Recenzja | Zendoku (PSP)

Kilka lat temu do naszego kraju trafiła moda na kolejną grę logiczną. Powstałe w Japonii, choć wymyślone przez Amerykanina sudoku jest prostą łamigłówką, w której za zadanie mamy użycie cyfr od 1 do 9 w kwadracie podzielonym na dziewięć części. Cyfra może wystąpić tylko raz w pionie, poziomie oraz mniejszym kwadracie. Poziom trudności zależy od ilości cyfr ujawnionych na początku. Gra bardzo odpręża, przydaje się, kiedy chcemy pobudzić do ruchu nasze szare komórki lub nudzi nam się na zebraniu, zajęciach czy innej radzie pedagogicznej. Jako że jednak nie zawsze da się dyskretnie wyjąć książeczkę wielkości wydawanych krzyżówek, powstało sporo gier sudoku, najczęściej mobilnych. Tym bardziej trudno uwierzyć, że udało się na bazie łamigłówki stworzyć grę przypominającą w pewnych elementach nawet RPG.

Ayumi już wie, że coś się dzieje…

Jak to w ogóle możliwe? Tak nietypowy z pozoru projekt stworzyło w 2007 roku Zoonami, zaś wydawcą była jedna z moich ulubionych firm, Square Enix. Możemy zagrać w klasyczne sudoku, o którym padło nieco słów wyżej, jest to osobny tryb, ale też skorzystać z czegoś w rodzaju story mode znanego z wielu świetnych bijatyk. Wybieramy sobie jedną z dostępnych postaci (jest ich sporo, choć różnicy raczej nie odczujemy), poznajemy jej historię i kiedy tylko pojawiają się w niej jacyś inni ludzie, dochodzi do konfrontacji. Przed nią jest jeszcze mega ambitna wymiana zdań o tym, że nas załatwią. Otrzymujemy planszę, na której zamiast cyfr znajdują się symbole. Kiedy tylko uda nam się uzupełnić rząd lub kwadracik, wykonujemy coś w rodzaju ataku. Rywal może się obronić, jeśli w tym czasie użyje symbolu, który w jego przypadku uchodzi za szczęśliwy (będzie o tym nieco dalej), lecz gdy to się nie uda – czeka do jedna z kilku mini gierek. Może to być odsuwanie z ekranu snopów siana i kłód, otwarcie drzwi przez kręcenie analogiem czy choćby rozwijanie bardzo długiego zwoju. Przez ten czas gra się nie zatrzymuje, osoba, która zaatakowała nadal ma dostęp do planszy i może ostro zaszaleć, gdy przeciwnik zacznie się guzdrać. Zasadniczo oczywiście wygrywa osoba, która szybciej uzupełni planszę, jednak właśnie mocne i skuteczne ataki mogą w tym bardzo pomóc, gdyż przeciwnik nie wykona ruchu, dopóki nie uwolni się od upierdliwej gierki.

No właśnie, żeby była jasność, każdy z naszych wojowników ma jakiś cel wędrówki. Dla jednych jest to odnalezienie prawdziwej miłości, dla innych zdobycie mistrzostwa w walce. Każdy bohater to wojownik, który oprócz głównej linii fabularnej (questów) ma również dostęp do innych opcji. Powiedziałam już o tym, że w grze pojawiają się mini gierki. Im bardziej mamy rozwinięte umiejętności, tym cięższe skutki będą one niosły dla rywala. Jeżeli uda nam się wyćwiczyć odpowiednio choćby w zadawaniu ciosów (kiedy to my się bronimy, musimy ustawić wskaźnik w miejscu, w które leci cios bądź kopniak), przeciwnikowi dużo dłużej zejdzie obrona i dostaniemy więcej czasu na zrobienie ruchu w czasie niemocy rywala. Jedyna opcja na uniknięcie tego to właśnie skorzystanie ze szczęśliwego atrybutu. W grze zamiast cyfr mamy znaczki: gość sumo, smok, panda, znak ying-yang, słońce, domek, miecz, parasol oraz serce. Każda postać ma jeden główny atrybut, szczęśliwy znak. Kiedy więc mamy osiem cyfr w rzędzie i jako ostatni wskażemy ten atrybut, a w tym samym czasie nasz przeciwnik nas atakuje (widać to u dołu ekranu), robimy coś w rodzaju kontrataku. Ta mini gierka, która miała stać się naszym udziałem, musi zostać zagrana przez AI lub żywego rywala, jeśli wybierzemy opcję multiplayer. Działa to też oczywiście w drugą stronę i to my możemy zostać podobnie załatwieni. Jest jeszcze jeden ważny element gry. Gdy wstawimy symbol w miejsce, gdzie nie powinno go być, czyli najzwyczajniej w świecie się pomylimy, do rywala trafia serduszko. W ten sposób dostaje on z automatu kilka symboli na planszy, które zostają wstawione w odpowiednie miejsca.

Tak, to jest jedna z mini gierek

Nasi bohaterowie są w porządku, ale nie nazwałabym ich szczególnie zapamiętywalnymi. Ot, kilkoro wojowników, którzy różnią się wyglądem i wybranym atrybutem, sama rozgrywka nie ulega zmianie (może tylko kolejność przeciwników i dialogi, które się przeklikuje, bo są drętwe). Całość (przyznaję, z zapisywaniem gry na emulatorze) udało mi się przejść jako Sonny. Teraz gram innymi postaciami, ale nie dlatego, by poznać ich losy, ale ze względu na to, że uwielbiam sudoku jako takie. Ta gra mnie relaksuje i wprowadza w syndrom „jeszcze jednej walki”. Nakręca nieco bardziej niż to papierowe, ponieważ tutaj tempo faktycznie ma znaczenie. Czasem będziemy ryzykować i wstawiać znaki w losowe miejsca, widząc, że rywal prze na nas. Czasem i przeciwnik się potknie, co daje wrażenie obcowania z kimś żywym. Kiedy pokonamy kilku znaczących typów (oraz typiar), mierzymy się z naszym mistrzem, którego później też możemy wybrać jako postać grywalną.

Zapewne wielu z was spotkało się ze stwierdzeniem, że coś jest tak głupie, że aż śmieszne (od narodzin aż do śmierci, pozytywnie…). Tak właśnie można opisać mini gry, które tu występują. Nie mam pojęcia co brali twórcy, ale z pewnością jest to większy syf niż siejące spustoszenie dopalacze. O kilku gierkach już pisałam, ale co powiecie na odganianie myszy piszczącym kotem? Mamy wydawać nim dźwięki, aby gryzonie zniknęły ze sceny. Innym razem pojawiają się samuraje w pełnej zbroi, których musimy… strącić wachlarzem. Wachlujemy, a oni kolejno się przewracają. Przy wspomnianej akcji z ciosami widzimy w oddali przeciwnika i lecące w naszą stronę stopy lub zaciśnięte pięści. Jest w tym coś dziwnego, ale równocześnie wciągającego. Najbardziej nienawidziłam, kiedy musiałam napastować analog, by otworzyć drzwi lub przekręcać zwój w nieskończoność. Z przyjemniejszych chyba najlepiej wspominam piłowanie, ewentualnie walenie pięścią w kawałki papieru lub kafelka. Dostajemy jakąś tabliczkę, a przy niej łańcuch lub łańcuchy i mamy ruszać prawo/lewo lub góra/dół, by je przepiłować. Zapamiętajcie też jeden trick – kiedy widzicie, że kończycie przechodzenie mini gierki, a w tym samym czasie leci kolejny atak, przeczekajcie go. Inaczej zaraz po jednej czeka nas kolejna przeprawa.

