Recenzja | Pocky & Rocky (SNES) + Pocky & Rocky Reshrined (Switch, PS4)

Stało się! Znowu to zrobili! Po Dzikich Spluwach i Ninjach Wybawicielach przyszedł czas na odświeżenie Pocky & Rocky czyli przygód kapłanki i jej … bobra!

Właściwie to jenota, ale kto by wdawał się w szczegóły. Recenzowana dziś produkcja gościła na SNESie w 1992 r., choć jej początki sięgają wersji automatowej z 1986 r. pod wdzięcznym tytułem Kiki Kaikai (jap. Dziwny i Tajemniczy Świat). Nie był to żaden remake, ani port tylko pełnoprawna kontynuacja. Trochę dziwna sytuacja, bo każdą z gier robiła inna firma. Za część pierwszą odpowiadało Taito, a za późniejszą, konsolową, Natsume. Nie wnikałem w sumie z czego to wynikało. Najważniejsze, że Super Nintendo otrzymało lata temu kapitalnego szpila, który w tym roku doczekał się odpicowanego wznowienia.

Rzućmy najpierw okiem na „bazę” czyli na to, co mogliśmy podziwiać lata temu w zaciszu własnego domu na kineskopie. Opowieść zaczyna się, gdy młoda kapłanka świątyni Shinto imieniem Pocky wita nowy dzień codziennymi obowiązkami. Zmiata miotełką suche liście z drogi i wtem wpada pobudzony Rocky – jenot. Nie jest to taki zwykły zwierzak. Normalnie gada ludzkim głosem i ma w zwyczaju chodzić na dwóch nogach. Należy do grupy zwanej Nopino Goblins. W wersji japońskiej po prostu Yokai czyli świat niewytłumaczalnych naukowo, szeroko pojętych „dziwów” i folklorowych stworów. Tłumaczy dziewczynie, że jego towarzysze poszaleli! Odstawiają dzikie akcje, są agresywni i czy nie pomogłaby mu coś zaradzić, jak przed laty (nawiązanie do jedynki). Pocky oczywiście się zgadza. Niesienie pomocy to nieodłączny element jej uświęconego życia.

Niestety nie szło się dogadać z wariatami. Trzeba było zdać się na, może prymitywną, ale sprawdzoną starą, dobrą przemoc. I tutaj za kontroler łapiecie Wy. Pocky & Rocky to strzelanka z widokiem z góry. Wcielamy się tu w tytułowych, wyżej opisanych, bohaterów. Nasz arsenał jest nietypowy. Kapłanka rzuca – jako kompletny ignorant powiedziałbym, że po prostu kartami – choć doczytałem, że są to o-fudy – japońskie amulety wykonane z drewna bądź papieru poświęcone ochronnemu bóstwu. Z kolei jenot używa – i tu powtórnie jako ignorant powiedziałbym, że po prostu liśćmi – i tak rzeczywiście jest! To po prostu liście! Takimi pociskami możemy miotać w ośmiu kierunkach. W ramach walki wręcz machamy odpowiednio różdżką i ogonem, ale w taki sposób zadajemy jakieś znikome obrażenia. Jest to umiejętność stricte defensywna mająca na celu odbicie wrogich ataków. Bohaterowie mają też wślizg i bombę (ilość ładunków ograniczona), co to czyni czystki na ekranie. Różnice wydają się być kosmetyczne, ale wkradają się tu takie niuanse jak rozbieżności w prędkości czy zasięgu i zupełnie odmienne „specjale”. Pocky wiruje różdżką, a Rocky, na krótki czas zamienia się w nietykalny posąg.

Nasze ataki możemy ulepszyć za pomocą zebranej białej lub ognistej magii. Ta pierwsza daje nam ataki rozpryskowe jak „S-ka” w Contrze, druga zwiększa obszar impaktu i CHYBA obrażenia. Obydwa ulepszenia mają trzy poziomy rozwoju. Jeśli zbyt mocno oberwiemy cofną się ostatecznie aż do podstawowego poziomu. Nasze zdrowie możemy podreperować znalezioną ciepłą herbatką lub małą przekąską. Talizman da nam ochronne pole siłowe, a jak odnajdziemy „psa” przejedziemy się na nim niczym Mario na gwiazdkowym haju. Nie odnalazłem niestety żadnego dodatkowego życia, ale chyba otrzymujemy jedno za perfekcyjne przejście planszy, bo udało mi się to parę razy w pierwszej krainie. Oprócz tego przewidziany jest fajny bonus dla wymiataczy. Otóż po każdym zaliczonym bossie wydłuża się nam pasek zdrowia o jedno serduszko, dzięki czemu po kolejnych etapach stajemy się coraz wytrzymalsi. Jednak tracąc „continue” wracamy do bazowych czterech serc.

