Magiel | Edycje limitowane – przedmiot pożądania, czy droga pierdoła?

retromagiel, minicyklZimno za oknem, to pora się nieco rozgrzać… dobry na to ponoć jest bimber – sprawdzimy! Po ostatnim lekko nostalgicznym temacie schodzimy z powrotem na ziemię. Nie ma nic bardziej rzucającego na glebę niż finanse, toteż dziś o nie lekko zahaczymy. Temat brzmi: Edycje limitowane – przedmiot pożądania, czy droga pierdoła?

RepipRepip: Każdy kolekcjoner gratów zapewne spotkał się z tym zjawiskiem i dylematem. Kupić to co wszyscy, czy dołożyć kasy i mieć coś ekstra? Czy to „ekstra” w ogóle jest warte tej dodatkowej kasy? Weźmy pod uwagę limitowane edycje gier, które oferowały jakieś pocztówki, czy ładny kartonik. A co z limitowaną konsolą? Taki GameCube po fuzji z Panasoniciem wygląda kozacko! Z drugiej strony Nintendo 64 pikachu…

Jak Wy to widzicie? Macie coś limitowanego w zbiorach, oglądacie je na aukcjach, brało Was kiedyś na kupienie czegoś w tym stylu?

avatar makaveliMakaveli: No i co? Znowu tylko ja jeszcze się trzymam na nogach? Ja nie wiem…

Tu znowu podzielić ludziów można na dwie odrębne grupy: ci, co kupują gry w wersjach pudełkowych i ci, którzy takie gry wolą sobie pociągnąć z sieciowych platform z grami (vide Steam, GOG, PSN, Xbox Live). Jak ktoś lubi na półce mieć dwie tony gier, to dla takiej osoby różnego rodzaju świecidełka i inne cacka będą na pewno pożądane. Z kolei ta grupa ludzi, która woli sobie gierkę zassać z sieci, nie musząc wychodzić z domu albo naduszać lewego przycisku myszy na allegro trzymając zegarek z sekundnikiem, raczej komisyjnie, z góry… zignoruje tego typu bonusowe edycje. Ja do niedawna stałem po jasnej stronie mocy zbieraczy wszelkiego rodzaju gamingowego tałatajstwa, ale od jakiegoś czasu zaczynam się wypośrodkowywać. Chodzi chyba przede wszystkim o finanse… Jak mogę w promocji zgarnąć interesujący mnie tytuł w wersji cyfrowej za pół ceny i odpowiednio siedemdziesiąt pięć procent wartości używki pudełkowej, to dla mnie jest to strzał w dziesiątkę. Nie mniej jednak starego psa nowych sztuczek nie nauczysz, zatem też jak trafię na jakąś okazję odnośnie wersji limitowanych czy innych, to z chęcią korzystam. Na półce mam kilka takich perełek, na przykład Metal Gear Solid 3: Snake Eater w metalowym steelboksie czy też Silent Hill 2 w limitowanym, kartonowym digibooku. Są jednak pewne granice, gdzie przestaje to być rozsądne, a zaczyna być śmieszne. Najważniejszym czynnikiem tutaj jest… cena.

Ostatnio widuje się kolekcjonerki po osiemset, czy nawet dziewięćset złotych. Jest tam zazwyczaj jakaś wielka figurka (która, swoją drogą, jakością wykonania w ogóle nie przypomina tej, pokazywanej na materiałach promocyjnych). Tutaj trzeba sobie zadać pytanie – czy mi to w ogóle potrzebne? Czy ja mam miejsce na takie pierdoły? Ja w sumie chyba nie zbieram tych figurek, potem trudno to cholerstwo z kurzu wytrzeć…

Bardzo często w zestawach z tymi grami są rzeczy totalnie niepotrzebne, jakieś zbędne bzdety, z którymi potem nie wiadomo, co zrobić (na przykład słynna wojskowa manierka z limitki Call of Duty: World at War, której nie dało się napełnić).

