Recenzja | Silent Hill

silen hill recenzjaWgryzanie się w klasyczne gry z gatunku horroru zawsze szło mi drogą okrężną. Prosty przykład – Resident Evil, gdzie zaczynałem trylogię od części trzeciej, a później było to już wybitne skakanie pomiędzy tytułami, które purystów chronologii przyprawiłoby to o zawał.

 
 

Trochę wstępniaka

W przypadku Silent Hill sytuacja wyglądała tak, że zacząłem od części drugiej i… w zasadzie na tym skończyłem, bo przez długie lata nie miałem z serią styczności (poza krótkim epizodem z demem pierwszej części). Byłem jeszcze dzieciakiem, kiedy dowiedziałem się o tym tytule. Wtedy „dwójka” zrobiła na mnie kolosalne wrażenie (combo nocna pora + słuchawki wprowadzały stan bliski zawałowi i zabrudzeniu spodni, czyli prawie zgon). Ale ja w sumie nie o tym… wróćmy do części pierwszej, bo na dwójkę przyjdzie jeszcze pora.

Z pierwszą przygodą na Cichym Wzgórzu zapoznałem się za pośrednictwem handheldowego trupa jakim jest Vita (sądzi tak pewna grupa konsumentów, ja jak na złość mam odmienne zdanie). W celu większej wczuwy wyłączyłem światło w pokoju i nałożyłem na uszy słuchawki. Przywitał mnie dobrze znany motyw serii, a później rozpoczęła się podróż do najgłębszych czeluści piekła.

Początek podróży

W grze wcielamy się w postać Harry’ego Masona, który razem z córką wybiera się na wakacje i jego trasa przebiega przez Silent Hill. Jak możemy się domyślić, podróż nie idzie według założonego planu i dochodzi do wypadku, kiedy przed maską samochodu pojawia się postać małej dziewczynki. Harry w celu uniknięcia zderzenia wykonuje niebezpieczny manewr i uderza w pobocze. Po odzyskaniu przytomności okazuje się, że jego córki nie ma w pojeździe, więc czym prędzej wyrusza na jej poszukiwania.

Wystarczy chwila, żeby się przekonać, iż z miastem jest zdecydowanie coś nie tak. Gęsta mgła, którą można kroić nożem, niepokojące dźwięki i absolutny brak żywej duszy. Poczucie osamotnienia towarzyszy nam praktycznie przez całą grę, dlatego napotkanie drugiego człowieka przynosi chwilową ulgę i moment wytchnienia. W mieście przebywa kilka osób, które będą miały wpływ na przebieg misji Harry’ego. Pierwszą napotkaną postacią jest policjantka Cybil, która pomaga w poszukiwaniu córki Masona – Cheryl. Na swojej drodze napotkamy i innych. Zagubionych, przerażonych obecną sytuacją, ale także takich, którzy wydają się wiedzieć dlaczego wszystko trafił szlag. Ich prawdziwe intencje nie zawsze będą widoczne, ale o tym przekonacie się sami.

Pozornie Silent Hill wydaje się być miastem opuszczonym, ale bardzo szybko zło czające się w zakamarkach wyprowadza nas z tego błędu. Ulice nie są bezpieczne, bo grasują po nich groteskowe potwory, które tylko czekają, aż zbliżymy do nich na wyciągnięcie paszczy lub szponów. Gęsta mgła skutecznie uniemożliwia dostrzeżenie niebezpieczeństwa.

recenzja Silent Hill

Dwa oblicza miasta

Ciche Wzgórze ma dwa oblicza. Jedno z nich to senne, monotonne, spowite mgłą miasteczko. Natomiast drugie… to sen sadysty, który nie ukrywał swoich inspiracji okultyzmem i złem w czystej postaci. Próbkę drugiego wymiaru miasta otrzymujemy niemalże na samym początku gry, co zwiastuje wycie syren i nagle zapadająca ciemność. Przemiana jest totalna. Wnętrza budynków tracą ściany, które zostają zastąpione pozszywanymi płatami skóry. Podłoga i ulice miasta przeistaczają się w siatkę drutu, spod którego bije bezkresna, czarna pustka. Wszędzie walają się trupy, krew spływa ze ścian. Jakby tego było mało pojawiają się również nowe potwory, o wiele groźniejsze i bardziej śmiercionośne.

Największe wrażenie zrobiła na mnie przemieniona szkoła oraz szpital. W szkole byłem atakowany przez małe, pokraczne bestie z długimi szponami. Niewykluczone, że byli to przemienieni uczniowie szkoły, co samo w sobie wprowadzało duże uczucie niepokoju. Natomiast w szpitalu musiałem zmierzyć się z zainfekowanym personelem medycznym. Ich nienaturalne ruchy i wydawane odgłosy sprawiały, że chciałem wydostać się stamtąd jak najszybciej.

recenzja Silent Hill

W starciu z potwornościami Silent Hill jednym z naszych najwierniejszych sprzymierzeńców okaże się radio. Działa ono jak swoisty radar wykrywający zagrożenie – w momencie zbliżenia się do poczwary zaczyna wydawać ostrzegawcze dźwięki. Nieraz pozwoli nam to uniknąć starcia i zaoszczędzić trochę amunicji. A skoro już przy kwestii aplikowania żelaza we wrogie organizmy jesteśmy… W starciach z bestiami Silent Hill nie jesteśmy bezbronni. Twórcy zapewnili nam mały arsenał potrzebny do przetrwania. Początkowo będzie to jedynie pistolet i nóż kuchenny, ale później znajdziemy chociażby strzelbę, karabin myśliwski, czy topór i młot do walki wręcz. Niektóre bronie zdobędziemy w trybie Next Fear, o którym napiszę później.

Jeżeli chodzi o bestiariusz to przyjdzie nam walczyć z ciekawymi egzemplarzami miejscowej fauny. Zmutowane psy, obdarte ze skóry pterodaktyle (umownie je tak nazywając), małe bezgłowe pokraki ze szponami, duże pokraki ze szponami, opętana służba zdrowia plus paru bossów.

Pióro potężniejsze jest od strzelby

Silent Hill jednak nie walką z potworami stoi. Jest to dodatek, który tak na dobrą sprawę można niemalże całkowicie pominąć. Potworom można z łatwością „nawiać”, mówiąc kolokwialnie. Widać to również na przykładzie walk z bossami. Nie są one zbyt wymagające (lekki problem miałem jedynie z ostatnim). Więszkość paskud udaje się zabić w walce wręcz, nie marnując ani jednego naboju. To co jest największą siłą gry, to eksploracja, poznawanie mrocznych tajemnic miasta oraz ciekawie skonstruowane i wymagające zagadki. Zdarzyło się parę razy, że musiałem na chwilę przystanąć i zastanowić się nad rozwiązaniem. Ukończenie ich daje sporą dawkę satysfakcji.

Wspomniany przeze mnie wcześniej tryb Next Fear, jest odpowiednikiem New Game+. Przy kolejnym podejściu zwiększony zostaje poziom trudności, a w samej grze pojawiają się nowe przedmioty, bronie i… zakończenia. Właśnie zakończenia, ponieważ jest ich w grze kilka. Wpływ na to jaki finał otrzymany będą miały działania i decyzje podejmowane w trakcie gry. Silent Hill zdecydowanie nie jest  tytułem „na jedno zaliczenie”. Dodajmy do tego, że gra nie prowadzi nas za rączkę. To czy coś odkryjemy, czy nie – zależy wyłącznie od nas.

recenzja Silent Hill

Granie na małym ekranie

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, to na ekranie Vity gra prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Widać pewną ziarnistość patrząc na mgłę, ale nie przeszkadza to zbytnio. Jeżeli mam być szczery to mgła w SH 1 podoba mi się zdecydowanie bardziej, niż ta z SH 2. Nawet po tylu latach od premiery doceniam świetnie zaprojektowane lokacje, a przemiana miasta to mistrzostwo świata. Klimat splugawionego przez ukryte zło miasta wylewa się z ekranu. Ścieżka dźwiękowa uderza w niepokojące tony, rzadko racząc nas czymś, co można by uznać za „normalny utwór”. Najczęściej są to zgrzyty, skrzypnięcia, odgłos metalu trącego o metal (maksymalnie hardkorowy dubstep?). Ze sterowaniem nie ma problemów, byłem nawet w szoku kiedy odkryłem, że można stosować uniki polegające na odskoku od przeciwnika i one naprawę działają!

Jeżeli drogi czytelniku nigdy nie miałeś do czynienia z serią Silent Hill, to polecam zacząć właśnie od części pierwszej. Dla miłośników horroru jest to naprawdę ważny tytuł, bo pokazał, że gatunek nie tylko zombiakami stoi i graczy można straszyć w inny, bardziej inteligentny sposób. Osobom, które jedynkę już ograły lata temu polecam ją odkurzyć. Będziecie zdziwieni jak dobrze zniosła próbę czasu.

Retrometr

Inne artykuły:

Recenzja | Dr. Jekyll & Mr. Hyde Gra ochrzczona znakiem jakości przez Nintendo i bierzmowana kilogramem łajna przez Jamesa Rolfe’a osiągnęła dzisiaj status legendarnej wśród najgorszy...
NZBBK | Trylogia Shadow of the Beast Shadow of the Beast - gra legenda, pokazująca w końcówce lat 80-tych ubiegłego stulecia prawdziwą moc Przyjaciółki. A cóż to był za pokaz! Niesamowita...
Recenzja | Cardinal Syn Jest wiele rodzajów bijatyk. Jedne są udane, drugie mniej, a jeszcze inne to totalne crapy, których lepiej nawet kijem nie tykać. Jak jest w przypadku...
Redaktor i główny czaromiotacz. Ulubione gatunki: Wbrew pozorom nie ograniczam się tylko do RPG. Posiadane platformy: PS4, N3DS, WiiU, PC

13 Comments

  1. W końcu!! Ile ja na tę recenzję czekałem!! Bardzo dobrze mi się czytało i w końcu wiem, że warto zainwestować. Moją największą obawą było czy gra się aby zbyt nie zestarzała. Na residentach dorastałem, a otoczenie w nich jest prerenderowane, więc wracałem do nich bez problemu, a z pierwszym Cichym Wzgórzem nie miałem styczności. Naraziłeś mnie chłopie teraz na wydatki, bo ceny na allegro działają niczym syrena na mój portfel.
    Świetna recka ;-)

  2. Silent Hill to mój horror życia. Wcześniej miałem do czynienia z Residentami, ale stoją one na innej półce – również ulubionych i niezapomnianych. Dlaczego na innej półce? Ze względu na poziom i rodzaj strachu. Najlepsze momenty RE to właściwie Jump-Scary. Silent Hill przytłacza chorym klimatem, który trwa i męczy psychicznie. Ulgę przynosi zakończenie etapu i przywrócenie pory dnia. Czegoś takiego nie doświadczyłem wtedy w żadnej innej grze. Koszmarna transformacja poznanych wcześniej korytarzy, która zmieniająca infrastrukturę, zagradzając przejścia kratami z ponadziewanymi, rozszarpanymi członkami, ściany ociekają krwią. Gracz błąka się Jump scary też się znajdą. Jest wszystko co powinno być w NAJLEPSZYM horrorze. Wyznaczył standardy, które wszyscy później chcieli naśladować.
    Jako 13-latek poległem w szpitalu. Przyszedł wieczór, a grałem już kilka godzin i w pewnym momencie odkrywanie dalszych pomieszczeń stało się zbyt trudne. Nie do zniesienia. Odłożyłem pada i oznajmiłem koledze, że nie dam rady już w to grać. Zdziwił się, bo oglądanie zawsze jest łatwiejsze od sterowania postacią. Pozbyłem się wtedy gry (sprzedałem ją, za kilka złotych – wiadomo;) ), żeby wrócić do niej kilka lat później:) Musiałem.

  3. Oj, to była gra… Pierwsze SH pozamiatało mną równo w tematyce wejścia w horrory – ale jak mogło być inaczej, kiedy masz ile, 12 lat?, za oknem ciemnica, rodziców nie ma w domu, a ty z bratem sprawdzasz, co tak puka w tej szafce… Od tamtego czasu kolejnych gier z serii podświadomie unikałem aż do zeszłego roku, kiedy to jeden po drugim zaliczyłem Downpour i Book of Memories (wiem, źle zrobiłem!). Trzeba będzie kiedyś nadgonić dwójkę i trójkę… choć niestety już nie na Vicie. Ale replay SH1 to mus.

  4. Mimo iż nigdy fanem horrorów nie byłem (jakoś tak wyszło), to miałem okazję pograć z kumplem w SH w okolicach premiery, gdy miałem nieco mniej wiosen na karku. Graliśmy z opisem a i tak sraliśmy. Pamiętam w szkole jak z szafki wyskoczył chyba kot, kurde! Potem niby na spokojnie już oczekiwaliśmy wyjścia czegoś z szafki, ale jak ten porąbany dzieciak z niej wyskoczył by nas wpierdolić to omal z kanapy nie spadłem. Gry oczywiście nie skończyliśmy ;)

  5. U mnie pierwsza styczność z opisywanym Sajlentem miała miejsce dość późno, bo jakieś trzy-cztery lata po premierze gry. Gdyby nie podjarany fumfel z klasy, pewnie czas ten by się jeszcze wydłużył. W każdym razie pierwszy SH z miejsca zaskarbił sobie moją uwagę. Świetny początek owiany tajemnicą, pierwszy moment kiedy zapadł zmrok i ta zabawa kamerą w ciasnym korytarzu wraz z udźwiękowieniem stworzyły świetną wczówkę. A potem to już cud, miód i orzeszki. Nawet dzisiaj mam opory przed wejściem do tych pieprzonych kanałów – nigdy nie lubiłem tam latać ze względu na spadające z sufitu potworki z pazurami. Zagadki to także klasa, a ta pierwsza z fortepianem już chyba zawsze będzie mi się śnić po nocach. Pamiętam jak właśnie z powyższym kumplem kminiliśmy aby ją rozwiązać, a i tak w końcu skorzystaliśmy z opisu. Hehe wspomnianego przez Repa kota próbowałem nawet zatrzymać w tej szafce, bo myślałem że dzięki temu zrobię jakiś krok do odblokowania fałszywego zakończenia. Ehh, piykne czasy. W sumie to faktycznie dawno nie odkurzałem tej części:)

  6. W pierwsze SH grałem sporo lat temu, ale nigdy nie zapomnę wejścia do miasta czy też nagłej przemiany szkoły oraz szpitala. Owszem wcześniej grałem w Resident Evil więc nie jako miałem już za sobą grę z gatunku survival-horror, ale Silent Hill pokazał, że można straszyć nie tyle zombiakami co samą atmosferą. To było coś :D

  7. Gra legenda… to jedyna pozycja, przy której zasiadało sie z kumplem do konsoli i pół godziny się sterczało w jednym miejscu. A jak człowiek się zdobył na odwagę ruszyć to padało to magiczne ” ale na pewno wchodzimy w tą mgłę? ” … chwila ciszy i dalej sie sterczało. I z takim podejściem nigdy nie przeszedłem SH za gówniarza ale po paru latach tytuł się odpaliło i przeszło podczas świąt bożonarodzeniowych heh niezapomniany klimat i świąt i samej gry

  8. Kiedy wracam wspomnieniami do tej gry, targają mną sprzeczne emocje. Z jednej strony powracam myślami do kapitalnie oddanego przez twórców klimatu grozy, z drugiej do kapitalnie oddanego przez twórców klimatu grozy. Chęć rozwiązania tajemnicy miasteczka pchała do dalszej jego eksploracji, ale jednocześnie piekło, przez jakie trzeba było się przedrzeć praktycznie samemu będąc 16sto latkiem ślęczącym po nocach w kuchni (miałem remont pokoju), wywoływało we mnie iście traumatyczne doznania. Drżałem przed każdym kontaktem z tą grą niczym redaktor naczelny Repip przed uświadomieniem sobie, że kolejny „ostatni” już growy zakup nie będzie tym ostatnim. Przeszedłem tę grę kilka razy aby odkryć wszystkie zakończenia, ale po zmroku w samotności dotarłem do (upragnionego jak w żadnej innej grze) końca jedynie raz. Potem tytuł odpalałem w obecności rodziny w samo południe. No ale ja jestem miękkim robiony, więc straszne mi wszystko co straszy. Niesamowita atmosfera zaszczucia, to coś co mnie zmiażdżyło. Ta beznadzieja, te dzieciaki z nożami, kolejne obskurne korytarze szpitala… Dla mnie to jedno z niewielu gamingowych tworów, którego nota waha się od czerwieni do zieleni (używając tutejszej nomenklatury), w zależności od tego jakiego rodzaju wspomnienie związane z tytułem akurat mnie nawiedzi. Nie polecam wesołym ludziom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*