Przewidziany jest też tryb dla dwóch graczy i wypada całkiem dobrze. Nie ma „przyjaznego ognia”, ale możemy się trącić wślizgiem. Wprawia on kompana w wirek raniący zarówno niego jak i adwersarzy. Najgorzej jest w pobliżu przepaści, bo zwyczajnie zrzucimy go w odmęt. Poza tym kooperacja sprawdza się naprawdę dobrze.

Nasze heroiczne zmagania poprowadzimy przez sześć plansz. Już na wstępie trzeba zwrócić uwagę, że nie odnajdziemy tu takich banałów jak plansza zimowa/plansza ognista. Bardziej poruszamy się tu po fantazyjnych krainach i lochach. Nie raz zaczniemy zabawę w jednej scenerii, żeby dalej przejść płynnie do drugiej. Na przykład po przebiciu się przez otoczoną bambusowym lasem wioskę dotrzemy do brzegu rzeki, przy którym będzie czekała na nas tratwa, by udać się na niej spływem. Podobnie dostaniemy się na pokład „latającego żaglowca”. Żeby więcej nie zdradzać napiszę tylko, że kolejne krainy są pomysłowe i różnorodne na tyle by gra cały czas pozostawała świeża. Akcent postawiony jest raczej na klimat planszy – raz jest sielankowo raz ponuro.

Na naszej drodze staną przede wszystkim poczwary z japońskiego folkloru. Tutaj specjalnie posiłkowałem się książką „Bestariusz Japoński Yokai” Witolda Vargasa co by nie pleść głupot. Mamy więc np. Ao Bōzu (błękitny mnich lub łysol), w którym pewnie byśmy rozpoznali pospolitego cyklopa, dość popularne Kappy, które posłużyły do stworzenia Koop w Mario Bros, Koromodako – wielka ośmiornica, Gaki i Kyōkotsu czyli na nasze będzie odpowiednio zombie i szkielety, Rokurokubi – kobieta o bardzo głęb… długiej szyi i wiele innych. Wachlarz jest naprawdę szeroki, a najfajniejsze jest to, że każda plansza ma swój unikalny zestaw przeciwników. Chyba tylko nietoperze się powtarzają. Oprócz japońskich zjaw spotkamy też pospolitych piratów i „swojaka” Drakulę. Nie każdy na szczęście na naszej drodze to wróg. Jeśli uda nam się wypatrzeć w tle samotnego zwierzaka i poczęstujemy go szturchańcem zamieni się on w przyjazne bóstwo rzucające losowe dary.

Niech nie zmyli was pocieszna, dziecinna otoczka Pocky & Rocky, bo nie jest to gra łatwa. Pierwsza plansza to zaledwie prosty samouczek. Druga jest już wyraźnie dłuższa, a poziom trudności rośnie geometrycznie, choć o dziwo piąta plansza była dla mnie dużo łatwiejsza od czwartej. Jednak do zwycięstwa pchała mnie frajda obcowania z tytułem. Wszystko jest to naprawdę świetnie dopracowane. Grafika, muzyka, płynność animacji no i przede wszystkim sama przyjemność ze strzelania do wrogów. Dziś jest to naprawdę rzadka perełka chodząca na aukcjach za grube pieniądze, ale na szczęście w tym roku wyszedł remake, o którym niżej. Dla mnie Dziewica i Bober lśnią, piękną, jasną zielenią.

Retrometr


Pocky and Rocky Reshrined

Właściwie remake to za małe słowo. Mamy tu raczej do czynienia z upiększoną reinterpretacją. Szkielet z grubsza pozostaje ten sam. Strzelanka z widokiem z góry, japoński folklor, znane postacie … plus multum więcej. Na początek to co od razu rzuca się w oczy – GRAFIKA. Wyostrzona, zaokrąglona, podkoloryzowana i niby wygląda na 16 bit, ale żadna maszynka czwartej generacji by tego nie udźwignęła. Jest pięknie! Nie poprzestano tylko na odnowieniu starych plansz. Na przetarciu i wygładzeniu chropowatych pikseli. Dodano dużo nowego od siebie. Nowe elementy otoczenia, zupełnie nowe przesmyki, nowi przeciwnicy, świeże „sprajty”. Mało tego, taki lifting spotkał tylko dwie pierwsze i dwie ostatnie (połączone w jedną) plansze, a wszystkie pozostałe to zupełnie nowe kreacje! Wpasowują się jak ulał w schemat „raz pogodnie/raz ponuro”, nie są przesadzone i sprawiają wrażenie jakby ich koncepcja zrodziła się w latach 90tych wraz z oryginałem. Oczywiście każdy nowy etap to też nowi bossowie.

Nasi tytularni bohaterowie zostali również wzmocnieni o nową umiejętność ofensywną, trzeci rodzaj „amunicji” do zdobycia, a każda z nich trochę inaczej działa zależnie od postaci. Zyskali również nieznanych dotąd sprzymierzeńców. Wspomoże ich Ame-no-Uzume bogini świtu, medytacji i sztuki, a w szczególności tańca. Bardzo zalotna to kobieta o głębokim dekolcie z obfitą zawartością, ale … tylko w Japonii. Poza granicami KKW piękna pani została ocenzurowana i obfitością ubioru dba by sobie gardła nie przeziębić. Moim zdaniem co najmniej zbędna – jeśli nie po prostu głupia – decyzja. Ktoś powie „toż to kilka umownych pikseli”, a ja odpowiem „no właśnie więc po cóż ta wiktoriańska pruderia?”. Zabieg zbyteczny. Dalej poznamy Ikazuchi – łasicę miotającą pioruny z ogona i Hotaru Gozen – kobietę samuraj. Każda z tych panienek ma zupełnie inny styl walki. Bogini np. używa trzech lewitujących kul niczym opcji z Gradiusa i może lewitować nad przepaściami, a oddana służebnica Szoguna walczy halabardą w bliskim kontakcie (moja faworyta!). Przyznam, że nowe protagonistki są zrobione bardzo dobrze, a może nawet za dobrze, bo swoimi możliwościami deklasują Pocky i Rocky’ego. Wyraźnie widać to na tablicy wyników gdzie świeża krew zostawia weteranów w tyle. Przy okazji rankingów – na listach wymieszane są punktacje z gier ukończonych na każdym z trzech poziomów trudności, co moim zdaniem jest nieprzemyślane. Grając na hardzie mamy przewagę zaledwie 160.000 pkt względem normalu (bonus za grę w ciężkich warunkach). Przy czym końcowy wynik może sięgać do kilku milionów (0becny rekord trochę ponad 5), a jest go zdecydowanie trudniej ugrać i ta pozorna przewaga niewiele daje. Jeśli widzę, że ktoś ma tyle samo punktów, ale zdobyte na innych poziomach trudności, to wiem że ten co grał na hardzie opanował grę dużo lepiej.

Jednak jest coś, a raczej czego w rankingach nie ma, a wyszło grze bardzo na plus. Nie ma wyników uzyskanych w grze parami i dzięki temu…. w końcu nie zepsuto trybu kooperacji!!! Nie udało się przy Wild Guns, nie udało przy Ninja Saviors i w końcu, W KOŃCU(!) zrobili to dobrze za trzecim razem! Każdy z graczy ma swoje punkty, swoje życia, nikt nikomu nie zawadza i gra się wybornie. „Na dwóch” bym powiedział, że jest nawet za łatwo, ale jak przyjemnie, gdy mkną koło siebie dwa huragany zniszczenia.

Względem oryginału poprawiono również kwestię fabularną. Zwłaszcza w stosunku do wydań europejskich, bo musicie wiedzieć, że na Starym Kontynencie pomiędzy kolejnymi planszami były tylko wstawki obrazkowe bez jakichkolwiek napisów. Zero wyjaśnienia „co się dzieje”. Teraz, na dobrą sprawę, cała historia jest napisana na nowo, z zupełnie nowymi ilustracjami, przerywnikami i jest ogólnie miodzio. Snucie opowieści jest na tyle istotne, że każda plansza ma przypisaną postać, która ją przemierza, bo tak wynika z fabuły! Oczywiście nie martwcie się, że nie pogracie sobie „po swojemu”. Po przejściu trybu „story” odblokujemy tryb „free play” i tam już normalnie wybieramy sobie herosa i lecimy nim do końca bez zbędnych przerw.

Nie będę się dalej rozpisywał, bo trzon gry opisałem już przy oryginale. Tu chciałem opisać jedynie najważniejsze zmiany i powiem tylko, że Pocky & Rocky Reshrined jest tworem kongenialnym przebijającym oryginał. Już wydanie SNESowe było grą świetną, ale tu wszystko jest po prostu jeszcze lepsze. Można mieć tylko ewentualnie za złe nowym heroinom nadmiar mocy górujący nad głównymi protagonistami. Wszystkim gorąco polecam obydwie wersje z naciskiem na tę najnowszą.

Retrometr

O Czarny Ivo 38 artykułów
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), hack n’ slash, mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, Nintendo 64, GameCube, Switch, Sega Mega Drive, PSX, PS2, PS3, PS4, 3DS i Amiga 500.