Recenzja | RTL Skispringen mit Martin Schmitt 2002 (PSX)

RTL Skispringen mit Martin Schmitt 2002Lata 2000 coś. Cała rodzina zbiera się przed telewizorem. Leć Adam, leeeeeć! Braaaawo! Obecnie sukcesy naszych skoczków narciarskich chyba nie cieszą się aż takim zainteresowaniem. Przyzwyczailiśmy się do faktu, że nawet w zawodach drużynowych udaje się im zdobywać medale, zaś indywidualnie rzadko wypadają poza trzydziestkę (chyba że komentator ich bardzo chwali, według mojej matki „niepotrzebnie pierdolił” i dlatego nie wyszło). Tymczasem kariera Adama Małysza była absolutnym na tamte czasy fenomenem, zaś sam skromny skoczek postacią kultową, czczoną w polskich domach niemal na równi z papieżem Polakiem. Gry o tej dyscyplinie sportu, głównie w formie niewielkich tytułów, podbijały wówczas peceta. U mnie w szkole tego nie było, ale często na memach widać, że lekcje informatyki rozpoczynały się biciem rekordów skoczni. Myszka wydawała się wręcz idealna do robienia telemarków. Tymczasem panowie z VCC Entertainment udowadniają, że na padzie też da się latać.

No właśnie. RTL Skispringen 2002 (nie jestem pewna, czy ten zapis tytułu jest poprawny, spotkałam się z kilkoma wersjami) to gra przeznaczona na rynek niemiecki, sygnowana nazwiskiem ich najlepszego w tamtym czasie skoczka. Na szczęście w opcjach istnieje opcja zmiany języka na angielski. Niby po szwabsku też się zrozumie, ale zawsze lepiej grać w cywilizowanym języku. Wcielając się w rolę skoczka mamy na start kilka opcji do wyboru. Możemy poćwiczyć skoki, ale też rzucić się na głęboką wodę (mamucią skocznię, hłe hłe) i wystartować w Turnieju Czterech Skoczni, skokach na mamutach albo od razu w całym Pucharze Świata. Do wyboru mamy jakiś stworzonych na potrzeby gry no name`ów lub tworzymy własnych skoczków – standardowo historia od zera do bohatera, mamy najgorszy i najbrzydszy sprzęt oraz określoną ilość punktów statystyk do rozporządzenia. Do tego kraj, wiek, waga i wzrost wedle naszego uznania. Co jest mega fajne to fakt, iż gracz może sterować aż ośmioma skoczkami (lub grać z ośmioma ziomkami równocześnie, whatever).

Dalej, zaraz będzie linia!

Jak wygląda sama mechanika skoku? Kiedy już jesteśmy blisko progu, powinniśmy wcisnąć strzałkę w dół i X. W czasie lotu robimy wszystko, by nasz skoczek się za bardzo nie gibał, zaś kiedy zbliża się do podłoża, wklepujemy strzałkę w górę i X. W zależności od punktów włożonych w lądowanie, normalnie wróci na ziemię lub popisze się efektownym telemarkiem. Towarzyszy nam także niewielki ekranik, który informuje nas o położeniu naszego sportowca i w powietrzu, i w czasie rozbiegu. Oczywiście na naszą efektywność wpływają także warunki pogodowe. W skokach narciarskich w 2002 roku nie panował jeszcze ten chory przepis o punktach za wiatr, więc musimy sobie radzić, choćby nam wiało w plecy (w tym wypadku wiatr w oczy, czy tam pod narty, raczej jest pożądany). Za to dość śmiesznie wyglądają upadki. Czasem po prostu skoczek ląduje i się wywraca na boku, ku współczuciu publiczności, czasem jakby zastyga w przykucu (śmierć w czasie defekacji, ot co).

Oczywiście po każdym naszym występie pojawiają się ekraniki takie jak w TV. Mamy noty od sędziów, punkty oraz ukazuje nam się pozycja, którą zajmujemy. Co ciekawe, jeżeli najdzie nas taka ochota, możemy w pełni wczuć się w zawody i obejrzeć je całe. Po wykonaniu skoków przez grywalne postaci przychodzi czas na naszych rywali. Możemy przyspieszyć to o 10 skoczków, ale i od razu dokonać symulacji danej serii i przejść do wyników. Jeśli jednak ktoś ma taki kaprys, może oglądać wszystkie występy – tutaj podobnie widzimy skok, noty, punkty i miejsce. Niby mało przydatna pierdoła, ale znam ludzi, którzy porywają się na rozgrywanie 90-minutowych meczów piłkarskich, więc może i amator turnieju się znajdzie? Fajnie, że można potem zobaczyć dokładną tabelę nie tylko z miejscami, ale i punktami. Dzięki temu możemy analizować, jak wiele brakuje nam do konkretnego miejsca lub spojrzeć z góry, na ile bezpieczną lokatę zajmujemy. Mimo wszystko rzadkością są jakieś fenomenalne comebacki, raczej zawody odbywają się w dość tendencyjny i przewidywalny sposób – jedynie my możemy totalnie sknocić drugi skok lub dokonać fenomenalnego sukcesu i wbić się w czołówkę po jakimś mocnym dołowaniu.

Nie tym razem…

Zajmijmy się tym, co jednak stanowi sedno rozgrywki – sezon! Oczywiście, w ramach tegoż, wspomniany Turniej Czterech Skoczni także rozegramy. Początkowo, kiedy jeszcze nie jesteśmy znani, startujemy w konkursach od eliminacji. Najpierw musimy dostać się do 50 najlepszych skoczków, potem do 30 i dopiero za zajęcie miejsca w niej otrzymujemy punkty. Zaczynać będziemy jednak w ogonach, gdyż nawet jeśli mamy super umiejętności (my czyli gracze, nie skoczkowie), ograniczenia w statystykach dadzą o sobie znać. Owszem, progres będzie widoczny, jednak dopiero z czasem uda nam się brylować, wykonywać efektowne skoki i stać nas będzie na kolorowe wdzianka. Zanim ruszymy na skocznię możemy obejrzeć asortyment sklepu sportowego (skorzystamy z niego dopiero, gdy zaczniemy zarabiać), wykupić trening, dobrze nawoskować narty. Ciekawy jest także podgląd warunków pogodowych, wedle którego wspomniane woskowanie możemy ustawić. Kiedy czujemy, że dopięliśmy wszystko na ostatni guzik, ruszamy skakać. Po kilku skokach, kiedy uda nam się coś w końcu zdobyć, mamy szansę na pierwszego sponsora. W zależności od sukcesów zaproponują nam konkretną kwotę, którą jednak możemy odrzucić. Bardzo fajny był dla mnie element losowy związany z naszymi zawodnikami. Czasem przed kolejnymi zawodami dostawaliśmy jakieś pieniądze, choćby od babci na urodziny, innym razem okazało się, że przekroczyliśmy prędkość i trzeba było oddawać ciężko zarobione hajsy (żegnajcie, ultra niebieskie narty!).

Skoro gra w swoim członie ma nazwisko Schmidta, nie powinno nikogo dziwić, że to właśnie on będzie stawał najczęściej na najwyższym stopniu podium. Owszem, z czasem powinno nam się udać go zdeklasować, ale Małyszowi raczej rzadko. W ogóle czołówka nie zmienia się zbyt często, z reguły są to te same nazwiska, zaś przy końcu spotkać będzie można często niejakiego Roberta Matejskiego… No, chyba że któryś z naszych upadnie, w przeciwnym razie raczej ten widok jest murowany!

Dzisiaj niedziela handlowa, można kupować strój

Warto dodać, że gra jest niesamowicie wciągająca. Kiedy już uda nam się osiągnąć jako taki poziom, możemy wystartować w kolejnym turnieju/sezonie, mając już cały sprzęt, splendor i pieniądze, na które zapracowaliśmy do tej pory. Dzięki temu gra sprawia więcej przyjemności i daje poczucie satysfakcji z wykonanej pracy. Jedną z opcji, jakie mamy, jest także podglądanie naszego rozwoju: możemy zobaczyć wszystkie nasze tytuły, liczbę zer na koncie oraz miejsce w ogólnej klasyfikacji. Podkreśla to ilość zajmowana na karcie pamięci. Aby zapisać sezon, należało zużyć aż trzy sloty, co na mojej 15Mb karcie wypadało monstrualnie i zmuszało do strategicznego zarządzania innymi save`ami. Teraz to pikuś na emulatorach, ale grając na szaraku, trzeba było liczyć straty i zyski. Tylko jak nie zapisać sezonu, kiedy w końcu udało się przegonić naszego Polaka Rodaka?