Każdy medal ma jednak drugą stronę, więc można też znaleźć bardzo ciekawe przedmioty w limitkach, na przykład dołączany do Resident Evil 7 USB Dongle w kształcie… odciętego palca. Daj coś takiego facetowi w ksero, żeby ci papiery do roboty wydrukował. Mina bezcenna!Wracając do ceny (ostatnio te moje wpisy chaotyczne są, na miarę prawdziwego artysty!), to właśnie – czy taka kolekcjonerka za siedem, osiem stów ma w ogóle sens? Wiadomo – są tam jakieś rzeczy, których nie sposób kupić innymi kanałami dystrybucji, ale… No właśnie. Czy mój budżet polubi się z moim nowym hobby, a mianowicie – wywalaniem wielokrotności wartości gry po to, aby rzucić w kąt atrapę manierki, czy na przykład model rudery ze wspomnianego wcześniej Resident Evil 7, w której rozgrywają się wydarzenia fabularne? Tutaj trzeba odpowiedzieć sobie samemu. Ja tego nie kupuję – dla mnie szczytem rozrzutności będzie wydać pięć, czy sześć dyszek więcej na fajny steelboks albo kartonowy rękaw na całość. Kupuję gry, aby grać, a nie po to, aby zagracić sobie i tak małe mieszkanie niepotrzebnym stuffem. Rzekłem.

Co do samych konsol – niektóre edycje limitowane były fajne (na przykład WonderSwan Color w wersji z Final Fantasy), ale tutaj historia się powtarza, jak w przypadku gier – czy gra jest warta świeczki? Czy moja konsola z logiem Metaru Gia Soridu czy innego Fajnaru Fantaji dostanie +5 do wydajności? Nie wiem, jak inni, ale ja podczas grania patrzę w ekran telewizora… Mój Dreamcast w standardowym, białym malowaniu wygląda w porządku i kocham go takiego, jakim jest. Nie potrzeba mi specjalnych, czarnych wersji Sports Edition, które kosztują miljard szejset tysięcy i poza samym faktem, że po wyjęciu z kartonu tracą 99% wartości, nie różnią się niczym od wersji podstawowej.

Co do robienia customowych wersji konsol, mam podobne stanowisko, jak powyżej (tak, wiem, jest to zwyczajna fala hejtu z mojej strony, ale cóż… jestem szczery). Fajnie się na to patrzy w sieci, ale na półce w domu niespecjalnie bym już coś takiego postawił. Primo, że lubię fabryczny stan posiadanych sprzętów, a secundo… niektóre z takich przeróbek totalnie niszczą ducha takiej konsoli. U nas w Palszy to jedyne, cośmy w konsoli przerabiali, to piłowalim obudowę od GameCube, żeby móc pełnowymiarowe DVD wsadzić, o!Przechodząc do konkluzji – wszystko jest fajne, dopóki nie trzeba za to płacić kosmicznych kwot. Bo wtedy zapala się (nie u wszystkich, jak widać po słupkach sprzedaży) lampka opisana hasłem „rozsądek”. I ten rozsądek często podpowiada: Józek, na co ci to. Masz kredyt do spłacenia… I wtedy jednak dochodzisz do genialnego wniosku: ja te gry w sumie kupuję, żeby w nie grać…

Żadna pusta flaszka nie świsnęła mi koło łba za moje herezje, tulipanem nikt mi łba nie rozbił, widelcem nikt nie dźgnął. Znaczy, że pijaki śpią. Znowu ich przepiłem. Wstawać i opowiadać!

Daaku avatarDaaku: Cholera, Mak! Człowiek tylko na chwilę odwróci głowę, żeby ulać sobie przez wężyk więcej samogony do szklanki, a ty tu całą litanię odstawiasz! Teraz obojętnie, co powiem, będzie to na tle twojej poprzedniej wypowiedzi wyglądało nudno!

