Recenzja | Crazy Taxi

crazy taxi recenzjaOffspring w głośnikach, taryfa lśni, a klient rozsiadł się na tylnej kanapie – pora włączyć licznik i zarobić trochę kasy!

Dreamcast ma na sobie łatkę konsoli „arcade perfect”, sprzęt który w czasach gdy automaty wciąż królowały na salonach (choć powoli był to ich schyłek), Sega postanowiła wpakować swoje hity w skrzynkę do domowego użytku. Zaraz po premierze ludziska zachłysnęli się ostrymi jak brzytwa teksturami, płynną animacją i klimatem ówczesnych salonów we własnych czterech ścianach. Dlaczego o tym wszystkim pisze? Bo Crazy Taxi jest jednym z symboli dzięki którym „arcade perfect” przyległ do makarona i dziś postaram się wytłumaczyć dlaczego.

Hey hey hey, it’s time to make some crazy money! Are you ready? Here we go!

Arcade to przede wszystkim proste zasady, szybka rozgrywka i duże „replayability”, czyli chęć zagrania „jeszcze tylko jeden raz i kończę”. I w tej grze Segi te elementy zostały perfekcyjnie zaimplementowane. Fabuły nie ma, jesteś taksiarzem i masz zarobić – ot co, po co ci więcej. Jak zarobić? Oczywiście rozwożąc ludzi po kątach, tylko że tutaj w odróżnieniu od Polskich realiów w taksówce nie jedzie się naokoło by licznik nabić tylko chodzi o to, by dotrzeć do celu jak najszybciej i najbardziej spektakularnie! Drifty, lawirowanie pomiędzy samochodami i wyskoki z lawet (nie mów że jadąc samochodem obok lawety nigdy nie chciałeś z niej wyskoczyć) przypominały mi momentami zmagania w serii Burnout, które za kilka lat zdefiniowały pojęcie „zapierdalaj” na nowo. Jest ostro, frywolnie i szybko – jest arcade! Nasi klienci się nieco od siebie różnią odległością na jaką mamy ich podwieźć bo pamiętaj, że cały czas zegar tyka. Ci z czerwoną ikonką nad sobą chcą byś podwiózł ich „tuż za rogiem” ci na zielono chcą już na ogół do innego obszaru miasta się dostać, są też „pośrednie stany” jak kolor żółty i pomarańczowy. Jak rasowy taksiarz po kilku godzinach będziesz znał miasto jak własną kieszeń i będziesz sobie dobierał jakiego gostka chcesz zabrać, i jakich skrótów użyć by dotrzeć tam szybciej. To jak szybko dotrzesz do celu skutkuje nie tylko lepszą kasą, ale i bonusowym czasem. Jeśli nie będziesz dobry w te klocki to już i po 3 minutach zobaczysz napis game over – jak już mówiłem jest ostro, frywolnie i szybko – jest arcade!

crazy taxi recenzja

Miasto to tutaj bohater sam w sobie, tętni życiem, jest zróżnicowane, skrywa sekrety i ma oczywiście swych mieszkańców. Sega zadbała o kilka licencji toteż odwiedzimy znajome miejscówki, podwieziesz mudźina do KFC, jakaś laska będzie chciała zrobić zakupy w FILA, kto inny śpieszy się do PizzaHut, na stadion, peron, komisariat… W trybie arcade wszystko jest tak zaprojektowane byś miał przyjemność z szybkiego dostarczania klientów do kolejnych miejscówek. Pewnie długo siedziano i projektowano układ miasta, bo wszystko się z sobą świetnie zazębia. Wskakujesz po pastora i lecisz na farę po czym zgrabnie zbierasz ziomeczka do PizzaHut, mija 30 sekund a już gnasz po obwodnicy z babcią na lotnisko, by zrobić szybki w tył zwrot z laską jadącą do sklepu FILA, a tam czeka już obkupiony gość śpieszący się na mecz, więc szybki start, muza w głośnikach, wiatr we włosach i ciśniesz na ten stadion pod prąd zbierając szmalec za dziką jazdę. Nie zdążyłeś? Nic nie bój, odpalasz z menu szybko kolejną grę i już na nowo ciśniesz  lotnisko-KFC-dworzec, ale tym razem dłużej, tym razem szybciej, tym razem rozwieziesz więcej ludzi! Nawet tego wrednego punka co napierdziela łbem jak dziki, go też bieremy, w końcu kto jak nie My rządzimy tym biznesem w tym mieście?

