Recenzja | Crash Bandicoot 3: Warped

cb3miniW 2014 roku Naughty Dog obchodziło swoje 30ste urodziny. Z tej okazji postanowiłem na chwilę odpalić grę Psiaków, którą najlepiej wspominam i płytka z trzecimi przygodami Rudzielca wylądowała w trzewiach mojego szaraka. Miałem pograć chwilę, uronić łezkę nostalgii, oddać hołd zasłużonym i powrócić do rzeczywistości. Tak się jednak nie stało bo jamraj opanował mnie jak za dawnych lat i nie odpaliłem niczego innego dopóki po raz kolejny go nie skończyłem. Ale do rzeczy…

„It’s funny how history repeats itself”

Formuła CB3 pozostała z grubsza ta sama co w poprzednich częściach. Nie pakowano się tutaj w trójwymiarowe światy niczym w Spyro, a postawiono na pomieszanie klasycznej mechaniki 2D z „korytarzowym” 3D. Często określa się te rozwiązanie mianem 2,5D bo jest zawieszone gdzieś pomiędzy nimi. W praktyce sprawdza się to świetnie bo otrzymujemy „natychmiastowość” i prostotę dawnych gier, ale jednocześnie posiadacze psx’a dostali namiastkę „potęgi” trzech wymiarów na którą przecież liczyli. Nie da się jednak ukryć, że powyższe zdanie tyczy się głównie pierwszej części, a opisywana gra pochodzi z 1998 roku. Po świecie chodzi już trójwymiarowy Spyro i Gex nie mówiąc o zawodnikach z konkurencyjnego obozu. Stary lis musi nauczyć się kilku nowych sztuczek, jednocześnie zadowalając miłośników marki. Licho nie śpi, podobnie jak starzy znajomi.

cb31

Tak jak w poprzednich częściach bad’assem krzyżującym nam plany i rzucającym kłody pod nogi jest Dr Cortex. Tym razem wspomaga go zła maska Uka Uka (obok Aku Aku jest to jedna z najbardziej wyrafinowanych nazw bohaterów w dziejach ND…), która oczywiście nie planuje pokoju na świecie i ma zamiar wyrównać stare rachunki. Za pomocą maszyny czasu nasz mroczny tandem ma zamiar zagarnąć kryształy i dziwnym trafem nie ma na tej planecie nikogo, kto lepiej nadawałby się do zwędzenia ich przed nimi niż Crash.

Maszyna czasu daje masę możliwości jeżeli chodzi o dobór scenerii pod poziomy. Wędrujemy od prehistorii, przez starożytność, średniowiecze, teraźniejszość aż po futurystyczne metropolie. Znów mamy charakterystyczny motyw rodem z Indiana Jonesa, gdzie goni nas gigantyczna kamienna kula i mając kamerę z widokiem do tyłu uciekamy na oślep przed siebie. Tylko tym razem nie jest to kamienna kula, a wściekły triceratops i lawirujemy pomiędzy magmą i pterodaktylami brocząc w wodzie. Najbardziej klimatycznie wypadają moim zdaniem jednak poziomy w starożytnym Egipcie. W niektórych wnętrzach piramid będziemy co kilka sekund zalewani wodą przez co musimy co jakiś czas szukać wysokiego schronienia. Innym razem dowiemy się co to są Egipskie ciemności zbierając świetliki, które tylko na kilka sekund nam oświetlą drogę. Ale nie samymi levelami „chodzonymi” ten Crash żyje. Z pomocą przyjdzie nam Coco (kolejna wyrafinowana nazwa bohatera;) przemierzająca dynamiczne plansze na skuterze wodnym i tygrysicy, a i za sterami samolotu przyjdzie jej zasiąść. Sam Rudzielec również nie przebiera w środkach i będzie się ścigać na harleyu i toczyć podniebne walki w dwupłatowcu. Same wyścigi na motocyklu są moim zdaniem najsłabszą częścią gry. Ten model jazdy i kolizji to jakieś nieporozumienie i aż dziw bierze, że osobny silnik pod to tworzono. Ale jeżeli to była cena za stworzenie później modelu pod Crash Team Racing to jestem w stanie to wybaczyć.