…ale na to już nic nie poradzimy, bo moja opinia faktycznie zalicza się do tych „nudnych”. Jestem człowiekiem, którego zmysł estetyki jest dość spartański – przy zakupach dowolnych artykułów, nieważne czy jest to sprzęt RTV, zestaw narzędzi czy paczka czipsów, nie kieruję się kolorowymi etykietkami, podkreślanymi wykrzyknikiem napisami „Edycja sezonowa!” czy malowaniami upodabniającymi pudełko Tic-Taców do głowy Homera Simpsona. To, co biorę, ma spełniać swoją docelową funkcję, więcej nie wymagam. Dlatego też nigdy nie jarały mnie żadne edycje limitowane konsol czy gier, bo w jaki to niby sposób odmienny kolor czy krawędź okładki wpłynie na moje wrażenia płynące z gry? Jasne, miałem PS2 w kolorze Satin Silver, miałem też żółtego Game Boya Color edycja Pikachu, ale oba sprzęty nie różniły się cenowo od swoich domyślnych modeli – ot, miałem na miejscu wybór między czarnym a srebrnym, białym a żółtym, to wziąłem te drugie, ale na pewno nie wyłożyłbym za nie jakiejś większej kwoty, zwłaszcza takiej chorej, kolekcjonerskiej…kolory konsol Publicystyka

Nacz.OS REPIP często podsyła nam do oglądnięcia różnego rodzaju malowania starych retrosprzętów i o ile w większości przypadków jest na czym oko zawiesić, tak też nie traktowałbym tego typu usług jako „lepszej” alternatywy od limitek. Chcesz się w jakiś sposób wyróżnić i masz własny sprzęt do „tjuningu” – jasne, ślij go pocztą i niech wróci błyszczący i przyciągający wzrok. Ale podobne egzemplarze, poddane kustomizacji od podstaw i wystawione na eBayu za naprawdę grubą kapuchę to dla mnie przesada i szukanie jeleni.

Żeby wczerpać temat – nie obchodzi mnie także, jaką wersję danej gry nabywam. Kolekcjonerka? Limitka z podwójną okładką? Wydanie premierowe, a nie żadne Platinum, Greatest Hits czy Selects? Koniecznie język angielski w grze, w instrukcji, na pudełku? Paaaaaanie, po co mi to? Ja chcę grać! Grać i nie wydawać na jeden tytuł ćwierci mojej miesięcznej wypłaty!

Jaki z tego wniosek? Według bardziej surowych definicji nie mam prawa nazywać siebie „kolekcjonerem”, bo nie jara mnie inne malowanie sprzętu czy 3xA w wydaniu gry. No nic, idę szukać po Amazonach kolejnego retro handhelda…

Czarny IvoCzarny Ivo: O matko, hehe, to będzie chyba bardzo nudny magiel, ale ja też należę do tych rozważnych smutasów na fotelu z fajką na bańki mydlane. Najpierw wrócę do tych mitycznych „dawnych lepszych czasów” kiedy to niemalże każde wydanie gry PeCetowej było swego rodzaju limitką wypełnioną różnymi gadżetami. Wtedy mi się to podobało, że dostaję np. tematyczną podkładkę pod mysz i jest fajnie. Potem wydania zostały wykastrowane, zredukowane do pudełek DVD… i trudno. Nie ciągnęło mnie do limitek z jakimiś bzdurami.

Od czasu jak jestem kolekcjonerem również nie zwracam uwagi na limitki. Z resztą gry, które zbieram, czyli głównie 8 i 16 bity chyba nie znały jeszcze pojęcia edycji limitowanych, a przynajmniej ja o tym nie wiem. Z generacji wyżej wydania specjalne również mi totalnie zwisają. Mam tylko jakąś rzekomo limitowaną edycję God of War 2, ale mam ją bo była przy okazji w komplecie z konsolą. Czasem ładnie to wygląda, taka bardziej „uroczysta” wersja, no ale nie zależy mi. Mam swoje skrzywienie, o którym już pisałem, że kupuję tylko premierówki. Coś więcej tylko jeśli taniutko, tak na boku, dla urozmaicenia.

Jeśli idzie o obecną generację to edycje tzw. kolekcjonerskie to jest już, w większości, skrajny kretynizm. Kody na ściągnięcie muzyki, litografie, komiksy, broszury to jest kurna śmiech. Figurki akurat lubię, obok plakatów, ale są średniej jakości i nie miałbym gdzie tego trzymać. Bardziej cieszy mnie Mario i Luigi z zestawu z Mcdonalda, którzy stoją obok konsolek Nintendo, niż jakiś srEzio za 500zł czy chuj go wie ile.

