Recenzja | Jade Empire (PC, Xbox)

Wiem, że któryś raz się powtarzam, ale czas leci nieubłaganie i ja również się starzeję, stąd pewnie ta tendencja (i tak dobrze, że jeszcze pamiętam, kiedy się powtarzam) – uwielbiam gry osadzone w klimatach kultury chińskiej. Oglądałam wszelkiej maści filmy z Chanem, pasjonowałam się Trzema Królestwami, nagminnie myląc wyglądających podobnie bohaterów.

Kiedy zatem coś nawiązuje do tego tematu, koniecznie sprawdzam. A kiedy jeszcze jest to gra RPG z wyborami moralnymi i licznymi opcjami romansowymi, czuję że to musi wypalić. Właśnie tak było, gdy jako gimbus gościłam z ojcem u wujka na Śląsku i z wypożyczalni płyt zgarnęliśmy Jade Empire od BioWare. Przyznaję, że brutalnie je potem spiraciliśmy, ale po kilku latach pojawiło się legalnie w którymś CD-Action. Już oglądając okładkę byłam mega napalona na ten tytuł i tylko czekałam na powrót w rodzinne strony, by móc po sprawdzianach z przyrki i innych bzdetów oddawać się przygodom w Jadeitowym Cesarstwie.

Na początek wybieramy sobie jedną z dostępnych postaci. W imię równouprawnienia możemy zasuwać zarówno wojownikiem, jak i kobietą. Sama przeszłam grę jednym i drugim, by poznać opcje romansowe dla obojga płci, jednak na pierwszy rzut poszła postać, z którą łatwiej mi się było utożsamić. Każde z dostępnych bohaterów dysponuje nieco innymi statystykami, co warto uwzględnić, znając swój styl gry w gatunku. Na charakterystykę postaci składają się punkty zdrowia (HP), chi (MP), skupienie (wykorzystywanie specjalnych broni i bajerów), zaś ciało, duch i umysł odpowiadają kolejno za każde z nich. Podczas gry, wraz ze zdobywaniem doświadczenia, będziemy mogli inwestować zdobyte punkty w co tylko będziemy chcieli, więc w przypadku wyboru najniższego poziomu trudności można tak naprawdę sięgnąć po wojaka, który nam będzie najbardziej odpowiadać wizualnie, i tak potem sklepie wszystkich. Sama przy pierwszym podejściu wybrałam Wu Kwiat Lotosu i jak na inkwizytora przystało, przechrzciłam ją na moje imię.

Ekran awansu postaci

Gdy tylko uwiniemy się z tą grą fazą wstępną, czeka nas wprowadzenie w temat. Nasza postać terminuje u wielkiego Mistrza Li, lokalnego szefa wszystkich szefów jeśli chodzi o szkolnictwo sztuk walki. Według przełożonego jesteśmy na dobrej drodze, by zdobyć pełnię doskonałości i generalnie cieszy się, że na nas postawił. Stoczymy zatem kilka pojedynków, by zobaczyć, jak wszystko funkcjonuje, można potraktować to jako zaimplementowany w prolog samouczek. Po chwili jednak skończą się niewinne harce, gdyż na naszą wioskę o wdzięcznej nazwie Dwie Rzeki napadają zbójcy, dokonują „mistrznapingu” i jak zawsze musieliśmy ratować damę w potrzebie, tak teraz jednym z głównych zadań będzie odzyskanie staruszka całego i zdrowego, licząc że nie będzie to podróż po rozlicznych zamkach. Wręcz przeciwnie – czeka nas podróż po pięknych krainach, z założenia chinopodobnych, a także mrocznych miejscach, które nas nieco przytłoczą, jednak już w tym miejscu warto podkreślić, że wizualnie całość prezentuje się świetnie, a scena z niebiosami wręcz wybornie.