Pisałem wcześniej o tym, że stary lis musi się nauczyć nowych sztuczek. Prócz pojazdów największą z nich jest bazooka! Jabłkożer w końcu robi z owoców wumpa jakiś konkretny użytek. Teraz każdy cwaniak na jego drodze oberwie headshota jabłkiem. Skóra, bazooka i laska na tyle Harley’a, taki obrazek wita nas już z okładki i doskonale wpasowuje się w to kim jest Crash. Nieokrzesany gwałcimir pokazywał konsolowym słodkim platformowym bohaterom kto ma jaja. Reklamy w TV mówiły też same za siebie, nie szczędzono również osobistych wycieczek w stronę Mariana. Kto nie oglądał do tej pory tych reklam polecam kompilacje tutaj.

„Tiny was a good fellow. He hated everyone and everything”

Luźne podejście do gry przełożyło się nie tylko do reklam, ale zaszczepiło również ten element do samej instrukcji. No bo która książeczka do gry będzie ciebie informować Now will you PLEASE read the manual? It’s really good, honest!. Ten luz widać na każdym kroku i sprawił, że efekt końcowy jest taki a nie inny. W grze po prostu rozwaliły mnie nawet po tak długim czasie animacje śmierci naszego bohatera. Te trzeba po prostu zobaczyć, bo naprawdę zwalają z nóg. Gdy w średniowiecznych planszach wpadniemy na maczugę dwugłowego giganta jamraj z impetem walnie i rozpłaszczy się na ekranie. Po kontakcie z rybką rozdymką się nadmucha, a jak nadzieje się na kolce to poszybuje niczym przebity balon. Widać, że ekipa miała sporo zabawy tworząc tą grę i przekłada się to również na radość z grania. Sami wrogowie są również zakręceni podobnie jak w groteskowym MediEvil’u. Widok mumii zakleszczonej w połowie sarkofagu i skaczącej jak poparzona po komnatach mnie bawi za każdym razem gdy ją widzę, to samo czarodziej w samych majtach jak go uderzysz i spadnie mu szata. Chyba również dzięki temu rudy zyskał taką popularność. Jest łatwiejszy do przyswojenia przez starszego gracza, który nie musi się przebijać przez tony lukru.

cb32

Skoro już jesteśmy przy przebijaniu się i starszym odbiorcy. Gry z tej serii zawsze charakteryzował nieco wyższy poziom trudności i spore możliwości wyciskania z tytułu ostatnich soków. Pod względem tego pierwszego nie ma co ukrywać, że jest nieco łatwiej i „zwykłe” przejście nie powinno sprawić większych problemów. To nie jedynka w której bonusowe plansze z sav’em przechodziło się z duszą na ramieniu. Co zachowano, a wręcz rozbudowano to możliwości maksowania gry. Jest co robić oj jest i o to chodzi bo Crash to jedna z tych gier, których nie przechodzi się dla samego przejścia. Do osiągnięcia 100% musimy zaliczyć na kilka sposobów każdy level (czasem trzeba odszukać skrzynie poukrywane w bardzo wymyślny sposób) i zajrzeć w kilka bonusowych plansz. Jest sporo ukrytych przejść i czasem odblokujemy kolejne przez kompletnie inny poziom. A przecież 100% to nie wszystko bo do osiągnięcia jest tutaj jeszcze więcej (patrz ciekawostki). Najlepsze jest w tym jednak to, że mimo przechodzenia kilka razy tej samej planszy gra nie nudzi. Levele nie są ani za długie, ani za krótkie, a do tego część z nich można przejść na kilka sposobów.

Właśnie przypomniałem sobie, że piszę recenzję więc wypadałoby wspomnieć o grafice i muzie. Korytarzowa konstrukcja poziomów ogranicza możliwości jeżeli chodzi o eksplorację, ale za to daje możliwość dopieszczenia w więcej szczegółów tego co jest. I tak w tle będą walić o ziemie pioruny, dostaniemy sporo fresków w piramidzie i pomacha nam w oddali pewien znajomy jegomość z wydatnymi brwiami. Wystrój wnętrz stworzono z dużą dbałością o szczegóły. Do tego kolejną zaletą wąskich przestrzeni jest to, że wszystko śmiga płynnie. Nie ma tutaj jakiś strasznych wczytywań terenu itp. co przy tak dynamicznej rozgrywce w której każdy minimetrowy i szybki skok decyduje lub nie o zdobyciu reliktu jest na wagę złota. Wydaje mi się, że Crash Bandicoot 3: Warped przetrwał próbę czasu i dobrze się zakonserwował. Podobnie jak z muzą, która jest dość charakterystyczna i przy tym bardzo żywa. Potrafi się na tyle wryć w pamięć, że już po pierwszej nutce niczym w pewnym teleturnieju zacząłem się w jej rytm beztrosko gibać. Co może się podobać to również to, że postacie mówią co również było pewnym pstryczkiem w nos firmy hydraulika, gdzie są z tym problemy do dziś.

„Well you’ve crashed a few parties before but I never expected you to make it THIS far”

Nie należę do zrzęd które twierdzą, że sequel zawsze musi być oceniany niżej bo kopiuje oryginał. Dopóki czuć ducha pierwowzoru, a jego poszczególne elementy zostały jeszcze bardziej podrasowane to dla mnie jest to produkcja po prostu lepsza. Crash Bandicoot 3: Warped jest jednym z takich przypadków. Nie jest tak trudno jak w poprzednich częściach i sporo leveli jest duchowymi spadkobiercami poprzednich, które już gdzieś widziałeś. Ale osiągnięcie wszystkiego jest nadal zadaniem tylko dla hardcore’owych wariatów, a nowe pomysły się sprawdziły (no może prócz tych motorów). Ja sam dotarłem jedynie do 104% na liczniku przejścia gry, ale co jakiś czas odpalam gre i ozłacam kolejne relikty, więc kiedyś dociułam ten jeden procent.cb33

Jest tu masa rzeczy do zrobienia i grywalność pochłaniająca człowieka bez reszty. Świetnie połączono tradycyjną formułę platfomerów z „nowym”. Szkoda, że losy jabłkożera potoczyły się jak potoczyły. Activision to nie organizacja charytatywna i nie odda za bezcen takiej marki, a skoro ją już ma to będzie doić do końca. Z drugiej strony Crash miał i tak więcej szczęścia niż jego kumpel Spyro jak na mój gust. Choć to marne pocieszenie… Nikt nam jednak nie zabroni wracać do klasycznych części czy to na szaraku, czy za pomocą dystrybucji cyfrowej. Olej system, ładuj jabłka do bazooki i wyjeżdżaj w rejs po kryształy!

RetrometrS


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Playstation (PSX)/2014

3 słowa do gracza: Mechanika się nie zestarzała, a miodu w tym tyle co dawniej więc co tu jeszcze stoisz? Zasuwaj po kryształy!


Ciekawostki:

» Po osiągnięciu 100% w trzech levelach (Toad Village, Makin’ Waves, Hog Ride) pojawi się Fake Crash, który jest też bonusową postacią w Crash team Racing.

» Jeden z poziomów w którym szlajamy się po wnętrzach piramid nazwany jest „Tomb Wader” co jest chyba oczywistym nawiązaniem.

» Bonusowe levele dzięki którym można przebić licznik do 104% to Hot Coco i Eggipus Rex. Do pierwszego dostaniesz się uderzając w znak z UFO w Road Crash. Drugi jest w Dino Might! Uciekając przed triceratopsem w żółtej drodze wpadnij na drugiego pterodaktyla.

» Do osiągnięcia 105% prócz zdobycia wszystkich błyskotek musisz co najmniej ozłocić wszystkie relikty w grze.

» W Crash Bandicoot 3: Warped na szaraku możemy odpalić demo Spyro the Dragon i na odwrót – w Spyro możemy zagrać w demo trzeciego Crasha

» Trzeci Crash hula na aż trzech silnikach. Prócz głównego, który jest spuścizną po poprzednikach stworzono po odrębnym silniku dla poziomów z samolotem i wyścigów na motocyklu.

» CB3 powstawał w spartańskich warunkach i był ostatnią częścią wykonaną na zlecenie Universal Interactive Studio, więcej o tym poczytasz tutaj.