Kolejna rzecz, jaka wynika w naturalny sposób, czyli licencje. RTL Skispringen to taki trochę PES (z naciskiem na „trochę”). Martin Schmitt, który firmuje grę swoim nazwiskiem, występuje rzecz jasna jako on, jednak wszyscy pozostali skoczkowie mają nieco zmienione personalia, w stylu „przepisz tak, żeby facetka się nie domyśliła”. Nie wpływa to absolutnie na grywalność, ponieważ ich proporcjonalna jakość, jeśli chodzi o statystyki, została zachowana, w sumie to nawet nie wkurza (w grach piłkarskich jakoś działało mi na nerwy), za to gotowych skoczków nie można edytować i nie da się nimi grać. Pozostaje nam wyłącznie wcielenie się w nas samych lub twory naszej (chorej) wyobraźni.

To jest zmotywowany trener

Od razu mówię, że chociaż gra jest na PSX-ie bezkonkurencyjna, wynika to tylko z faktu, że jest jedyna. Nie powiem, bardzo mnie skoki wciągały, choć minęła mnie i Małyszomania i Stochomania i jakiekolwiek inne manie, przez które miałabym oglądać tę dyscyplinę w TV, tak właśnie konsolowa wersja niesamowicie jara. Niby cały czas jest to samo, bo tak naprawdę dojdziemy do momentu, kiedy wygraliśmy już wszystko raczej szybciej niż później (choć można też podnieść poziom trudności na wyższy), gdy cały sklep już mamy u siebie w garderobie (jak się okazuje, nie tylko kobiety kochają kupować buty) i w sumie dalej nie ruszymy. Słabe jest to, że nie można naszych postaci przenieść do gry na wyższym poziomie trudności. Jeżeli chcemy z niego skorzystać, musimy stworzyć nowych skoczków. Czyli znów, dawaj, od zera, oscylowania w granicy 50, do zadomowienia się w pierwszej dyszce i startowania dopiero w głównym turnieju.

Grafika w grze jest taka raczej średnia na jeża. Nie powiem, skocznie różnią się od siebie, ale pikseloza momentami jest ostra. Do tego wspomniany wcześniej upadek-kucek raczej wzbudza śmiech niż współczucie. Zdecydowanie nie jest to gra, która zestarzała się dobrze, szczególnie jak porównamy te większe gry o skokach na pececie, sygnowane nazwiskiem Małysza. Z kolei dźwięk… Nie wiem, czy kojarzycie, ale ostatnio modna jest taka psychodeliczna muzyka z płyty dołączanej do podręcznika chemii Nowej Ery. W bardzo zbliżonym stylu jest melodyjka z menusów RTL Skispringen, możliwe, że komponował ją ten sam autor lub wspomagał się tymi samymi specyfikami.

Właściwie skakanie ludzikami sprawiało mi zawsze ogromną radość. Jak już nieraz pisałam, grafika nie odgrywa u mnie roli pierwszorzędnej, w związku z czym nie przeszkadza mi także tutaj. Grywalność tytułu jest wysoka, dlatego uważam, że warto po niego sięgnąć, nie tylko w sezonie skoków. To już nie te emocje, co kiedyś, ale zawsze pozwala przypomnieć sobie piękne lata, kiedy nie byliśmy tak rozpieszczani przez kadrę tego zimowego sportu. Jestem przekonana, że po złapaniu mechaniki, co nie jest szczególnie trudne, przekona do siebie wielu graczy – chyba że ktoś nie lubi gier sportowych w ogóle, tutaj ciężko będzie o jakieś porządne argumenty. Za dobra na żółty znaczek, za słaba na medal, więc uczciwie będzie wystawić zieleniaka.

Retrometr

O Prezesowa 35 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.