Limitowane edycje konsol to już w ogóle pomyłka. GameCube jest fioletowy i nie wiem na jakiego kutasa mi potrzebny pomarańczowy. On jakoś odtworzy te gry inaczej, będzie w 4k/60fps? Śmieszne jest też jak komuś się taki kolor podoba bardziej nie dlatego, że lubi pomarańczowy, tylko dlatego, że jest taki rzadki, drogi, wyjątkowy! Malowanie i przerabianie konsol przez uzdolnionych ludzi cenię, ale nie w pieniądzu. Podobnie jak Makaveli lubię swoje konsole w wersji fabrycznej. Nawet jak kiedyś miałem naklejkę na PSXa to nigdy jej nie użyłem no bo poco. Tylko bym oszpecił.

Podsumowując jestem strasznie sztywny nudziarz i mam wrażenie, że chyba alko nam dziś coś panowie nie wchodzi. Zamuła straszna.

Daaku avatarDaaku: Faktycznie jakoś tak bida z nędzo pod względem merytoryki… A może by ktoś tak wyskoczył i nie tyle powiedział, co PRZEKONAŁ nas, że limitki i kolekcjonerki to trzeci najlepszy wynalazek ludzkości, zaraz po piwie i otwieraczu do butelek? Borsuk, Mroku, nadstawiajcie szklanki – ja Wam dolewam na odwagę, a Wy mówcie!

RepipRepip: Ludzie jacy Wy nudni jesteście! Nie doceniacie kunsztu, elitarności i nie wiecie jak wyrywać czikity na limitki. Ja to… też tego badziewia nie kupuje…

Rozejrzałem się właśnie po moich zbiorach. Limitowane konsole – brak, limitowane gry – dwie (Shadow of the Colossus na PS2, bo Borsuk sprzedawał w cenie premierówki i Zelda WW na GC bo dodali do niej OoT). Rzeczywiście nudni dziś jesteśmy, kto te tematy wymyśla? Że ja? Ty weź już Daaku nie pij. Oczywiście jak patrze na tego Gamecube’a po fuzji z Panasoniciem, czy na limitkę/prasówkę MediEvilów to cholera, chciałbym! Wyglądają zajebiście i chętnie bym je u siebie zmacał i nie wstydzę się tego. Problem w tym, że MediEvile i GameCube’a mam i to takie o kilka stów tańsze, a działające tak samo. Dla mnie limitki to zbieracz kurzu, często bardzo drogi zbieracz i zajmujący dużo miejsca. Mam swoje zboczenia zbieracza (wydania platinium, selects itp są fuj), ale aż tak daleko nie idę. Limitki, czy „dziwne” wydania jak te podłużne box’y z pierwszych gier na PSX’a, czy specjalna edycja Xboxa Halo, kolorowe N64, traktuję jako ciekawostkę. Chętnie się czegoś o nich dowiaduję i oglądam w necie, ale za cholerę bym nie kupił i przepłacił. Najbardziej denerwują/dziwią ceny „prasówek”, rozdawano je za friko dziennikarzom, by zaskarbić sobie ich przychylność, a gracz w drugim a nawet trzecim obiegu je za grubą kase kupuje. Musi być jednak na to popyt bo inaczej nie byłoby tych cen.

Czyli chcąc nie chcąc dołączyłem do Waszego nudnego grona ludzi pierdzących w stołek, którym się nic nie podoba. Albo może by było fajniej nazwijmy się ludźmi praktycznymi i dobrze zarządzającymi domowym budżetem. Tak, brzmi to profesjonalniej, a my słyniemy z tego że jesteśmy profesjonalistami żulnalizmu.

MrokuMroku: Kupiłem kiedyś edycję limitowaną Fatal Frame V. Gra okazała się gównem. Nie ogarniam tematu kolekcjonerek, a jedyne doświadczenie z nimi jest negatywne, więc mam to w d…  i nie publikować tego kuźwa (spoko, nie opublikuje – Nacz.Os.Rep).
PS. FF V nie miało normalnej edycji, więc wziąłem jakby z musu.

RepipRepip: Apropo żulnalizmu… jak już zauważył Ivo dziś ognista nie wchodzi, więc rozchodzimy się Panowie. Po raz kolejny uratowaliśmy świat i odpowiedzieliśmy rzeczowo na nurtujące ludzkość zagadnienie.

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, logiczne, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox