Recenzja | Fahrenheit (PC, PS2, Xbox)

WlepaByłam wówczas w drugiej, ewentualnie trzeciej klasie gimnazjum (gimby znajo!), więc sporo od tej pory Wisły upłynęło i wyschło, a co się stało z Odrą, wszyscy wiemy. Ojciec kupił któryś z periodyków, do których dołączano gry, prawdopodobnie Clicka. Tym razem pełniakiem był Fahrenheit, gra, której tytuł nic mi nie mówił, ewentualnie kojarzył się negatywnie przez niemieckobrzmiącą nazwę i konotacje z przedmiotami szkolnymi. W każdym razie, zainstalowałam ją, nie mając żadnych konkretnych oczekiwań i tak naprawdę idąc w nieznane. Gdy tylko zawartość płytki znalazła się na moim dysku, wzięłam się do roboty. Przyznam szczerze, że początek był dla mnie szokujący, bo ledwo zaczęłam grać, a tu game over, bo przez moją opieszałość złapały mnie gliny. Mimo to, nie zniechęciłam się i w końcu udało mi się uzyskać jedno z trzech kanonicznych zakończeń. Była to jedna z pierwszych gier w mojej „karierze”, która otworzyła mnie na tak namacalną nieliniowość, ponoszenie konsekwencji za to, co robimy, oraz upływający szybko czas.

Jeżeli marzyliście kiedyś o tym, by znaleźć się w filmie, ten tytuł jest dla Was. Ostrzegam jednak, że nie jest to ani komedia romantyczna, która po serii naiwnych plot twistów zakończy się happy endem, ani tytuł akcji, gdzie stajecie się alter ego Rambo czy Rocky’ego. Wcielacie się w rolę pracownika banku, Lucasa Kane’a, który ostatnimi czasy cienko przędzie. Rozstał się z partnerką, jego codzienność jest przewidywalna do bólu. Z czasem udaje mu się przełamać rutynę, ale na pewno nie w taki sposób, o jakim marzył. Podczas pobytu w barze doznał dziwnej wizji, a po powrocie do rzeczywistości zorientował się, że zabił człowieka, a konkretne zaszlachtował w opętańczym szale. To jest właśnie ten moment, w którym uświadamiasz sobie, że liczy się każda minuta. Ekran zaczyna dzielić się na kilka części. Na jednej widnieje nasz bohater i wszystko, co go otacza. Równocześnie możemy zobaczyć, że zbliża się policja. Co zatem trzeba robić? Zacierać ślady, ukryć ciało, rzucić wszystko i wyjechać w… jak najdalej z miejsca wypadku? Zareagować jakoś trzeba, ponieważ bierność w tej kwestii zaspoilerowałam wyżej – zakończy się wizytą za kratkami, a nam daje jedynie możliwość skandowania kibicowskiego hasła „pozdrowienia do więzienia”.

Ciężkie jest życie sprzątacza

Im więcej śladów zatrzemy, tym lepiej poczuje się Lucas. No właśnie. Tutaj samopoczucie postaci i jej dobre traktowanie nie jest motywowane wyłącznie naszym dobry serduszkiem. Sytuacje, które działają kojąco na bohaterów – o drugiej grywalnej postaci jeszcze opowiem – sprawiają, że wzrasta im samopoczucie. Z kolei coś, co ich dołuje, czasem nawet nietrafiony tekst w dialogu, obniża je. Im większe znaczenie ma decyzja, tym większy wzrost lub spadek tegoż. Zbyt słaba kondycja psychiczna prowadzi do utraty życia i konieczności powtarzania gry od wcześniej zapisanego fragmentu. Kiedy pierwszy raz grałam w Fahrenheita, nie odczytywałam tego w ten sposób, ale mimochodem pojawia nam się ważny głos wskazujący, że psychika jest także ważna, nie tylko nasze zdrowie fizyczne. Na dodatek w tej grze przez większość rozgrywki mamy do czynienia z mężczyzną, co również może przeczyć szkodliwemu stereotypowi, że jedynie kobiety mogą mieć problemy i sobie z czymś nie radzić.