Sonny vs Chuck Norris

Fajnym trybem jest także zen. Tutaj mamy sudoku ze znaczkami, ale w trybie single player. Dostajemy 15 minut rundy, wybieramy sobie poziom trudności i gramy na punkty. Nie wykonujemy ataków. Za konkretne ruchy i czas dostajemy określoną liczbę punktów, zaś nasz szczęśliwy znak zamraża czas na ileś sekund. Jednakże, tutaj pomyłki są odnotowane tylko wtedy, kiedy umieścimy znak w rzędzie, w którym się znajduje. Jeśli popełnimy błąd wcześnie, może się okazać, że odkryjemy to dopiero pod koniec rozgrywki. Niby można to cofnąć (skrócony czas i odjęte punkty), ale zwykle okazuje się, że jest już za późno i nie wiadomo czego się chwytać. Przyznaję, że to moja druga ulubiona opcja po queście. Ćwiczenia do migi gier w dojo dają mega efekt, ale są niesamowicie męczące nawet na najmniejszych poziomach. Frustrują i bolą po nich palce (musiałam odczekać chwilę, nim zasiadłam do pisania recenzji).

Istnieje jeszcze opcja multiplayer, jednak posiada znaczącą wadę – mało kto w to gra. Niby można połączyć się z internetem i szukać rywali, jednak graniczy to z cudem. Przyznaję, że kupiłam tę grę dopiero po wielu latach od debiutu, jednak jak widać, nie będzie to klasyk, w którego ludzie zagrywają się latami. W sumie też nie jest to szczególnie popularna pozycja. Przypadkowo ją dopadłam na serwisie aukcyjnym, zaintrygowana okładką (lubię klimaty Chin i Japonii oraz walk) postanowiłam kupić. Pieniędzy wydałam mało, ale satysfakcję mam ogromną. Chyba muszę ją komuś sprezentować, bo inaczej pozostanie mi samotne odkręcanie wrót.

Fuck yeah!

Grafika jest mocno in plus. Nasze postaci reagują na to, co dzieje się na ekranie. Kiedy zadajemy cios, odczuwają radość, gdy z kolei sami szykują się do obrony, widać na ich licach istną trwogę. Gdy już dostaną w czambo, nad ich głową pojawiają się gwiazdki lub symbol ataku, który wykonaliśmy. Do tego różne plansze mają coś w rodzaju nieco innego tła. Jedyny problem chyba miałam z tym, że jakoś szybciej na planszy ogarniałam, której brakuje cyfry niż symbolu. Kiedy trzeba działać szybko, a tak jest na dalszych etapach, myliły mi się często ying-yang z pandą przez wzgląd na podobne barwy (podobne kolory ma też miecz i parasolka, ale kształt zupełnie inny, więc jest łatwiej). Muzyka daje radę, czuć wschodnie klimaty. Podobnie jest z udźwiękowieniem ataków, syków postaci i mini gierek. Niewątpliwie nie jest to coś, co odpalicie sobie potem na YouTubie, ale to nawet lepiej, bo nie przeszkadza w skupianiu się na myśleniu.

Może Zendoku nie jest idealne, ale to najlepsze sudoku jakie znam. Lubię, kiedy moje działanie ma jakiś cel i chociaż tutaj jest  on dodany na siłę i tak mi się podoba. Ekstremalne mini gierki, dziwne postaci, wstawianie symboli w odpowiednie miejsca. To naprawdę może się podobać. Myślę, że dla fanów sudoku będzie to ciekawa opcja, gdyż dochodzi w niej element rywalizacji bardziej żywy i emocjonujący niż zwykłe rankingi czasowe. Z kolei trudno mi stwierdzić, jak przyjmą to gracze, którzy nie mają ochoty na myślenie. Podobnie jak wariacje szachów nie przekonają laików tego sportu, tak i sudoku z bajerami nie przekona sceptycznie nastawionych do niego ludzi. Myślę, że uczciwie będzie postawić żółty znaczek, lecz jak ktoś lubi sudoku (w tym ja), spokojnie może potraktować to jako zieleń. Ewentualnie jeśli ma zaburzenia w postrzeganiu kolorów ;-).

Retrometr


Ciekawostki:

  • gra wyszła także na Nintendo DS
  • w trybie multiplayer istnieje także opcja kooperacji, w której dwóch graczy może razem rozwiązywać łamigłówki. Jak już padło, mnie się nie udało nikogo znaleźć do wspólnej rozgrywki, niemniej powołuję się na tych, co byli i widzieli.

O Prezesowa 35 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.