Recenzja | Blue Shadow / Shadow of the Ninja (NES)

Dziś odpowiemy sobie na pytanie: „Co by było gdyby 8 bitowy Ryu Hayabusa miał koleżankę po fachu”? Czy razem słaliby hordy wrogów do piachu? Czy może rzuciliby się sobie w ramiona, w ognistym romansie, na końcu którego ona i tak okrutnie skona… Zadźgałaby ją Hayabusy pierwsza żona… A może zostaliby przyjaciółmi i grali razem w warcaby, a może nawet i w bierki? Eee tam, stawiam orzechy przeciw dolarom, że ich największym hobby byłyby obierki i plasterki? Że co? Jak nie jak tak, fest krwiste i z wrogów!


BLUE SHADOW / SHADOW OF THE NINJA

NATSUME (1990) / NES 

Platformówka

Blue Shadow zostało wydane w 1990 r. na NESa, a stało się tak za sprawą Natsume. Firmy, która do zabawy podchodzi jak najbardziej poważnie. Przed właściwą recenzją na początek dodam jako ciekawostkę, że w każdym regionie gra miała inną nazwę. W Europie było to Blue Shadow, w Ameryce Shadow of the Ninja, a w Japonii po prostu Kage (czyli Shadow, znaczy cień). Jak możemy wobec tego wywnioskować – cień ninja nosi barwę niebieską;-)

Jest rok 2029, wcielamy się w wojowników klanu Iga, którzy podejmują się zadania powstrzymania złego imperatora Garuda. Liczba mnoga nie jest tu przypadkowa, bo do wyboru mamy męskiego Hayate i żeńską Kaede (parytet zachowany, nie będzie pozwu!). Mało tego, przewidziana jest tu kanapowa kooperacja. Postacie różnią się wyłącznie kosmetycznie i mają takie same zdolności. Tak samo zręcznie wymachują bronią, skaczą i podciągają się na drążku (jeden z fajniejszych myków w grze). Do dyspozycji na dzień dobry każdy dzierży katanę, ale po drodze można ją wymienić na Kusarigamę (w uproszczeniu sierp na łańcuchu). Obydwa te oręża można ulepszyć do 3 poziomu znajdując w trakcie gry ich symbole poukrywane w skrzyniach. W zasadzie polepszają one zasięg. Niestety tylko godni adepci gamejitsu będą się mogli nią dłużej cieszyć, albowiem gdy oberwiemy tracąc około 1/4 życia poziom spadnie nam do drugiego stopnia, a tracąc w sumie połowę zdrowia cofniemy się do podstawowej mocy. Podleczenie się nic tutaj nie da i trzeba będzie szukać symboli od nowa.

Oprócz broni głównych do odnalezienia są jeszcze limitowane ilościowo shurikeny i granaty. Techniką ostateczną jest poświęcenie części paska i zniszczenie wszystkiego na ekranie, ale prawdę mówiąc nie wiem jak się to robi. Przechodząc grę nie odkryłem tego, a dowiedziałem się szukając informacji w internecie. Z resztą nie wiem czy jest większy sens używania takiej mocy, bo nasza wytrzymałość nie jest łatwa do odrobienia. Oczywiście niemalże w każdej planszy jest do zdobycia co najmniej jeden woreczek z ziółkami zabliźniającymi nasze rany, ale np. każdej nowej planszy nie zaczynamy zdrowi na 100%. Kolejne etapy są bezpośrednią kontynuacją poprzedniego i zaczynamy na takim poziomie na jakim skończyliśmy poprzedni – plus parę kresek za pokonanie bossa. Lepiej więc skupić się na czystej grze bez odnoszenia obrażeń. Tym bardziej, że jak wspomniałem wcześniej, pozwala to na zachowanie broni na najwyższym poziomie. To w ogóle dosyć częsty zabieg w grach Natsume – im jesteś lepszy tym zasługujesz na więcej. Podobnie było chociażby w Shatterhandzie.

Sama gra jest średnio-ciężka. Projekt poziomów wymusza na nas sprawne posługiwanie się padem, ale wiele wybacza. Jesteśmy raczej w stanie sporo przyjąć na klatę. Nie ma śmiercionośnych kolców, a przepaście nie zabijają od razu tylko grzecznie teleportują na bezpieczny grunt zabierając tylko część sił witalnych. Z drugiej strony, jak już pisałem, po pokonaniu „szefa” odnawia się tylko część zdrowia, na całą grę mamy tylko 5 kontynuacji i w każdej tylko jedno życie. Są więc ułatwienia i utrudnienia – ogółem tak w sam raz na grę średnio-trudną ;-) No i zawsze można grać we dwoje. Jak to wypada? Różnie. Z jednej strony z kompanem zawsze raźniej. Ponieważ nie ma żadnych dodatkowych przeciwności takich jak dodatkowe pułapki, zwiększona ilość wrogów, czy cokolwiek innego, w grze kooperacyjnej teoretycznie jest łatwiej. Jeśli jednak nastawieni jesteśmy na ukończenie tytułu lepiej dobrać kogoś z odpowiednim „skillem” ponieważ dostępne kontynuacje są dzielone. Jest ich tyle samo jak w singlu, czyli pięć. Jeśli więc towarzysz będzie zamulał i wykrwawiał nas z „continue” ostatecznie zostaniemy sami na lodzie, żeby nie powiedzieć w dupie.

Plansze są całkiem zróżnicowane. Nie ma tu oklepanych poziomów w tematyce ognistej i zimowej. Przygodę zaczynamy na statku w burzową noc. Cały czas leje deszcz, a co jakiś czas niebo rozświetlają błyskawice. Później trafiamy do zrujnowanych wojną miast, baz wojskowych czy fabryk. Jak przystało na Natsume duża waga przyłożona jest do szczegółów. A to flaga powiewająca na wietrze, dmuchająca para z kominów czy obracające się tryby maszyny. Podobnie było w grze Shatterhand i tutaj również wykazali się swoim kunsztem. Przeciwnicy to zwykle humanoidy czy to ludzie z krwi i kości czy opancerzone cyborgi. Czasem trafia się jakiś większy robot. Nie są zbyt wymyślni, ale rzadko się powtarzają i każda plansza ma swój własny wachlarz adwersarzy za co należy się butelka dobrego wina. Postacie głównych bohaterów są niemalże monochromatyczni (jeden w odcieniach niebieskich, drugi różowych), ale rozumiem że było to podyktowane trybem dwuosobowym i wymuszone ograniczeniami 8-bitowego sprzętu. Muzyka stoi na przyzwoitym poziomie jak i całe udźwiękowienie w charakterystycznym dla twórców stylu.

Co mi nie zagrało w Blue Shadow to miejscami spowolnienia szczególnie pojawiające się w grze kooperacyjnej. Jest taki jeden moment, w którym dosłownie doświadczamy pokazu slajdów. W większości przypadków uważam, że poziom trudności jest uczciwy, ale są przypadki otrzymywania ataków zza ekranu co jest durne. Robią tak przeciwnicy rzucający bumerangiem (swoją drogą fajnie, że można je strącić uderzeniem miecza), a w późniejszym etapie walą do nas laserowe działka.

Reasumując Blue Shadow to bardzo przyzwoita gra. Jest całkiem przyjazna graczowi, ale nie zwalnia go z trzymania się na baczności. Czysta gra zostanie nagrodzona i przyniesie więcej satysfakcji. Dostępny tryb dla dwóch graczy to zawsze dodatkowa frajda, ale obarczony jest technicznymi problemami w postaci miejscowych spowolnień. Zdecydowanie polecam zasiąść dla ciekawego gameplayu opatulonego w dobrze wykreowanym klimacie.

Retrometr

O Czarny Ivo 36 artykułów
Redaktor. Ulubione gatunki: platformówki, przygodówki (akcji), hack n’ slash, mordobicia i wszystko co dobre, czyli nie sportówki. Posiadane platformy: Pegasus, NES, SNES, Nintendo 64, GameCube, Switch, Sega Mega Drive, PSX, PS2, PS3, PS4, 3DS i Amiga 500.