Podobnie funkcjonuje Carla Valenti, policjantka, której zadaniem jest… schwytanie Lucasa. Kobieta zbiera ślady, które po sobie zostawił i mając do dyspozycji wszelkie inne przesłanki, próbuje przyskrzynić protagonistę. To ciekawe rozwiązanie z punktu widzenia gameplay’owego, ponieważ nie wiadomo, czy pomagać jej, czy może dążyć do tego, by zgubiła trop (podobny dylemat miałam podczas gry w Detroit: Become Human, gdzie android współpracujący z policją miał ścigać inną bohaterkę opowieści). Ostatecznie jednak kibicowałam Lucasowi. Carla ma nieco inny problem, który również wpływa na rozgrywkę. Cierpi na klaustrofobię. Przejście do ciasnego archiwum stanowi dla niej nie lada wyzwanie, a i od gracza wymaga pewnej sprawności i refleksu. QTE pojawiają się także wraz z kolejnymi wizjami Lucasa. Bankowiec będzie musiał unikać dziwnych stworów dzięki wstukiwanej przez nas sekwencji klawiszy. Przeprowadzenie jej poprawnie znów wspomoże jego nastrój.

Carla w potrójnym wydaniu

Warto zwrócić uwagę na niegrywalne postaci (jedną grywalną w retrospekcji), które również będą istotne dla rozwoju fabuły i rozwiązania zagadki – dlaczego Lucas wpadł w szał i zadźgał człowieka w toalecie. Brat bohatera, duchowny Markus, który nieco pomaga mu się uspokoić po wszystkim, co się wydarzyło. Towarzysz Carli, policjant Tyler, wyluzowany gliniarz, który stanowi spore wsparcie dla koleżanki po fachu. Ważną rolę odgrywa tajemniczy Prorok, stały towarzysz wizji protagonisty, Na początku gry mamy też styczność z byłą dziewczyną Lucasa, Tiffany, która go odwiedza, by odebrać swoje rzeczy. Jak już padło, rozstali się, jednak jeśli uda nam się ją odpowiednio zbajerować i trochę pobrzdąkać na gitarze, dochodzi do ostatniej wspólnej nocy. Co ciekawe i jak na te czasy dość kontrowersyjne, sami bierzemy sprawy w, ekhem, swoje ręce, i na wzór QTE wspomagamy Lucasa. Co tu dużo mówić, skupiona na tym, czy ojciec nie patrzy (komputer był w jego pokoju), nie zawsze właściwie ogarniałam klikanie, przez co swój pierwszy raz uważam za nieudany. Jednak, było nie było, bohaterowi humor się poprawił. Podczas rozgrywki pojawi się jeszcze jedna tego typu scena, która będzie obligatoryjna, zdecydowanie bardziej szczegółowa, za to mniej stresująca, gdyż nie wymagająca naszej ingerencji.

Ciekawe, że gra podejmuje pewne kwestie moralne, przy czym jak już wielokrotnie padło, musimy prędko decydować, w przeciwnym razie narażamy się na jeszcze inne rozwiązania fabularne. Otóż gdy nasz bohater spotyka się na cmentarzu z bratem, niedaleko dziecko wpada do wody. Jest zima, trzeba działać szybko, bo nawet jeśli malec się nie utopi, narazi się na zamarznięcie. Lucas umie pływać, ale problem pojawia się, gdy po miejscu ostatniego spoczynku spacerują policjanci. Jeden z jegomości był obecny w restauracji, w której doszło do rytualnego zabójstwa, wobec czego może kojarzyć protagonistę. Jednakże, chodzi tu o życie dziecka. Nie zdradzę, którą decyzję warto podjąć, czy rzeczywiście któraś jest lepsza lub gorsza, ale to kolejny przykład braku czarno-białych rozwiązań w grze, co niesamowicie cenię w tego typu produkcjach.

Na kwadracie u Lucasa

Niestety, sytuacja związana ze wspomnianym kultem winduje grę w kierunku fantastyki. Nie mam nic przeciwko takim motywom, kiedy od razu zabieram się za Mass Effect, czy innej maści Alieny versusy Predatory, natomiast w dobrze zapowiadającym się thrillerku wolałabym coś może naciąganego, ale realistycznego. Tymczasem część gry, szczególnie druga, wydaje się być totalnie odjechana i odstępuje od wcześniejszych klimatów. Niektóre wydarzenia mają miejsce w głowie bohatera, ale inne to już normalne MMA z siłami z zaświatów. Przypuszczam, że ten tytuł nabrałby wielu graczy, gdyby został wypuszczony jako early access.

