Zapomniane Szpile #6 | Propeller Arena

Co tam, ludziska? Zrzuciliście już zbędny balast w postaci kilogramów po świątecznej wyżerce? Jeszcze nie? To radzę to zrobić – i to szybko. W turnieju, który Was czeka każdy kilogram będzie na wagę złota. Dzisiejszy szpil, jak bardzo zapomniany by nie był, jednogłośnie zasługuje raczej na miejsce w cyklu „Porzucone Szpile”. 11 września 2001 roku zapisał się w historii współczesnej czarnymi zgłoskami jako (miejmy nadzieję) najbardziej dramatyczne wydarzenie 21. stulecia. Ogrom wpływu, jaki te siedemnaście minut wtorkowego poranka miało na świat, trudno jest sobie wyobrazić. Oberwało się nawet branży elektronicznej rozgrywki, gdzie kilkanaście, planowanych na tamten okres gier (m. in. legendarne GTA III) zostało przesuniętych i zmodyfikowanych. Jedna gra została też anulowana. Dzisiejszy odcinek poświęcony zostanie niewydanemu Propeller Arena: Aviation Battle Championship.

Propeller Arena: Aviation Battle Championship

Platforma: Sega Dreamcast
Rok: 2001 (niewydana)
Produkcja/Publikacja: AM2/Sega

Propeller Arena to tytuł nastawiony przede wszystkim na aspekt sieciowy. Centrum rozgrywki skupia się na powietrznych bitwach lotniczych z innymi graczami bądź komputerem. W roku 2045 ośmiu dumnych śmiałków staje w szranki o zwycięstwo w turnieju, które przypieczętuje, kto jest prawdziwym mistrzem awioniki. Przedmiotowy szpil jest bardzo mocno zakorzeniony w pionierach gatunku, który sobą reprezentuje. Najprościej opisać go frazą „Quake 3: Arena w samolotach”. Dynamika rozgrywki i jej przystępność przywodzą na myśl właśnie tego klasyka.

W opisywanej dzisiaj grze weźmiemy udział w szeregu bitw na jednej z ośmiu, różnorodnych tematycznie plansz. Gra jest mocno arcade’owa, co wbrew pozorom, biorąc pod uwagę, że skupia się na samolotach, wcale nie jest jej wadą! Samolotami lata się bardzo przyjemnie, a poznanie klawiszologii i możliwości naszych statków powietrznych zajmuje dosłownie chwilę. Na pochwałę zasługują praktycznie zerowe czasy ładowania. Po wybraniu planszy niemal natychmiastowo rzucani jesteśmy w wir batalii i równie szybko, jak zostaliśmy w nią rzuceni, przyzwyczajamy się do sterowania i oklepanych jak Golf pod remizą zasad. Miłemu zestrzeliwaniu wrogich maszyn towarzyszy rewelacyjny, nowatorski na tamte czasy system ‘dogfight’. Jest to pojęcie definiujące moment, w którym jedna z maszyn, próbując ustrzelić wroga, podąża za nim w bezpośredniej bliskości, próbując przechytrzyć przeciwnika manewrem, który pozwoli na oddanie celnego strzału. Zostało to zrobione rewelacyjnie, iście filmowo! Kamera zbliża się ku dziobowi naszego samolotu i mamy okazję podziurawić poszycie kadłuba naszego przeciwnika. Nikt nie odtworzył tego rewelacyjnego systemu aż do momentu premiery Ace Combat: Assault Horizon, wydanego przeszło dekadę później. Nawet największy żółtodziób może dziś w okamgnieniu poczuć się jak prawdziwy awiator, dla którego szczelnie zamknięta szklaną owiewką kabina samolotu to środowisko naturalne, a w powietrzu czuje się, jak ryba w wodzie.

Wybierać możemy spośród ośmiu, mocno kontrastowych person, które oblatują jedną z czterech, wzorowanych na prawdziwych, legend lotnictwa Drugiej Wojny Światowej. Będziemy mieli okazję wcielić się na przykład w byłego pilota USAF, weterana Wojny w Zatoce Perskiej, grubego gościa, któremu ojciec za wygraną w turnieju obiecał… prawdziwy czołg, albo na przykład seksowną frontmankę dziewczęcego bandu. Odmienność charakterów naszych asów przestworzy jest imponująca, ale jednocześnie wszyscy skupiają się na dwóch, identycznych obiektach – lotnictwie i wygranej w turnieju. Postaci są groteskowe i bardzo stereotypizowane. Amerykanin będzie zachowywał się bardzo dumnie, grubcio od pizzy przypomina zwyczajnego nerda, lala od girlsbandu też nie odkrywa sobą niczego nadzwyczajnego – zachowuje się, jak lala od girlsbandu. Podczas lotu wszyscy bardzo fajnie komentują poczynania swoje i swoich przeciwników. Wszyscy zdają się czerpać niesamowitą frajdę z tego brutalnego sportu, w którym uczestniczą.

Do wyboru mamy cztery maszyny. Do każdego z dostępnych pilotów przypisano po jednym modelu klasycznych bojowych samolotów okresu II WŚ. Tak przyjdzie nam polatać legendarnym „Mustangiem” P-51, uznanym za jeden z najdoskonalszych samolotów w historii, dwukadłubowym P-38 („latającą ramą”), niemieckim Messerschmittem Bf 109 i równie ikonicznym, brytyjskim „Spitfire”. Każda z tych konstrukcji odcisnęła trwały ślad na historii świata i niejednokrotnie przeważała szale zwycięstwa całych państw w tym globalnym, zbrojnym konflikcie. Dostępne myśliwce cechują różnice w zachowaniu – niektóre są szybsze od innych, a niektóre lepiej radzą sobie przy uskutecznianiu skomplikowanych śrub i korkociągów podczas podniebnych potyczek. Sterowanie samolotami nie sprawia trudności, jest przystępne i bardzo przejrzyste. Mnie, miłośnika wszelkich symulacji osobiście brakowało możliwości sterowania orczykiem. Podczas wychylenia samolotu na jedną ze stron, aby wykonać zwrot, orczykiem można dodatkowo pogłębić efekt i zmniejszyć promień nawrotu. Można łatwo wyodrębnić prawdopodobną przyczynę braku tego jakże istotnego elementu pilotażu – niewystarczająca ilość przycisków na kontrolerze Segi. Znane z PlayStation Ace Combat mogło bez problemu funkcję orczyka zaprezentować dzięki podwojeniu ilości przycisków L i R.

Podobnie jak osobowości pilotów, lokacje również obfitują w zróżnicowanie. Myśliwskie walki stoczyć można na jednej z ośmiu dostępnych plansz. Wśród bitewnych aren dostępny jest m. in. obszar kosmodromu albo teren średniowiecznego zamku, pełnego niebezpiecznych baszt i wiaduktów, lawirowanie między którymi wymagać będzie nie lada zręczności. Poza tym, zestrzelimy kilka wrogich maszyn nad wulkaniczną wyspą podczas jednej z erupcji, a także w „Czerwonej Dolinie” Nevady, pełnej osobliwych formacji skalnych, charakterystycznych dla tamtego rejonu. Dostępny jest też obszar podbiegunowego lodowca, a nadto walka toczyć może się poza zasięgiem wzroku naziemnych obserwatorów, bo ponad warstwą wysokich chmur. Jest też jedna plansza, która przesądziła dramatyczny w skutkach los owej produkcji, a mianowicie – miasto wieżowców. Niestety, ale przypadkowa zbieżność tematyki walk w mieście i wydarzeń z Nowego Jorku, a nadto słaba sprzedaż samej konsoli znacznie wpłynęła na prognozy sprzedaży tej gry, którą ostatecznie wycofano przed premierą. Na szczęście ostały się w kwaterach AM2 ukończone nośniki, które przeciekły do sieci, umożliwiając szerszej publice zapoznanie się z tą grą. Fuck you, Osama!

Poza samym trybem mistrzostw możliwe jest odegranie szeregu wyzwań, polegających m. in. na zestrzeleniu samolotów, czy innych obiektów w określonym czasie, zebranie obręczy, ułożonych w ustalony sposób na planszy, pozyskanie wszystkich, rozsianych po mapie znaczków i wykonanie wskazywanych na ekranie tricków poprzez wciskanie kombinacji kierunkowego analoga i przycisku X. Urozmaica to nieco rozgrywkę, ale jest tego zbyt mało i jest to bardzo powtarzalne. Po niedługiej chwili byłem znudzony tymi wyzwaniami i wróciłem do trybu mistrzostw. Nie bez kozery gra była nastawiana na rozgrywkę sieciową z wykorzystaniem nawet headsetów, co było niesamowicie nowatorskie na tamten okres i okazało się kierunkiem, który kilka lat później obierze lider konsolowych rozgrywek sieciowych, microsoftowy Xbox. Gra z komputerem nudzi bardzo szybko. Na szczęście można grać lokalnie, korzystając z dobrodziejstwa czterech slotów na kontrolery w konsoli Dreamcast. Kanapowy deathmatch sprawia niesamowitą frajdę i idealnie spisuje się na posiadówy z kumplami czy domowe imprezy ze znajomymi. Szkoda, że gra nie doczekała się premiery, aby móc pokazać pazur na internetowych serwerach. Phantasy Star Online cieszyło się niesamowitą popularnością, a taki arcade’owy shooter był dokładnie tym, czego potrzebowała ta konsola, aby przedłużyć jej lifespan.

Od strony wizualnej nie można Propeller Arena niczego zarzucić. Stworzona przez ekipę odpowiedzialną za produkcję Shenmue, gierka ta pracuje na bliźniaczym silniku graficznym, dzięki czemu zarówno postaci pilotów jak i modele maszyn są zrobione bardzo szczegółowo i cieszą oko. Malowania naszych statków bojowych odpowiadają tematycznie ich właścicielom i bardzo fajnie definiują ich kontrastywny styl. Całość działa w pięknych sześćdziesięciu klatkach na sekundę. Efekty towarzyszące rozpruwanym gradobiciem kul poszyciom maszyn bojowych również zasługują na pochwałę – jest filmowo, efektownie, widowiskowo. Dźwięk w grze opiera się głównie na wypowiedziach poszczególnych pilotów, które zostały nagrane bardzo sztampowo i „budżetowo”, zupełnie jak voice-acting w Shenmue. Dodaje to całości szczypty klimatu, który jest bardzo specyficzny dla tego typu „automatowych” gier. Poza samymi oblatywaczami w grze usłyszeć można głos „komentatora” zawodów, który na bieżąco opowiada, kto ma kogo w zasięgu szczerbinki karabinów, kto depcze komu po piętach i kto właśnie leci na spadochronie w kierunku lądu, katapultowany z palącego się wraku. Muzycznie gra miecie – zwariowanym powietrznym walkom towarzyszy świetna, punkowa, licencjonowana muzyka ekip takich, jak Consumed, Zero Down, No Use for a Name, Mad Caddies, i Rise Against. Idealnie wpasowuje się ona w klimat rozgrywki i zagrzewa do jeszcze zacieklejszej rywalizacji o mistrzostwo.

Retrometr

Propeller Arena to bardzo dobry produkt. Robi to, czego od dawna nie było, a co jest bardzo przyjemne i lubiane, czyli lekka i prosta gra lotnicza, która dodatkowo łączy ze sobą to, co najlepsze w dynamicznych strzelankach pokroju Quake czy Unreal Tournament. Niestety, w szpila tego grać najlepiej z innymi, żywymi istotami i to właśnie w tym celu polecałbym zapoznawać się z grą. Granie w samotności nudzi nadzwyczaj szybko, głównie ze względu na znaczną powtarzalność, mały wybór plansz i samolotów i praktycznie zerową ilość możliwych do odblokowania trybów gry bądź plansz/samolotów. Jeżeli chcecie grać sami, to rozważcie inne pozycje na tę konsolę. Jeżeli szukacie gry na imprezę bądź wieczór z kumplami przed konsolą, gdzie po kilku piwkach nie będziecie już zwracać uwagi na pewne uproszczenia i niedociągnięcia – zdecydowanie polecam!

Szósty etap „Zapomnianych Szpili” za Wami, a wy nadal. Zdechniecie w końcu, czy jak? Bo kolejka do automatu stoi już na zewnątrz! Jeszcze z pięć minut i wyniosą was w diabły i zabronią wstępu do samych wakacji!

Inne artykuły:

Recenzja | Crazy Taxi Offspring w głośnikach, taryfa lśni, a klient rozsiadł się na tylnej kanapie - pora włączyć licznik i zarobić trochę kasy! Dreamcast ma na sobie ła...
Recenzje | Genetos, Pixel Ships, Amanagi Witamy w kolejnym odcinku SPUSToszenia! Po odcinku pilotażowym z genezą shmupów oraz recenzjami paru przyjemnych darmowych strzelanin przeskoczyliśmy ...
Przegląd | Seria CONTRA na NES Dawno nie było nic na popularnego w Polsce Pegazusa? To dzisiaj seryjnie Contrujemy! Kontratakujemy wraz z dwójką legendarnych bohaterów prosto od Kon...
O Makaveli 11 artykułów
Redaktor. Ulubione gatunki: Wszystko poza strategiami. Wyjadacz serii Gran Turismo. Lubi przyciąć od czasu do czasu w jakiegoś crapa, którego kupiło 5 osób, z czego trzy od razu wywaliło na śmietnik. Posiadane platformy: PS, PS2, PS3, PS4, DC, GCN, Wii