Specjalnie dla wersji z Dreamcasta Sega dołożyła jeszcze jedno miasto do wyboru i nazwała ten tryb Oryginal. Tutaj jest niestety nieco gorzej, niby również dobrze, ale to już nie to co miasto arcade. Zasady te same, miasto jest jednak pełne wąskich uliczek i skrzyżowań przez co gubi się nasz GPS, czyli strzałka pokazująca kierunek jazdy. Pokazuje czasem głupoty bo gubi się w tych kamienicach, cel może i jest na prawo jak wskazuje, ale by tam dojechać trzeba jechać na około lub się wrócić czego musisz w ciągu 15 sekund domyślić się sam i nadrobić stracony czas. Nie raz oblałem kurs przez takie wprowadzanie w błąd, możesz nawet trafić w ślepą uliczkę. Zawsze można powiedzieć, że to dla zapalonych taksiarzy co znają miasto w mig wiedzą co gdzie i jak, i nie potrzebują GPS, ale ja takiej wymówki nie przyjmuję. Dlatego częściej meldowałem się ze swoją taryfą w w/w arcade, tam słońce świeci lepszym światłem, a napiwki są większe.

crazy taxi recenzja

W wersji konsolowej znajduje się jeszcze jeden tryb, którego nie było w automacie – Crazy Box. Jest to w skrócie zbiór szybkich zadań pozwalający ci szlifować swoje umiejętności w zakresie szybkiego startu, hamowania i driftów. Po tej szalonej szkole jazdy wyjeżdżasz na miasto już jako pro złotówa, która kosi kasę z klientów aż furczy. Przydaje się to nie tylko do szlifowania umiejętności, ale na początku również do nauki sterowania, które początkowo wydaje się nieco skomplikowane. Najpierw musisz sobie uświadomić, że musisz przemieniać biegi pomiędzy wstecznym, a gazem manualnie – nic nie dzieje się tutaj automatycznie (pozostałość z automatu, który miał wbudowaną dźwignię zmiany biegu). Zwykły start jest dla frajerów, więc musisz starować z przytupem naciskając jednocześnie gaz (prawy trigger) i bieg (B), wślizgi robisz naciskając wsteczny i bieg gazu na raz (A+B), a mocne hamowanie to A+lewy trigger (bo na zwykłym hamowaniu tracisz czas i możesz nie zahamować w określonym miejscu). Trzeba trochę przywyknąć do tego i wyrobić sobie nawyki bo wszystko dzieje się szybko i nie ma czasu na zastanawianie się, tu musi zajść szybka zależność akcja-reakcja, jest ostro, frywolnie i szybko – jest arcade!

„Wow, I didn’t expect to get here so fast! – Just doing my job”

Automat z Crazy Taxi ujrzał światło dzienne w 1999 roku i hulał na systemie NAOMI, który w tym czasie wypalał gałki oczne graczy, był podobny do bebechów DC’ka, ale miał więcej mocy. Sedze udało się wcisnąć tą grę rok później do makarona tak, że mucha nie siada. Wszystkie tekstury są ostre jak brzytwa, kolory pięknie nasycone, a płynność nie pozostawia żadnych zastrzeżeń, gra leci jak marzenie. Klimat miasta jest rewelacyjny, stylistyka była oparta na San Francisco, choć nie wiedzieć czemu kojarzy mi się z teledyskiem „Californication” Red Hot Chilly Peppers, który w tamtym czasie rozbudzał wyobraźnie graczy. Z resztą Red Hoci w teledysku do By the Way poszli w klimat Crazy Taxi totalnie, polecam sobie obejrzeć jeśli nie widzieliście. By było łatwiej zapodam Wam link tutaj, a co mi tam, pasuje do recenzji:

Pozostajemy w temacie punkowo/rockowych ekip z Kalifornii, bo pora na opis wrażeń związanych z OST! Przygrywać będą nam dwie ekipy – The Offspring i Bad Religion, łącznie mamy od nich 7 kawałków na płycie i robią one olbrzymi klimat! Klimat jest przez OST tak potęgowany, że nie wyobrażam sobie grać w Crazy Taxi bez tych kawałków w tle. Niestety kolejne porty gry na kolejne systemy miały cięcia głównie w OST przez prawa licencyjne i dochodziło nawet do tego, że Offspringów w nich nie było – masakra. Zdecydowanie zalecam granie w ten tytuł na DC’ku bo kompromisy mogą sprawić, że nie będzie już tak dobry. Szalona Złotówa bez Offspringa i Bad Religion to jak Tony Hawk 3 bez Motorheada, Aggressive Inline bez P.O.D. lub bigos bez mięsa! Chrzanić wegan! No chyba że trzeba ich podwieźć do KFC, hłehłe.crazy taxi recenzja

Dobra jesteśmy już na miejscu, pora wysiadać bo inni też chcą jechać! Szalona Złotówa to gra której trzeba dać ze 15 minut szansy, a potem przyjdzie pora na wyrok – albo się zakochasz, albo olejesz. Trzeba się nastawić na granie polegające na wyciąganiu jak największej punktacji i przyjemności z gry bo nie ma tu trybów fabularnych, turniejów, drzewek zadań – czegokolwiek czego zaliczenie powiedziałoby ci – tak, właśnie ukończyłeś grę. Niby zaliczenie Crazy Box, czy zdobycie licencji S odpala napisy końcowe, ale to rzecz bardzo umowna, każda partyjka nie ważne czy trwa pięć minut czy dwie jest całą grą i jest rewelacyjna, jest ostro, frywolnie i szybko – jest arcade!

Prosta mechanika, bardzo płynna gra i kapitalny klimat potęgowany przez OST dają radę nawet dziś i warto tego klasyka z Dreamcasta sprawdzić. Ta żółta gablota ciśnie wszędzie tam gdzie wskaże zleceniodawca i robi to z radością! Tym jest ta gra, radością, to jest słowo które je najlepiej opisuje, to nie technikalia, to nie świetnie skrojony port, to radość z grania.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Dreamcast /2018

3 słowa do gracza: arcade pełną gębą, należy to zaakceptować, a potem pozostanie ci już tylko czysty miód wylewający się z ekranu


Ciekawostki:

» Sega była już dogadana ws. zrobienia pełnometrażowego filmu na licencji Crazy Taxi, ale koniec końców nic z tego nie wyszło (Luc Besson był tutaj szybciej i w sumie zrobił zajebisty film, więc nie ma co żałować)

» po zaliczeniu wszystkich Crazy Box Challanges (również tych ukrytych) odblokujemy rowery! Zamiast taryfą będziemy śmigać rowerem przypominającym nieco rikszę – oczywiście startujemy z piskiem opon ;)


Do posłuchania w trakcie lektury:

The Offspring – All I want

Inne artykuły:

Recenzja | Kangurek Kao Nie jestem jakimś omnibusem i chodzącą encyklopedią, ale wg. mojej wiedzy Kangurek Kao był pierwszą polską grą wydaną komercyjnie na konsole. Co jest ...
Recenzja | Scaler Jako retrogracze często nie tylko gramy w hity określane jako must have, ale i babramy się w rzekach pełnych ekskrementów w poszukiwaniu czegoś wartoś...
Recenzja | Vampire the Masquerade: Redemption Na dobry początek zadam Wam pytanie. Ile dobrych gier RPG, w których mieliście możliwość wcielenia się w wampira, jesteście w stanie wymienić? Osobiśc...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox