Publicystyka| Top 10 gier na Pegasusa by Prezesowa

Pegasus był konsolą, której długo nie doceniałam. Wynikało to z faktu, że towarzyszył mi odkąd pamiętam, zaś przeskok na PSXa był wręcz ogromny. Gdy tylko pojawiła się w moim domu szara konsolka w towarzystwie płytek o czarnym spodzie, podróbka podróbki poszła trochę w odstawkę. Po kilku latach i odkryciu emulatora moje serce (innym pewnie konar :p) zapłonęło na nowo. Znów zaczęłam zdobywać gry na poczciwego Pegaza, a także notowałam skrzętnie passwordy z ukończonych gier. Tym razem do rozstania już nie doszło, fascynacja trwa nadal, szczególnie że oficjalnie wydano ponad 700 gier, więc sporo przede mną. OSOBY WRAŻLIWE PROSZONE SĄ O OMINIĘCIE TEGO ZDANIA. Z pewnością ograniczony budżet nie pozwoli mi na sięgnięcie po wszystko, więc znów zbawienny będzie emulator. MOŻNA CZYTAĆ DALEJ.

Zainspirowana innymi wpisami postanowiłam również pokusić się o stworzenie własnej listy. Wiadomo, niektóre gry się „przejadają”, kiedy non stop się je tłucze, inne znowu odkrywamy i zaślepienie odbiera nam umiejętność rozsądnego sądu. Postaram się, aby wybór był gdzieś pośrodku, choć z pewnością w podjęciu decyzji o części tytułów decydująca będzie dziecięca fascynacja towarzysząca pierwszym konsolowym przygodom. Dopowiem też to, co moi zacni poprzednicy – jest to wybór subiektywny, bliżej mi do casuala niż hardkorowca, dlatego wielu z Was na pewno się nie zgodzi częściowo lub nawet zupełnie. Zawsze jednak można podyskutować, jednak proszę o odłożenie ciężkich narzędzi, mających wyperswadować mi pewne wybory ;) Zapraszam zatem do zapoznania się z moim top 10 gier na Pegasusa (NESa/Famicoma).

10. Ice Climber

Uwaga, będzie sucho: oto gra, dzięki której dotrzesz na szczyt (koniec suchara, można zacząć się śmiać, ewentualnie się z lekka uśmiechnąć, by nie było mi przykro)! Ice Climber przedstawia losy dwóch Eskimosów, którzy wyruszają na kolejne góry. Nie są one jednak standardowe, znane nam z otaczającej przyrody, ale raczej przypominają piętrowy budynek, po którym wspinamy się na coraz wyższe piętra. Z levelu na level jest coraz ciężej, gdyż na trasie przeszkadzają nam foczki (w wersji amerykańskiej było to bliżej niezidentyfikowane yeti, bo przecież gra w takiej formie budzi nienawiść do fok, Greta powinna się tym zająć), upierdliwe ptaki oraz spadające sople. Do tego dochodzą platformy śliskie, uciekające, niewielkie. Frajdy z gry jest mnóstwo, do tego muzyczka, która pozytywnie nastraja – zwłaszcza po przejściu konkretnej planszy. Najwięcej radości daje, gdy się gra we dwójkę, wskakuje na wyższe platformy, kiedy druga osoba traci przez to życie. Ten tytuł zakończył niejedną przyjaźń. Kolega mi mówił…

9. Three Eyes Boy / Pokemon Red Version / Mitsume ga Tooru

Wspaniała gra i jeden z najbardziej epickich soundtracków na NES-ie. Dowiedziałam się niedawno, że powstała na bazie anime, niemniej sięgając po nią nie miałam o tym pojęcia. Przejmujemy stery nad łysym chłopcem (Sebiksem) z trojgiem oczu, który ma za zadanie odnaleźć swoją dziewczynę porwaną przez „złych”. W czasie akcji ratowniczej stają mu na drodze zwykli przeciwnicy, ale też ciekawi bossowie. Nasz bohater może kupować lepsze strzelanie, apteczkę czy życia, zdobywać bonusy – kogut wyrzucający kasę, tego jeszcze nie było – jak również korzystać ze specjalnej strzały, kiedy musi dostać się na wyższe kondygnacje (taki odpowiednik pieska z MegaMana). Grałam też w hack Pokemon Red Version, gdzie zamiast chłopca sterowaliśmy Charmeleonem i mieliśmy bodajże o jednego bossa mniej. Świetna grafika, wymagająca przygoda, polecam bardzo!

8. Banana Prince

Książę Bananów, który sadzi fasolkę, pozwalającą mu wzbić się w górę. Japończycy to jednak mają fantazję. Platformówka w świecie owoców i warzyw połączona z quizem i masą mini gierek. Piękne levele, dobra muzyka – utwór z pierwszej planszy do teraz siedzi mi w głowie, choć ostatni raz sięgałam po Księcia już jakiś czas temu. Pamiętam, że miałam tę grę jako dziecko w wersji oryginalnej. Co za tym idzie, nie umiałam udzielać odpowiedzi na pytania, a bez tego nie da się przejść całej gry. Pewnego razu mojej rodzicielce się udało randomowo wygrać. Dopiero po latach, gdy na emulatorze miałyśmy wersję niemiecką, okazało się, że pytania były niezbyt wymagające, gdyż twórcy pytali nas choćby o… kolor banana. Raj dla fanów platformówek, nie tylko pań z warzywniaka.

7. Kamen no Ninja Hanamaru / Yo Noid

Przygody „Chłopca z ptakiem”, jakkolwiek by to nie brzmiało, były mi zawsze bardzo bliskie. Nasz protagonista otrzymał zadanie pomocy dzieciom, które przez najazd „tych złych” straciły możliwość psot na placu zabaw (pewnie somsiad uznał, że są za głośno). Stąd też tytułowy bohater wyrusza w podróż, gdzie atakuje przeciwników ptakiem (tym, który mu siedzi na ramieniu, oczywiście) i przemierza kolejne fragmenty ciekawie zarysowanej planszy. Na trasie są levele w stylu kosmosu, westernu, pojawia się jazda na deskorolce, goniąca nas plansza, ale też dwa, fajnie sprawdzające się elementy. Po pierwsze, co kilka plansz mamy do rozegrania pojedynek karciany z bossem. Po drugie, w niektórych miejscach ukryte są mini gry, w czasie których mamy uderzać młotkiem na wyskakujące z dołu postaci. Dosłownie ukryte, ponieważ nie są w żaden sposób oznakowane, zaś musimy po prostu wskoczyć w jakiś element krajobrazu. Odkryłam cztery, ale nie wykluczam, że jest ich więcej. Z kolei Yo Noid, amerykański odpowiednik, w roli głównego bohatera umieszcza jakąś marną maskotkę pizzy. O ile jeść ją uwielbiam, tak sam pomysł wydał mi się z lekka… niestrawny.

6. Kick Master

Ta gra została już zrecenzowana na stronce, więc nie będę jej szeroko opisywać, zaś siłą rzeczy niektóre spostrzeżenia się powtórzą. Za co ja pokochałam Kick Master? Przede wszystkim za absolutnie genialny soundtrack. Twórcy chyba wiedzieli, że wykonali kawał dobrej roboty, ponieważ istnieje możliwość posłuchania wszystkich utworów w menu opcji. Podobnie można zobaczyć cały arsenał ciosów naszego bohatera, który odblokowuje się wraz ze zdobytym doświadczeniem. Fajnie zaimplementowane elementy RPG, konieczność grindowania postaci, naprawdę ciężki klimat w wielu levelach. To nie jest radosne odbijanie księżniczki z rąk zła, ale coś w rodzaju oryginalnej, niedostosowanej do odbioru dzieci baśni braci Grimm. Jak wskazuje sam tytuł, stajemy się mistrzami kopniaków, jednak obok nich mamy fajnie działający system magii, zdobywania punktów doświadczenia i dających możliwość korzystania z czarów. Wyzwanie spore, zaś po przejściu gry jeszcze większe – możemy jeszcze raz wyruszyć do zamku, tym razem na wyższym poziomie trudności.

5. Megaman / Rockman

Tego pana również nikomu nie trzeba przedstawiać. Choć ograłam wszystkie części, przeszłam tylko połowę z nich (piszę o NES-ie), tak jedynka jest moją ukochaną. Wzięło się to pewnie stąd, że to jedyny tytuł z serii, który mam od dziecka. Piękny niebieski kart, na nim nasz bohater i wrogie roboty, a na środku napis Rockman – czyli oryginalny, Famicomowy tytuł. Świetna muzyka, wysoki poziom trudności, taktyczne podejście do każdego starcia, upierdliwi przeciwnicy, potrafiący gonić nas przez pół planszy, by w najmniej spodziewanym momencie strącić na kolce… Ech, kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów :p. Kto grał w MegaMana, ten nie płacze na Dark Soulsach. Na minus na pewno brak passwordów, fajnie, że Capcom dołączył hasła do kolejnych części, choć i tak jest to seria dla masochistów.

4. Felix the Cat

Najgorsze miejsce, bo tuż za podium. Felixa poznałam już w dorosłym życiu, jednak przykuł mnie do pada na długo. To dość prosta platformówka, dająca mnóstwo satysfakcji. Nasz tytułowy bohater, który prywatnie jest kotem, przemierza kolejne światy, by uratować ukochaną (jakie to oryginalne). Po drodze zdobywa power upy, pozwalające mu sprawniej eliminować przeciwników. Jak każdy szanujący się władca świata popija mleko, zaś torby stanowią ekwiwalent uwielbianych przez te futrzaki pudeł. Do tego czasem wsiądzie w samolot, innym razem do łodzi. Zabawy jest sporo, gdyż bossowie również potrafią podkręcić tempo rozgrywki. Absolutnie jedna z najciekawszych gierek na NES-a.

3. Adventure Island III

Przygody pana Higginsa, który nazwisko otrzymał na cześć jednego z ekipy tworzącej grę, zawsze były mi bliskie. Zaczynałam od części pierwszej, która znajdowała się na jakiejś składance, pozwalającej na korzystanie z niemal nieskończonej liczby żyć. Tylko na tym karcie udało mi się ją przejść. Tymczasem dużo przystępniejsza wydała mi się część III, którą z kolei miałam na „dyskietce” z nalepką Harvest Moon. Standardowo wcielamy się w Higginsa, nieco odmłodzonego (Pegasusowy Krzysztof Ibisz), który ratuje swą oblubienicę z rąk (macek) UFO. W tym celu przemierzamy mnóstwo wysp w towarzystwie wesołego, nieco archaicznego zwierzyńca. Na trasie zbieramy różne symbole karciane, które dają nam dostęp do korzystania z różnych dinozaurów, sprawdzających się w różnych warunkach atmosferycznych i środowiskowych – powtórzenia celowe dla podkreślenia ogromnej różnorodności. Jeden może chodzić po lawie, inny nie ślizga się na lodzie, itp. Na dodatek wszystkie są bardzo słodkie, ja zawsze najbardziej kochałam foczkę. Bardzo rajcujące było odnajdywanie ukrytych jaj, które dawały opcję przelotu na inną wyspę, pozwalały wylosować nowe jajko, przenosiły nas do bonusu, gdzie jeździliśmy na desce surfingowej. Mnóstwo frajdy, niesamowita grywalność i słodka grafika przykuwały do tej gry na długie godziny.

2. Samurai Pizza Cat

Czy ktoś kojarzy tę polsatowską bajkę Samuraje z Pizza Cat? Obecnie mam tylko przebłyski, choć pamiętam, że była mocno feministyczna, bo najbardziej decyzyjną postacią była tam kotka Polly :p, niemniej grę znam bardzo dobrze, gdyż towarzyszy mi od przeszło 20 lat. Mamy w niej do wyboru trzy sierściuchy, głównych bohaterów anime. Każdy z nich ma nieco inny atak, jednak zadają te same obrażenia, dlatego możemy spokojnie przejść całość ulubionym kociakiem lub sięgać po całą ekipę, wszak wyboru dokonujemy przed każdym kolejnym levelem. Do podstawowej trójki dołączone zostały jeszcze inne zwierzaki, posiadające szczególne moce, pozwalające na przebycie pewnych fragmentów danej planszy. Mamy kota, który zniszczy głaz, inny z kolei świetnie pływa, w drużynie jest także lotnik, itp. Same rundy to typowe platformówki, czasem nieco bardziej złożone, ale na dłuższą metę nie da się tam zgubić. Każda z nich zakończona jest walką z bossem, raczej niezbyt wymagającym. Nasze zwierzaki zbierają power upy, które ulepszają ich ataki oraz regenerują pasek mocy „kotów do zadań specjalnych”. Mam wrażenie, może mylne, że Samurai Pizza Cat nie jest zbyt popularne na naszym podwórku, a szkoda, bo to świetna, łatwa i przyjemna giereczka.

1. Goal 3

Nadszedł czas na (uwaga, kolejny suchar!) numer jeden, choć tak naprawdę trzy! :p Tak, to oczywiście nie jest oryginalna, japońska nazwa i z serią Goal! nie ma nic wspólnego, lecz według mnie to absolutny król gier piłkarskich. FIFY PESY mogą się schować ;) Tylko tutaj można pozwolić sobie na ostre wślizgi, ale i uderzanie oponentów z łokcia lub demolowanie go futbolówką (nie próbujcie tego w domu!). Pamiętacie może nasz mecz z Anglikami, do którego nie doszło, bo stadion został zalany? W Goal 3 gra się w każdą pogodę, nawet jeśli przez boisko przelatuje tajfun lub bagno wciąga nam napastnika. Mamy szanse na rozegranie pojedynczych meczów, karniaków, ale i występ na mistrzostwach, do których prowadzą długie eliminacje. Możemy ustalać taktykę, wybierać muzyczkę towarzyszącą nam w czasie spotkań oraz przełączać się na wybranego gracza. Mimo mojej sympatii do Kunia zawsze wybierałam gościa z kucykiem, bo potrafił wysoko skakać, dzięki czemu ataki rywali mnie nie dosięgały. Do tego te specjalne strzały… Genialne! Uwielbiam piłkę nożną, ale wydaje mi się, że nawet osoby niezainteresowane tym sportem będą mieć frajdę z tego tytułu. Chyba, że w siedzibie Technos zagości VAR :p.

Honorowe wspomnienie:

Niedaleko poza pierwszą dyszką znalazło się także sporo innych gier, jednak już nie siliłam się na jakościową chronologię. Na pewno każda z nich zasługuje na uznanie i ma rzesze fanów, dlatego pozwolę sobie poświęcić przynajmniej po zdaniu dla tych tytułów. Spośród przygód sympatycznego jajka, najbardziej przypadła mi do gustu gra na jednej ze złotych składanek. Go! Dizzy Go! różniło się od swoich krewnych, opierało się raczej na szybkim myśleniu i unikaniu przeciwników, przede wszystkim sprawdzało się w wersji multiplayer. Wacky Races rozbrajało mnie swoją prostotą, humorem i niskim progiem wejścia, zbliżoną opinię mam na temat nieco trudniejszego Rockin` Kats/Nyankies. Jednym z moich niedawnych odkryć była gra, w którą często pocinałam za dzieciaka, lecz nie znałam jej tytułu. Insector X, na moim żółtym karcie znane pod nazwą Queen Bee, przedstawiało historię chłopca lub dziewczynki będących bliżej niezidentyfikowanymi owadami, które miały za zadanie pokonać innych przedstawicieli tej gromady. Choć daleka jestem od fascynacji „ciemną stroną mocy”, do gustu przypadły mi dość poważna Castlevania, ale i lekkie Monster in my Pocket. Od niedawna kupił mnie również mały różowy słodziak, czyli nie kto inny jak Kirby. Jakimś cudem przez całe życie nie miałam do czynienia z tą grą, trzeba jednak nadrobić zaległości. Dużo radości sprawiały mi też tytuły od Disneya, ze wskazaniem na wiewiórki i kaczki. Przykłady można mnożyć, bo NES jest naprawdę świetną konsolą i choć wielu krytyków retro uważa, że to tylko nasze wspomnienia decydują o tej swoistej nostalgii, tak do sporej części z nich można spokojnie powrócić i mieć ogromną frajdę oraz wyzwanie.

O Prezesowa 31 artykułów
Nowa na pokładzie, gotowa do pracy! Ulubione gatunki gier: jRPG-i, wszelkie Simsy, sportowe, platformówki, "GTA podobne" oraz tytuły poruszające problematykę moralną. Posiadane platformy: NES (no dobra, Pegasus), PSX, PS2, PSP, PC, od niedawna także PS3, przy czym najukochańszą jest ta pierwsza. Raczej casual niż hardcore, niemniej potrafiąca docenić tytuły kopiące w rzyć.