Recenzja | Tony Hawk’s Underground 2: World Destruction Tour (PSP, PS2, PC, Xbox, GameCube)

Od dziecka, kiedy tylko dostały się w moje łapki gry na Szaraka z Tonym Jastrzębiem, zakochałam się w tej serii. Jak już mogliście przeczytać, nie byłam mistrzem ani nawet graczem mogącym z kimkolwiek rywalizować. Trochę pojeździłam, grę przeszłam na cheatach, zaś różne zadania udawało mi się przechodzić z mniejszym lub większym powodzeniem.

Przesiadka na peceta oznaczała dla mnie przejście na produkcje z dużo lepszą grafiką, bardziej przestrzennym światem i nieco niższym poziomem trudności – a przynajmniej takie miałam wrażenie, gdy porównywałam gry ukazujące się na komputer i jakąś inną platformę, czego przykładem może być egranizacja dwóch pierwszych części Harry’ego Pottera na wspomniane sprzęty. Ogromna zatem była moja radość, kiedy mój ojciec zdobył wydanego na trzech płytach nowego Tony’ego z podtytułem Underground 2. Czytałam swego czasu reckę pierwszej części z tej serii, której poziom wolności w grze tego typu wydawał mi się wręcz niewyobrażalny. Tymczasem do napędu mogłam wpakować drugą część, jak dotąd jedynego Tomka, którego udało mi się w całości sforsować, choć nie scalakować. Może nie była to bardzo łatwa przeprawa, ale zdecydowanie warta wysiłku!

Koło fortuny.

Underground 2 to dla mnie pierwszy Tony z jakąś logiczną fabułą. Pretekstową, bo pretekstową, ale zawsze! Nasz bohater zostaje porwany i wciągnięty w skejterski pojedynek między Tonym Hawkiem a Bamem Margerą, a w zasadzie to nawet ich całymi drużynami. Ta, która zwycięży zawody zwane World Destruction Tour, zgarnia wszelkie profity, zaś przegrani płacą rachunek za straty i podróże. Każdy z leveli poprzedzała świetnie animowana cut scenka, ważną rolę odgrywał nieszczególnie lubiany przeze mnie, wspomniany przed chwilą, Bam Margera, jednak to była kwestia ledwie drugorzędna. Na początek, nim wystartowałam z rozwałką, spędziłam przyjemne chwile w edytorze postaci, uznając, że gra beze mnie byłaby grą straconą :p. Po zabawie i stworzeniu lepszej wersji siebie, wbiłam do trybu Story. Zasadniczo schemat leveli wyglądał podobnie, jak choćby w czwartej części. Zagadywaliśmy do wyznaczonych ludzi, Tony’ego i innych skejterów, którzy zlecali nam odjechane zadania – choćby dostarczenie chorego w jak najszybszym czasie w konkretne miejsce – ale też mogliśmy wcielić się w postaci, które raczej nie kojarzyłyby się z grą sportową, a już na pewno nie z deskorolką. Przykładem może być choćby Beniamin Franklin (dawał radę, ani razu nie spadła mu peruczka!), czy gość nieco podobny do znanego z Piły Jigsawa. Najpierw musimy ich odnaleźć, a potem wykonać zadania dostępne jedynie specjalnym postaciom (część da się wykonać naszą postacią, ale najpierw musimy te zadania odblokować).

Ślizgi po rurkach, ogrodzeniach, czy rusztowaniach ciągle dobrze punktowane!

Na każdej planszy musimy także zaznaczać swój teren poprzez tworzenie graffiti, w tym także na największym billboardzie w danej miejscowości. Dotarcie do niego często stanowi podobną zagwozdkę jak odnajdywanie ukrytej kasety VHS w poprzednich częściach. Wydaje mi się, że ta różnorodność wpływa na poziom trudności. Możemy go sobie dawkować, ale ogólnie rzecz ujmując, THUG 2 jest przystępny także dla graczy, którzy nie są specjalistami w dziedzinie gier sportowych, czy w zasadzie jakichkolwiek innych. Należy jednak pamiętać, że po zdobyciu określonej liczby punktów, które dają nam dostęp do nowych plansz, musimy jeszcze czasem wykonać jakieś zadanie specjalne, bez którego fabuła nie ruszy. Nie są to może kosmiczne questy, ale czasem zatrzymają nas nieco dłużej w danym miejscu.

Naszym celem jest zrobienie możliwie największej demolki na świecie. Dlatego zasadniczo spora część zadań odnosić się będzie do niszczenia pewnych miejsc lub rzucania w ludzi przedmiotami. No właśnie, jako że możemy sobie hulać z deską w ręku, zyskujemy dużo lepszą sterowność nad postacią. To sprawia, że łatwiej nam przycelować w jakiegoś delikwenta, np. pomidorem. Co ważne, zadania są bardzo zróżnicowane. To już nie pierwsze trzy części, gdzie bycie mistrzem manuala pozwala nam ukończyć tytuł bez większych trudności. Tutaj trzeba będzie wykazać się znajomością całej gamy tricków, żeby sprostać wymaganiom wybranych postaci. Pomijam już fakt wzmiankowany wyżej, że niektóre zadania mogą wykonać tylko goście specjalni, gdyż posiadają inny sprzęt niż dechę. Co ważne, czasem niektóre questy będą nam otwierać drogę do innych, kiedy to przyjdzie nam zniszczyć jakiś fragment budynku, by uzyskać dostęp do kawałka lokacji. Naprawdę, czuć ogromną swobodę w eksploracji, równocześnie nie będąc przytłoczonym. Właśnie opcja niszczenia pewnych przedmiotów jest bardzo rajcująca, bowiem często u poprzedniczek dziwiło mnie to, że skejterzy po prostu odbijali się od jakiegoś przedmiotu, który naturalnie by strącili.

Uliczkę znam w Barcelonie! I w każdej innej mieścinie zawartej w grze…

Leveli jest całkiem sporo, każdy z nich odpowiednio rozbudowany. Niektóre do rozwoju wymagają wykonania konkretnych questów, inne z kolei dają nam dostęp do ciekawych miejsc dzięki użyciu sprytu i spostrzegawczości. Ze wszystkich plansz najbardziej podobała mi się ostatnia, czyli Skateopia. To całkiem spora dawka ramp w terenie górzysto-łąkowym, dające całą masę możliwości. Do tego klimatu idealnie pasuje odnalezienie Wielkiej Stopy, który także, po wykryciu jego lokum, będzie ogarniał dla nas zadania. Bardzo podobał mi się także Berlin, choć nie jestem sympatyczką naszych zachodnich sąsiadów. Całkiem ciekawa plansza, dająca możliwość sterowania gościem na wózku. Może nie kojarzy się mocno z Niemcami, ale jest kawałek sporego muru, więc można uznać ;). Natomiast jakoś nie do końca przypadła mi do gustu Australia. Może dlatego, że kilka zadań zatrzymało mnie tam na dłużej, może z kolei wpływ miały moje negatywne skojarzenia z tym krajem (wielgachne pająki, brrr!), w każdym razie czekałam jedynie na moment, kiedy się stamtąd wydostanę.

Prawda, że piękna panorama?

Czy też tak czasem macie, że odpalając jakąś grę z otwartym światem zamiast wykonywać misje, wozicie się po mieście i zajmujecie totalnie niepotrzebnymi bzdetami? Jeżeli odpowiedź na to pytanie była twierdząca, z pewnością będziecie się w THUG 2 świetnie czuć. Można sobie pochodzić, pojeździć, oznaczyć teren własnym tagiem oraz naklejką, które również da się kustomizować. Łapałam się wielokrotnie na tym, że odpalałam tę grę między innymi zajęciami właśnie po to, żeby się zrelaksować. Co ciekawe, w innych częściach Tony’ego nie korzystałam z opcji free ride, zatem nie jest to tryb, który zachwycałby mnie sam w sobie. Tymczasem właśnie wielość opcji w omawianym tytule absolutnie mnie zachwycała. Zresztą, większość tego opisu to właśnie story mode, a warto wspomnieć, że pozycja oferuje jeszcze kilka innych opcji. Gra wraca do znanego i lubianego classic mode, pozwalającego nam na nowo startować w jeździe trwającej dwie minuty i polegającej na wykonaniu jak największej ilości zadań przy nieskończonej liczbie powtórzeń. Znów pojawiają się nasi dobrzy „znajomi”, czyli kaseta VHS oraz literki tworzące wyrazy skate oraz combo. Na planszy rozsiane są również punkty statystyk, których zdobycie pozwala nam ulepszyć umiejętności naszego jeźdźca. Warto dodać, że omawiany tryb zawiera więcej leveli, w tym również ukryte, a zatem po rozwaleniu świata można przystąpić do dalszego działania.

