdy fan muzyki z gier znajdzie coś dla siebie, według mnie najlepiej brzmią Cliff Town Gato oraz piękne, zaśpiewane po szwedzku Song of Mana.

Legend of Mana jest grą skierowaną nie tylko do fanów gier RPG, dzięki temu, że ma niski próg wejścia. Aby dobrze wczuć się w klimat, nie trzeba analizować setek parametrów i zagłębiać się w meandry historii pełnej zwrotów akcji. To raczej piękna, radosna przygoda, która pozostaje z graczem na długo i sprawia, że chętnie się do niej wraca. Panowie ze Squaresoft tworząc, tę grę udowodnili, że znają się na swoim fachu jak nikt inny. Z pewnością jeszcze do niej wrócę, ale prawdopodobnie ponownie na PSX-ie, ewentualnie gdy przyoszczędzę i zobaczę tę nową wersję. To chyba pierwsza gra z tego gatunku, którą przeszłam samodzielnie bez pomstowania na wszystko wokół i desperackich prób nierozbicia pada. Fantastyczny tytuł, który z pewnością rozśmieszy nawet ponuraków. Dla mnie absolutny top.

Retrometr


PS: Legend of Mana została potem wydana na: PS3, PSP (2011), PS Vita (2012). W tym roku (2021) powstał HD remaster tej gry na platformy: Nintendo Switch, PlayStation 4, PC.

Screeny zapożyczone z mobygames.
O Prezesowa 48 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.