Do posłuchania w trakcie lektury:

Crash Bandicoot 3 – Warp Room

Inne artykuły:

Recenzja | Fighting Force Epoka 2D była bardzo łaskawa dla beat'em up'ów. Takie tytuły jak Punisher, Caddilac's and Dinosaurus, Asterix i wiele innych były wręcz oblegane w sal...
Recenzja | Breath of Fire IV Seria Breath od Fire zadebiutowała w 1993 roku na pełnym dobrych jrpgów SNESie, jej poszczególne części są z sobą fabularnie bardzo luźno (wręcz symbo...
Recenzja | Dr. Jekyll & Mr. Hyde Gra ochrzczona znakiem jakości przez Nintendo i bierzmowana kilogramem łajna przez Jamesa Rolfe’a osiągnęła dzisiaj status legendarnej wśród najgorszy...
Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, RPG, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox

16 Comments

  1. No stary pojechałeś konkretnie po bandzie bo przypomniałeś mi wszystko to za co uwielbiam jamrajca ;)
    Trzecia część była, jest i będzie moją ulubioną. To kompilacja najlepszych pomysłów i rozwiązań plus parę nowinek jakie psiaki włożyli w ten tytuł.
    Zgadzam się całkowicie co do modelu jazdy na motorze – chociaż poczatkowo byłem zafascynowany taką nowością. Chociaż motyw w filmie bardzo mi się podobał to w samej grze nienawidziłem poziomów z goniacym nas kamieniem czy triceratopsem. Ilość poziomów jednak była ogromna a różnorodność sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie. Poziom trudności jak zwykle godny czasów szaraka – czyli taki jakiego gimby nie znajo.
    Cholera, ze nie mam przy sobie psp bo po zanurzeniu się w nostalgiczna reckę aż ślinka cieknie by pograć i nabierać pełne kosze jabłek i prawdopodobnie skonczyloby się na paru setkach… ;)
    Dzieki za reckę rudzielca :)

  2. Teee naczelny z szuflady te wpisy wyciągasz w takim tempie? Poyeeebanyyy! Widzę, że ostro muszę przysiąść bo Prezes ma pincet tekstów w zanadrzu!

    Do rzeczy:

    Crashe – cudowne, grywalne, ładne natychmiastowe platformery – po dziś dzień dające radochę. Najwięcej czasu spędziłem przy opadoszczękowej jedynce, dwójke i trójke patrzyłem jak kuzyn gra i nieraz szpilnąłem.
    Swietne i zróznicowane etapy przerywnikowe, ujeżdżanie bestii, jakieś bazooki, cuda wianki. Róznorodność niczym w lunaparku!
    Posiadam w wersji cyfrowej na PS3 i chętnie przelazłbym w końcu wszystkie jego przygody!
    Dobry tekst Szefie! Bez lizania jaj!

  3. Nigdy nie zapomnę tych godzin spędzonych za dzieciaka z trzecim Crashem. Ta różnorodność poziomów i wyzwań co rusz mnie zaskakiwała i sprawiała, że nie mogłem doczekać się kolejnych plansz. Do tego wszystko wyglądało naprawdę ślicznie i potrafiło rzucić wyzwanie. Planuję sobie w najbliższym czasie odświeżyć Warped. Nie tak dawno zrobiłem to samo z Cortex Strikes Back i skoro on się nie zestarzał to trójka pewnie równie dobrze obroniła się przed upływem czasu. Będzie grane!

    • Ja na Cortex Strikes Back właśnie poluje na aukcjach, kiedyś wymasterowałem, teraz też to zrobie. To ostatnia gra jakiej mi w kolekcji PSX brakuje.

  4. To była pierwsza gra z serii z którą miałem styczność. I spędziłem w niej najwięcej czasu łącznie z Gran Turismo 2 i Tekkenem 3. O Panie, co było grane ! 105% zrobione, masa, masa wspomnień.

    • haha widzę miałeś podobny zestaw startowy do mojego :] Ja jeszcze do T3, GT2 i C3 na początku napierdzielałem najwięcej w Quake II (ten OST… aż go sobie odpale) i Syfona

  5. Zasadę „Robimy to samo tylko więcej i lepiej” stosuje się do dziś. To tylko wbrew pozorom jest łatwe, a w praktyce doprowadziło wiele serii do wymarcia. Pierwsze trzy części Crasha stanowią ewenement i najlepszy przykład jak się to robi – doskonali, nic nie psując. To zasługa budowy poziomów, które są zróżnicowane (i nie mam tu na myśli motorka, samolotu czy tygrysa) w ten sposób, że przechodzenie ich daje przyjemność, nie wywołując wrażenia monotonności. A potem przechodzenie poziomów na czas…Nikt nie narzeka na backtracking :D Przeszedłem ją kilkukrotnie, oczywiście za pierwszym razem masterując na 105% zgodnie z poradnikiem ;) Stopień zagmatwania, aby to osiągnąć jest absurdalny. Bez podpowiedzi nigdy bym nie wpadł na to, żeby wjechać w znak drogowy… Dzisiaj twórcy nie stosują już takich zabiegów. To wszystko świadczy o wyjątkowości tej gry, w którą TRZEBA zagrać, a jedynkę i dwójkę tak na prawdę można sobie darować.

  6. Jedynkę, choć trudniejsza od Warped, wymasterowałem do końca. Niestety w trójce ta sztuka już mi się nie udała, ze względu na czasówki – fakt kilka złotek udało mi się zaliczyć, ale przy kolejnych już nerwowo nie wytrzymywałem. Mimo to, bardzo fajnie grało mi się w trójkę, która od pierwowzoru zdecydowanie bardziej mi się podobała. Ulubiony level to na pewno starożytny Egipt, przypadły mi do gustu również jazda na tygrysie oraz popylanie torpedoskuteroczymś. Być może kiedyś zabiorę się za pełne „scalakowanie”, ale na pewno do tej części jeszcze wrócę.

    • Czasówki to prawdziwa zmora tej części. Pierwsze poziomy są jeszcze dla mnie osiągalne po kilku próbach ale im dalej w las tym gorzej. Oj ta, dobrze że Sony zrobiło naprawdę odpornego na wstrząsy pada bo inaczej zbankrutowałbym na ciagłych wymianach na nowe, heh

      • Do czasówek mam mieszane odczucia, jedne mnie nakręcały, a jedne odrzucały. W etapach chodzonych są super, ale np. w samolotach dałem sobie spokój.

        • Osobiscie podziwiam ludzi co zrobili calaka z czasówek bo dla mnie to wrecz niewykonalne. I chociaż daleki jestem od oglądania wszelkiej maści lets plejów to kiedyś z ciekawości chyba wezmę i obejrze na yt jak ktoś bije kolejne czasy bo moje umiejętności nie dopuszczają możliwości zaliczenia.

  7. Trzecią część Crasha przeszedłem kilka razy, ostatnio nawet na ps3 jakies 2 lata temu i co tu dużo gadać gierka wymiata, ale jednak z całej trylogii trójka jest dla mnie najgorsza. Moim zdaniem przesadzili trochę z tygryskami, samolotami, motorami, skuterami, dinozaurami do tego etapy wodne i zostało za mało platformera, oczywiście bardzo lubie pojeździć na tygrysku, ale tutaj jest tego za dużo, dlatego wole jedynkę i dwójkę.

  8. Ta różnorodność w Crashu 3 to trochę miecz obusieczny. Niektóre atrakcje bardzo przypadają do gustu (dla mnie samoloty i tygrys) aa niektóre mniej (motor i woda). Trójeczka mimo wszystko najbardziej przypadła mi do gustu. Jest zdecydowanie najładniejsza i najlepiej dopracowana. W dwójce mało precyzyjne było sterowanie krzyżakiem.

  9. Jezu, ale przywołałeś wspomnienia!
    CRASH to była jedna z gier dla których kupiłem – niby bratu, na komunię ;) – PSOne. Absolutnie kultowa pozycja! Niedawno nabyłem w PSN wersję na PS3 – nadszedł czas, żeby odświeżyć tą pozycję! W końcu coś trzeba robić siedząć w domu na L4 :)

  10. A dla mnie numero Uno to numeru Due, czyli Crash z numerkiem 2.
    Jedynkę kojarzę z przewalonego poziomu trudności, wyżymającego cochones. Przegięte bonusy, w których zamiast dostania żyć byłeś dmuchany w rzyć.
    Dwójeczka naprostowała graczy sado-maso w kierunku mniejszego hardcora. Do tego właśnie ta część miło mi się kojarzy bo zanabyłem ją za dobrego winiacza od spragnionego żula;)
    A trójeczka za kolorowa dla mnie. Wersja dla fanów LGBT :P
    ps. idę ogrywać Blacka – poziom hard – na PS2. Kolorowe jabłka zostawiam dla niewiast :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*