Ooo, nowy robotnik! Gdzie masz kask?

Sporo dobrego można powiedzieć o warstwie audiowizualnej. Nieco padło w kontekście rozbudowania poszczególnych plansz. Należy jednak dodać, że na każdej z nich znajduje się mnóstwo różnych elementów, niemal wszędzie da się robić jakieś tricki, często związane właśnie z danym przedmiotem. Sporo elementów kustomizacji, przy moim pierwszym pecetowym podejściu grałam gościem z papugą na ramieniu. Całość jest kolorowa i intensywna. Miałam z kolei wrażenie, że muzyka zeszła nieco na drugi plan. Jakoś wożąc się po świecie często mi umykała, nie nadawała takiego rytmu, co w poprzednich częściach. Tymczasem, kiedy odtworzyłam sobie poszczególne piosenki w menu opcji, okazało się, że jest tam całkiem sporo dobrej muzy. Polecam zatem zmienić nieco głośność muzyki i dźwięków towarzyszących w grze, inaczej wiele kawałków może Wam przejść koło nosa, a szkoda – przy takiej różnorodności każdy znajdzie coś dla siebie. Wśród wykonawców między innymi znajdziemy Faith no More, The Doors, The Suicides Machines, kilka zespołów, które mi kompletnie nic nie mówią, ale utwory mają niezłe.

Tony Hawk`s Underground 2: World Destruction Tour

wersja na PSP o tytule Tony Hawk’s Underground 2: Remix daje radę

Zanim przejdę do zakończenia, kilka słów jeszcze musi paść o wersji na PSP. Zaznaczyłam w tytule, że ta gra wyszła również na kieszonsolkę Sony, ale to nie do końca prawda. Otóż posiadacze tejże otrzymali grę pt. Tony Hawk’s Underground 2: Remix. Wszystko co wcześniej padło znajdziemy i tutaj, jednak przenośna wersja posiada kilka dodatkowych leveli. Nie wydłuża to gry o niestworzoną ilość godzin, ale na pewno pozwala nam dłużej cieszyć się przygodami znajomków Tomasza lub naszą własną, wypasioną postacią. Podobnie jak podstawka posiada multiplayer, pozwalający na dość sporą liczbę różnych zabaw, jednak to chyba jeden z tych tytułów, gdzie single daje dużo więcej satysfakcji. Przy okazji wspomnę, że na PS2 i Xboxie dało się grać nawet w osiem osób! Jeszcze w temacie PSP, nigdy nie sterowało mi się tak dobrze w tej grze, jak właśnie na wspomnianej konsoli. Trochę się bałam, że z racji istnienia jedynie triggerów odpowiadających L1 i R1 może być ciężko, ale okazało się, że twórcy sprytnie ustawili sterowanie pod taki kontroler/konsolkę. Co prawda z gry usunięto również niektóre scenki i teksty, ale uwierzcie mi, że w ogóle tego nie odczujecie.

Pain! – Jimmy eat world

Ogólnie Tony Hawk Underground 2 bardzo przypadł mi do gustu. Przeszłam go jako gimbus na pececie i jako stara dupa na PSP. Za każdym razem miałam tę samą frajdę, może i nawet nieco większą, bo sterowanie idealnie mi siadło i mogłam grać w łóżku, lepiej być nie mogło. Świetna grafika, dobra muzyka (wrzucam mój ulubiony kawałek z gry), nowe tricki i niższy poziom trudności. Dla mnie hit. Nie jestem w stanie powiedzieć jaki nastąpił progres względem poprzedniczki, gdyż w jedynkę jeszcze nie zagrałam, ale pewnie kiedyś nadrobię, jeżeli tylko czas i obowiązki pozwolą. Może ta ocena kogoś zbulwersuje, z racji tego, że spora część Czytelników i Redaktorów to fani pierwszych części [znam adres -stop- zbieram chętnych -stop- mam pochodnie -stop-/Nacz.Os.Repip;] dla mnie ten tytuł zasługuje na medal. Grywalność rewelacyjna, regrywalność także. Jak już się nacieszycie najnowszym Tony Hawk’s Pro Skater 1+2, sięgnijcie po Undergrounda 2, nie pożałujecie!

Retrometr


PS. Zdjęcia pochodzą głównie z MobyGames.
O Prezesowa 35 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.