Recenzja | Clock Tower

clockminiWrzesień 1976. Jennifer Simpson – 15-letnia wychowanka norweskiego sierocińca – wraz z trzema przyjaciółkami zostaje adoptowana przez rodzinę Burroughów. W towarzystwie ich przewodniczki, pani Mary, przestępują próg ich rodowej rezydencji, zwanej Wieżą Zegarową ze względu na wyróżniającą ją wielką konstrukcję czasomierza. Niestety, krótko po tym słuch po matronie ginie, a willa staje się dla młodych dziewczyn śmiertelną pułapką, gdy po jej korytarzach zaczyna grasować uzbrojony w sekator karzeł…

 Na ziemi Burroughów

Gdyby zaszufladkować Clock Tower do jakiejś przynależności gatunkowej, byłby to survival horror o mechanice przygodówki point’n’click – co samo w sobie stanowi nie lada ewenement, bo i horrorów, i przygodówek w zasadzie na SNESie nie uświadczysz. Założenia gry wydają się na pierwszy rzut oka proste. Kierując poczynaniami Jennifer, musimy uciekać przed naszym „metr pięćdziesiąt w kapeluszu” prześladowcą, w miarę możliwości uratować nasze przyjaciółki i opuścić teren posiadłości z głową wciąż przytwierdzoną do szyi. W zależności od tego, jakich wyborów dokonamy podczas gry – będzie nam także dane poznać mroczną historię rodu, tożsamość mordercy, a nawet dojść do tego, co stało się z rodzicami Jennifer. O ile oczywiście dotrwamy do napisów końcowych – w grze brak jakiegokolwiek systemu zapisu, trzeba więc ukończyć ją za jednym posiedzeniem. Jeżeli dziewczyna zginie z rąk Scissormana, albo jej wskaźnik nastroju spadnie do zera – wracamy do ekranu tytułowego, skąd musimy zaczynać scenariusz od nowa. Na szczęście opcja Quick Start pozwoli nam ominąć sekwencję otwierającą i początkowe dialogi, dzięki czemu z miejsca będziemy mogli oddać się eksploracji rezydencji.

clock2

Z sercem w przełyku

Co przyjemne nie będzie, bo i sama rezydencja do sielankowych miejsc nie należy. Poza pojawiającym się w najmniej spodziewanym miejscach właścicielem nożyc, uważać musimy także na pułapki oraz nieprzewidziane wydarzenia. Każdy skok ciśnienia (i Jennifer, i naszego) wywołany np. osunięciem się schodów, widokiem zwłok lub atakiem ze strony prześladowcy wpływa na stan emocjonalny bohaterki. Gdy tło na portrecie Jennifer ma kolor niebieski, jest ona spokojna, gdy zielony – zaniepokojona. Barwa brązowa oznacza zaalarmowanie, a najbardziej skrajna – czerwona – panikę. Będąc w takim stanie bohaterce trudniej jest opierać się atakom Scissormana (poprzez szybkie klepanie przycisku), podczas ucieczki istnieje także ryzyko potknięcia i upadku, przez co traci ona cenne sekundy potrzebne do zgubienia kurdupla. Huśtawki emocjonalne będą nam towarzyszyć także podczas pchania fabuły do przodu (np. widok zalegającego w spiżarni robactwa, które musimy wyplenić celem zdobycia klucza), całe szczęście samopoczucie Jennifer można w wolnej chwili nieco podreperować. Wystarczy stanąć w bezruchu, a nasza dziewoja przykucnie i złapie oddech.

Przeżyj to jeszcze raz… albo chociaż przeżyj

Survival horrory mają to do siebie, że po jednym ich przejściu i poznaniu meandrów mechaniki przestają straszyć, stawiając pod znakiem zapytania wskaźnik replayability. Clock Tower radzi sobie jednak z tym mankamentem wzorowo dzięki zmiennym elementom w rodzaju rozkładu pomieszczeń, czy zdobywanych przedmiotów. Już na samym początku przygody w zależności od tego, w którą stronę posiadłości się udamy, będziemy świadkami pierwszej śmierci w innym miejscu i inną drogą będziemy szukać ucieczki przed ostrzami sekatora. Podobnie jest w dalszej części gry – zamiast pokoju pełnego trofeów znajdziemy taki z niepokojącą liczbą manekinów, innym razem zamiast biblioteki powita nas sala z pianinem, a do odnalezienia zamiast posążka będzie berło. Sprawia to, że zaczynając grę możemy być świadkami zupełnie innych wydarzeń, które doprowadzą nas do innego zakończenia – jednego z ośmiu. Różnić się one będą w zależności od tego, które i ile z naszych koleżanek przeżyje oraz od tego, jak skrupulatni będziemy w przeszukiwaniu rezydencji.

clock1Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Osobna wzmianka należy się oprawie. Wizualiom brakuje nieco fajerwerków, a paletę barw trudno zaliczyć do szerokiej albo żywej, ale ta surowość i przygaszenie świetnie komponują się z klimatem gry i zamiast przeszkadzać, tylko potęgują nastrój grozy. Podobnie jest z portretami postaci – ich animacje, żywa mimika twarzy czy podświetlenie w zupełności starczają na pełne oddanie stanu emocjonalnego ich właścicielek. Wisienką na torcie są grafiki widoczne podczas scenek, często połączone z nastrojowym jinglem znanym z telewizyjnych horrorów.

Jingle to jednak najmniejszy powód do tego, aby pochwalić także kwestię audio. Nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo na wykorzystaniu dźwięku stereofonicznego zyskała akustyka gry. Mimo faktu, że przez dużą część scenariusza towarzyszy nam głównie odgłos kroków Jennifer, tak już ich zmienne rozchodzenie się w zależności od tego, w którą stronę ekranu zmierzamy i w jakim tempie sprawia, że włos jeży się na głowie równie często, co przy wstawkach muzycznych. Nie jest ich wiele, ale każda z nich wbija się w czaszkę i kołata nam w bębenkach jeszcze długo po tym, jak już zagrożenie zostanie zażegnane. Obrazu audiosfery dopełniają digitalizowane krzyki (!).clock3

Ku szczęśliwemu (?) zakończeniu

Pecety miały swojego Alone in the Dark dużo wcześniej – ale Clock Tower z klasą pokazał, że również i konsole nie mają się czego wstydzić jeszcze przed tym, zanim PlayStation i Saturna zawojowały zombiaki z Resident Evil. Nie musisz przepadać za survival horrorami, ale wiedz, że w Clock Tower znajdziesz więcej atmosfery grozy, niż w dzisiejszych „horrorach” klasy AAA, gdzie powodami do skoków ciśnienia są głównie nieudane QTE i długie czasy przeładowań broni maszynowej…

RetrometrG


Do posłuchania podczas lektury:

Don’t Cry Jennifer


Ciekawostki:

1. Inspiracją dla gry był film Phenomena z 1985 r., w którym Jennifer Connely podejmowała na studenckim kampusie nierówną walkę z szaleńcem uzbrojonym w nożyce.

2. Wraz z wydanym w  1996 na PlayStation Clock Tower 2 (Clock Tower w Europie, 1998) są to jedyne tytuły, nad którymi pieczę sprawował ojciec serii, Hifumi Kono. Clock Tower II: The Struggle Within (PSX, 1998) i Clock Tower 3 (PS2, 2002) są traktowane jako spin-offy i nie kontynuują historii rodu Burroughsów

3. W 1997, dwa lata po premierze Clock Tower na SNESie, Human Entertainment wydało na PlayStation Clock Tower: The First Fear – port oryginału wzbogacony o wyższej jakości udźwiękowienie, scenki AMV i parę detali podczas rozgrywki.

4. W 2007 r. sycylijski programista Chris Darril rozpoczął prace nad Remothered – fanowskim remake’iem Clock Tower. Od 2012 r. pieczę nad projektem przejęło włoskie studia Argentica (choć z Darrilem jako głównodowodzącym), a jego platformą docelową miało być Wii U, ale od tamtej pory nie ukazały się żadne nowe materiały…

Beznadziejnie zakochany w konsolach przenośnych. Posiadane handheldy: GBC, PSP, NDS, PSV, 3DS, WonderSwan, Game Gear, N-Gage