W drodze do odnalezienia naszego senseia czeka nas nie tylko cała masa nawalanek ze wszelkiej maści przeciwnikami, w tym także niecielesnymi, ale też wybory. Nie, nie będziemy wrzucać naszych głosów do urny za nowym szefem szkółki, zapominając o stracie Mistrza Lu, ale będziemy mieć wpływ na to, czy rozwiążemy pewne problemy zgodnie z sumieniem i dobrem, czy raczej nie będziemy oglądać się na nikogo i dbać jedynie o siebie, w myśl zasady „po trupach do celu”. Twórcy nazwali to drogami Otwartej Dłoni i Zaciśniętej Pięści. Czasem, zwłaszcza przy misjach pobocznych, uda się dokonać jakąś neutralną akcję, ale poza tym te nasze wybory są raczej zero jedynkowe. Pamiętam tylko jeden przykład, kiedy podczas zadania ze zdradzoną żoną chciałam dobrze, ale sytuacja wymknęła się spod kontroli i spadły mi punkty moralności za zgon nieszczęśnika, za którym stała jego luba (przykład jest z pobocznej misji, więc nie czuję, bym sprzedała komuś fabułę). Muszę jednak dodać coś, co niestety bardzo boli w kontekście tego, co wcześniej padło. Na pewnym etapie gry przyjdzie nam podjąć decyzję tak brzemienną w skutkach, że wszystkie pozostałe nie będą miały znaczenia. Innymi słowy, możemy być szlachetni do bólu i niemal unosić się w stanie ekstazy, ale gdy wybierzemy zło, nasza reputacja aniołów stąpających po ziemi zniknie. Z drugiej strony możemy być mega szują, a zdecydujemy się na dobro, pozostali zapomną o naszej przeszłości i dadzą nam jeszcze jedną szansę.

Tutaj jedna z partii na związek – Gwiazda Zaranna

O ile fabuła jest ciekawa, należy zwrócić uwagę na pewną wtórność rozgrywki. Tak naprawdę osoba, która przeklikuje dialogi, będzie jedynie chodzić z punktu A do B, kopać tyłki naszym wrogom, szukać zaginionych przedmiotów i tak cały czas. Nie ma jakiś oryginalnych rozwiązań. Nie ma zadania, które wyszłoby poza schemat. Do tego zarówno na randomowych przeciwników, jak i grube ryby możemy stosować taktykę walki w zaparte lub przeskakiwać za ich plecy i ładować ile wlezie, tak na najtrudniejszym poziomie może się to stać najzwyczajniej w świecie nudne. Mnie najbardziej nużyły walki z duchami, a przypomnę, że grałam na najniższym poziomie trudności. Jakby je miała haratać nieco dłużej, pewnie szybko bym się zniechęciła. Chętniej też korzystałam z ataków fizycznych, niż magii, zaś specjalnych umiejętności i technik używałam chyba dopiero w ostatnim starciu.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, natomiast w Jade Empire nasza grupa będzie powiększać się z czasem. W tym wypadku mamy możliwość zaprzyjaźnienia się lub zyskania czegoś więcej od naszych znajomych, jak również totalnego ignorowania ich i traktowania jako przydupasów, z których nie ma za wiele pożytku. Jako fanka romansów w grach, muszę jednak wspomnieć, że są one tutaj całkiem fajnie zrealizowane. To nie Fable, gdzie umówimy się z kimś, jeśli będziemy bekać lub wykonywać dla niego zadania (to już część trzecia). Tutaj największym dowodem miłości jest poświęcanie czasu osobie, którą adorujemy. Wraz z rozwojem historii, nasi przyjaciele będą mieć pewne przemyślenia, wątpliwości, będziemy mogli lepiej poznać ich historię. Jeżeli wybierzemy do gry mężczyznę, możemy związać się z Gwiazdą Zaranną lub Jedwabną Lisicą. Prócz prawienia komplementów dziołchom, warto także się starać żyć w odpowiedni sposób. Kobiety nie są łatwe – kiedy robimy coś niezgodnego z ich wartościami, musimy potem bardziej się natrudzić, by wejść z nimi w związek. Gwiazda Zaranna strzela focha, gdy czynimy zło, a Lisica uważa nas za frajerów, kiedy jesteśmy zbyt dobroduszni. Co ciekawe, w grze jest możliwy związek poliamoryczny. Jeśli nasz bohater będzie poświęcał czas obu paniom, nie wyróżniając żadnej, będzie można stworzyć popularną figurę geometryczną, związaną z Twierdzeniem Pitagorasa. Z kolei my, kobiety, zostałyśmy z dyskryminowane, gdyż jedyną opcją romansową jest związek z Niebem. Takie to piękne imię nosi właściciel samurajskiego koczka, który również będzie doceniał nasze dobre serduszko. Możliwe są także związki homoseksualne, co trzeba mimo wszystko nazwać za odważne, gdyż jeszcze kilka lat wcześniej opinię publiczną oburzała taka opcja w Simsach. Zwieńczeniem wszelkich tych relacji jest spędzenie czasu w namiocie, beż żadnych rubasznych dźwięków, z niedopowiedzeniem „reszty domyślcie się sami”.

Udany tekst na podryw

Oczywiście w drodze po odnalezienie naszego staruszka czeka nas cała masa różnych atrakcji. Najlepiej zapamiętałam wizytę w tamtejszym niebie (nie mam tu na myśli wspomnianego bohatera) i plejadę bóstw. Świetnie także prezentowały się miasta. Domy na iście chińską modłę, lampiony. Wszystko to miało niesamowity klimacik. Czekają nas także bitwy na arenie, które również przywodzą na myśl te znane z Fable i jeszcze starszego Star Ocean Second Story z szaraczka. Będziemy też mogli podnosić nasze statystyki, robiąc wrażenie na mistrzu wspierającym dobro lub zło.

Choć od debiutu minęło prawie 20 lat, grafika wygląda bardzo dobrze. Nie powiem, pewnej części ciała nie urywa, ale nie zestarzała się brzydko. Jedynie w kontekście współczesnych gier może razić niemal zerowa mimika twarzy naszych towarzyszy. Mnie nadal się podoba, ale jakiś artystyczny purysta może mieć problem. Natomiast muzyka to absolutna ekstraklasa, nie mylić z polską najwyższą klasą rozgrywkową. Czuć Chiny, oczami wyobraźni widać smoka goniącego Coco w przygodach Crasha. Kilka kawałków zasługuje na wyróżnienie, ale dla mnie absolutny top to Anthem of a tyrant. Jeśli kiedyś uda mi się osiągnąć jakiś sukces – poza pisaniem do RnG, to będzie ciężko przebić – wrzucę to sobie jako kawałek podkreślający własną potęgę. Duże wrażenie zrobiło na mnie również Into the Fray oraz intro Main Theme. Warto także wspomnieć, że kompozytorem jest Jack Wall, znany także ze stworzenia utworów do Mass Effect czy kilku tytułów z serii Call of Duty.

Walka z piractwem :p

Jako ciekawostkę dodam, że Jade Empire powstało także w wersji moblinej. W 2016 roku zadebiutowało na iOSie i Androidzie. Trudno mi sobie wyobrazić tę grę na wspomnianych systemach, ale technologia nie tyle idzie, co biegnie. Pierwotnie cena zamykała się w 50 zł i choć to wysoki koszt jak na mobilkę, miała być pozbawiona mikropłatności, co z pewnością rekompensowało wyjściową kwotę. Co ciekawe, grafika jest dość zbliżona do tej pecetowej, ale zauważono, że w przypadku smartfonów użyto pewnych filtrów rozmywających, niemniej nie przeszkadza to w samej rozgrywce.

Nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie zarekomendować Jade Empire. Chętnie zobaczyłabym podobny tytuł, a najlepiej sequel (rzuciło mi się w oczy, że był taki pomysł, ale problemy w BioWare na to nie pozwoliły), jednak powoli przestaję o tym marzyć. Ostatnio faktycznie wystawiłam grom nieco dobrych ocen, gdyż przez brak czasu brałam się za recenzowanie tytułów, które są bliskie mojemu sercu. Mimo wszystko jednak mam jeszcze jakieś elementy samokontroli, dlatego choć serce podpowiada medal, rozum domaga się zieleni bez żadnych dodatków. Jeśli lubicie Chiny, romanse w grach i nie nudzi was długie klikanie lewego przycisku myszy lub jakiegoś przycisku na padzie, zakochacie się w tym tytule. Jeśli jednak ma dla Was znaczenie jakaś różnorodność, czy coś podobnego, możecie nieco iść w kierunku oranżu. Osobiście jednak polecam ten tytuł i myślę, że gdybym za jego jakość miała dać sobie rękę uciąć, nadal bym ją miała.

Retrometr

O Prezesowa 45 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.