Oprócz ważnych kwestii, które mają ogromny wpływ na fabułę i pchają ją do przodu, będzie czas na prowadzenie normalnego życia. O ile teraz sporo różnych gier, w tym wszystkie od Quantic Dream, nazywane bywają, najczęściej pogardliwie, interaktywnymi filmami, tak Fahrenheit był jednym z pionierów tego typu rozgrywki. Choć musimy liczyć się z czasem, w każdej chwili możemy sobie spacerować po mieszkaniu, biurze, czy jakimkolwiek miejscu, które odwiedzamy. Otrzymamy kilka minigierek, dzięki którym będziemy mieć dodatkowy spokój psychofizyczny lub tym podobne bajery. Możemy sobie nawet pójść do lodówki i spożyć albo wypić coś, co zrobi dobrze bohaterowi. Wspomniana gra na gitarze czy boks w wykonaniu Carli urozmaicają rozgrywkę. Dla mnie było ok, ale domyślam się, że niektórych może irytować takie przeciąganie gameplay’u, bo tak naprawdę chyba tylko temu to służy (no, zagrywka z gitarą miała jeszcze inny cel ;)). Ciekawy był powrót do dzieciństwa bohatera i zabawa z bratem. Chyba najbardziej irytowały mnie właśnie te sekcje zręcznościowe, kiedy trzeba było ruszać samą myszką, a nie wyłącznie coś klikać, a raczej systematycznie naparzać. Gdy ogrywałam później Heavy Rain, miałam pewne deja vu, chociaż trudno powiedzieć, że te sceny powtórzono jeden do jednego. Możliwe, że całość lepiej sprawdza się na padzie, ale ograłam jedynie wersję pecetową, stąd klasyczne sterowanie myszka + klawerka.

Lucas po wyjściu z pracy

Jak na tamte czasy grafika wygląda całkiem nieźle. Dzisiaj czuć ten powiew kanciastości i minimalną mimikę twarzy, jednak mam poczucie, że nadal bez problemu można grać w Fahrenheita i nie mieć z tego tytułu żadnych problemów z oczami. Mocap sprawdził się tu bardzo dobrze. Do tego dochodzą te wielorakie ujęcia i możliwość obserwowania naszych antagonistów, w czasie gdy sami musimy uciec z pułapki, jaką chcą na nas zastawić. Muzyka jest w porządku, trzyma w napięciu, szczególnie, gdy fabuła przyspiesza i zmusza nas do podejmowania coraz to szybszych decyzji. Odpowiada za nią Angelo Badalamenti. Jako fanka przede wszystkim azjatyckich twórców, nie posiadałam większej wiedzy o tym panu, jednak mogę Was zapewnić, korzystając z odpowiednich źródeł, że to nie byle kto w świecie dźwięków. Wspomniany autor tworzył również, a może przede wszystkim, muzykę filmową, wspominając choćby soundtracki Twin Peaks czy Stalingrad.

Co tu dużo mówić – gdy zetknęłam się z Fahrenheitem po raz pierwszy, zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Po latach nie ma już tego czaru, ale to nadal kawał solidnej rozgrywki. Czy warto do niej wracać? Jeżeli macie to już ograne, chyba nie. Finisz historii mimo wszystko trochę zawiódł, bez względu na to, które z zakończeń udało się uzyskać. Jeżeli jednak nie mieliście styczności z tytułem, zdecydowanie warto. Nie jest zbyt długa, jest dość zróżnicowana, przywiązujemy się do bohaterów i chętnie im kibicujemy, zwłaszcza Lucasowi. Gdy zaczynałam pisać tekst, stawiałam na zieleń, ale sama teraz widzę, jak bardzo sentyment miejscami brał górę, wobec czego najuczciwiej będzie postawić żółtko, ale takie z mocnym plusem. Zważywszy, że gra była dodana do czasopisma, a dzisiaj da się ją wyhaczyć na GOGu, stosunek jakości do ceny jest zbalansowany, nawet z korzyścią dla portfela gracza. Warto, by zobaczyć, jak twórcom udało się ewoluować w kierunku, który wyznaczyli sobie przed laty.

Retrometr

O Prezesowa 48 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.