Recenzja | Bruce Lee III (Commodore 64)

Oj tak…, trochę wody w każdej z rzek już upłynęło, nim to ostatni raz czytaliście jakieś moje wypociny. Covid, covidem, ale praca nie rozpieszcza i trzeba się jej oddać w całości. Wiem, że to takie mega usprawiedliwienie przed Red Naczem (repip) i jego Red Apaczem (Borsuk), że zalegam z tekstami i w ogóle. Ale tak naprawdę jest. Jeśli się po wielu, wielu godzinach spędzonych przed komputerem wraca do domu i w mózgu masz papkę, która jest spowodowana intensywnym myśleniem o rozwiązaniach w naszej spowitej wirusową pandemią branży IT, które mają rozwiązać problemy codzienne ludzkości… to sami wicie, rozumicie, nie jest lekko wznieść się na wyżyny i coś sensownego sklecić w kilkunastu słowach. Rozmowa z żoną czy dzieckiem jest wyzwaniem, by gadać z sensem a nie bezsensem 😊. Samo granie też nie jest łatwe, bo człowiek od patrzenia w monit już nawet nie dowidzi, a i skupić się nie za bardzo można i osiągnąć cokolwiek sensownego. No może by w ruskie jajka jako tako się dało… Ale przychodzi czas, że człowiek się adaptuje, dostosowuje i zaczyna z robotą wyrabiać. I najważniejsze – za tekstem pisanym tęskni i zaczyna obmyślać w głowie, co by tu naskrobać i co tu Red Naczom i Apaczom obiecał. Zatem jedziemy z tym koksem i dzisiaj na tapetę idzie Bruce Lee karate mistrz (jak to śpiewał Piotr Fronczewski aka Franek Kimono). Zatem na początek wprowadźcie się w nastrój.

Tak, nie pomyliliście się, właśnie on – Bruce Lee. Powiecie, że przecież to już było, że już Borsuk pisał o pierwszym a ja o drugim. Tak, to wszystko prawda, ale przecież taki mistrz musi mieć jeszcze wincyj odsłon. To nie byle jaki Chuck Norris, o którym gier się nie robi, bo się go komputery boją (a może się robi? Ktoś wie czy jest jakaś?). Dlatego też tym razem idziemy na trójeczkę (dwójka w połączeniu z jedynką?), znaczy do trójeczki. Przed Wami Bruce Lee – Return of Fury.

Jako wierny fan serii z kopańcem (karateką znaczy), nie mogłem obojętnie przejść wokół tego tytułu. Nie jest to gra stworzona przez tych samych twórców (oryginał wyszedł spod palców Rona J. Fortiera i wydany został przez różne firmy, w zależności od platformy), tylko przez Vidara „dmx” Banga. Autor tej odsłony użył oryginalnej gry i zawartych w niej tilesów, do tego, by stworzyć całkiem nowy tytuł oparty o tego samego bohatera. Nie mogłem zatem odmówić umieszczenia pliku z grą w moim emulatorze (względnie dyskietki w stacji dysków, czy obrazu dyskietki w sd2iecu lub uk1541). Musiałem sprawdzić co to jest i czy się biedny chłopina Bruce Lee nie zestarzał. Zatem co my tu mamy? Klasycznie czy nie?

BRUCE LEE III – Return of Fury

VIDAR „DMX” BANG (2020)

ACTION-ADVENTURE / KOMNATÓWKA / PLATFORMÓWKA

Z ELEMENTAMI BIJATYKI

COMMODORE 64

Na sam widok ekranu ładowania gry, ślinka zaczyna lecieć. Znaczy nie z patrzenia na klatę Bruce’a, tylko na myśl o rozgrywce :)

Powiem od razu tak – nie jest źle. Ale nie jest idealnie. To znaczy sama rozgrywka jest klasyczna – ciągle jest to ten sam dobry szpil co wcześniejsze dwa. Bruce Lee jest tak samo zbudowany, kolorystyka jest podobna, komnaty są zbudowane w podobnym stylu i kolorystyce. Ta sama co w oryginale muzyka i dźwięki. Wszystko jest na miejscu. Sama rozgrywka również jest zbalansowana – choć w niektórych miejscach poziom trudności może przerastać tych, którzy nie są obeznani z tego typu grami i nie mają wyspecjalizowanych palców (na klawiaturze) lub rąk (na joysticku). Wszystko pasuje, wszystko gra, tylko coś nie gra. Później Wam powiem co. Na razie skupmy się na tym co się tu wyprawia.
Gra podczas ładowania wyświetla bardzo ładnie zrobiony obrazek Bruce’a Lee i leci w tle bardzo fajna muzyczka. Po załadowaniu pojawia się ekran startowy, w którym możemy wybrać kilka opcji i rozpocząć grę.

Bruce, jak zwykle, ma przechlapane – musi ciągle biegać i uciekać i skakać…

Jakież to opcje mogą być dostępne, zapytacie? Ano autor przygotował dla nas dwa tryby gry – łatwy i trudny. Łatwy – umożliwia trening w tym nowym, stworzonym przez autora świecie. Przeciwnicy są tutaj mniej agresywni i ciut bardziej ślamazarni. Do tego mamy możliwość kontynuowania gry w miejscu, w którym utraciliśmy ostatnie swoje życie. No i kolejny raz mogę Was zapewnić, że to się przydaje, ponieważ przyjdzie Wam trenować niektóre ekrany po kilka razy, nim je będziecie mogli ukończyć. Znamy przecież z poprzednich wersji miejsca, w których wymagane są skoki pixel perfect, czy odpowiednia synchronizacja skoku, czy rzucenia się na niższy poziom, by uniknąć zmiażdżenia przez przelatujący bloczek lub prąd. Pamiętajcie, co mówi Borsuk san! Trening czyni mistrzem! Drugi tryb – trudny – jest już dla totalnych ekstremalistów i wymiataczy. Po pierwsze nie mamy kontynuacji – więc tracisz ostatnie życie i zaczynasz od początku, a po drugie – przeciwnicy są szybsi i dużo łatwiej jest im Cię dopaść. W obu przypadkach – zarówno w trybie łatwym, jak i trudnym – widać, że AI (inteligencja) przeciwników została dopracowana. O ile w poprzednich częściach można ich było łatwo wykiwać i biegali po miejscach, gdzie Cię nie było, o tyle w tej części lepiej kombinują i Cię umieją przydybać, a po ich unicestwieniu respawn odbywa się blisko Ciebie, żeby od razu Cię móc atakować.


Dla miłośników kanapowego coop-grania, autor przygotował nie lada gratkę. Już z poprzednich części znamy to, że mogliśmy grać w dwójkę – i kolega/brat/siostra/kto tam chcesz, mógł sterować zielonym Yamo i próbować przeszkodzić Ci w ukończeniu gry. W tej odsłonie, mamy dodatkowo możliwość gry czarnym Ninją (nie tylko Yamo). A żeby tego było mało, to jeśli ktoś ma w swoim komodorku adapter umożliwiający podłączenie więcej niż dwóch joysticków – może zaprosić trzeciego kolegę do rozgrywki. Zatem będzie dwóch na jednego – czyli banda łysego. Dwóch kolegów goniących Cię po świecie gry – to już będą nie przelewki, bo wiadomo, że ludziska mądrzejsze niż AI 😊 Sama gra po uruchomieniu prezentuje się tak, jak poprzednie wersje. Kolory, etapy – to wszystko się nie zmieniło. Autor przyznaje, że przy istniejących ograniczeniach sprzętowych i pamięciowych, trudno było o jakieś bardzo wyrafinowane poziomy – aczkolwiek trzeba przyznać, że niektóre są naprawdę ciekawie skonstruowane. Choć są również takie, które znamy już z oryginału. Naszym celem jest pokonanie kilkudziesięciu (bliżej niższej liczby dziesiątek) etapów, w których czyhają na nas standardowe przeszkody i niebezpieczeństwa. Mamy zatem naszych wspomnianych przeciwników – Ninję i Yamo. Mamy kolce, ognie, prądy i bloki przelatujące po ekranie. Wszystko to poumieszczane w takich miejscach ekranu i w takich kombinacjach, by tylko uprzykrzyć nam życie. Jak wspomniałem, grze towarzyszą oryginalne dźwięki, więc jest tak jak było w tej warstwie. Pamiętacie słowa Boruska sana? Tak właśnie, trening czyni mistrzem.

Ostateczna rozgrywka z przeciwnikiem – pokonaj siły zła, aby ukończyć grę i uratować ludzkość…

Do dyspozycji mamy sześć żyć, które można dodatkowo uzupełnić zbierając lampiony w ukrytych komnatach (podpowiem – jest jedna). Oprócz tych ukrytych musimy klasycznie zbierać inne, które są umieszczone na planszach. Niektóre są opcjonalne, ale niektóre trzeba zebrać, by odblokować jakieś przejście lub zwizualizować niewidoczną wcześniej drabinkę. Liczba zebranych lampionów wyświetlana jest na ekranie – warto zatem oprócz punktów zbierać lampiony, bo to podnosi przyjemność z rozgrywki a także pozwala masterować wynik i powodować zazdrość kolegi, który często będzie ginął, próbując dosięgnąć tego lampionu, który będzie mu mógł dać nad Wami przewagę w rozgrywkach konkurencyjnych 😊 Tak, jak w poprzednich częściach, tak i tutaj na końcu mamy do czynienia z bossem. W ostatniej planszy czeka na nas diabeł, którego musimy pokonać, zbierając kilka lampionów pojawiających się po przeciwległych stronach ekranu. Diabeł próbuje nas pokonać swoim wzrokiem – dosłownie, bo rzuca w nas swoimi oczami, które trzeba sprawnie omijać. Po kilku próbach uda się na pewno – pamiętajcie co mówił Borsuk san. Kiedy diabeł zostanie pokonany, nasz dzielny Bruce wspina się na dach pagody i podskakuje ze szczęścia przy promieniach zachodzącego słońca. Chyba cieszy się z tego, że już dłużej nie musi biegać i skakać.

Czy to już czas na zasłużoną emeryturę? A może jeszcze będą jakieś przygody naszego emerytowanego Bruce’a? Czas pokaże…

Zatem zapytacie, jeśli wszystko jest na miejscu, to co jest takiego, co nie gra w tej grze? Według mnie tylko jeden mały mankament, który jednak na dłuższą metę może być dla niektórych (dla mnie był) frustrujący. Widać oto, że nasz mistrz się zestarzał. O ile w poprzednich odsłonach zdarzało się czasem, że Bruce miał problem z utrzymaniem się na drabince, albo z dokładnym wybiciem przy przeskakiwaniu rozpadlin, o tyle w tej części widać, że kości już nie te. Często zdarza się, że Bruce nie łapie się drabinki, co przy dobrze dopracowanym AI przeciwników kończy się źle. Przeciwnicy wykorzystują to niecnie i trafiają Cię i wrzucają w wybuchającą minę lub przepaść. Bruce czasem potyka się podczas biegu, co powoduje zatrzymanie, a tym samym przeciwnicy Cię doganiają i piorą na kwaśne jabłko. Często również nie uda mu się doskoczyć na drugą stronę rozpadliny i czeka Cię albo śmierć (pod spodem masz przecież pewnie minę, albo kolce) albo musisz mozolnie powtarzać podejście do tego samego miejsca. Być może jest to specjalny zabieg autorów, którzy chcieli, żeby właśnie gracz odczuł jak nie da się trzymać formy i dokładności ciągle? Nie wiem tego – może Wy sami sobie wyrobicie opinię grając? Ja skończyłem ten tytuł, co oznacza, że totalnie mnie to nie sfrustrowało – nie na tyle, by porzucić próbę ukończenia. I również nie na tyle, by nie dać grze zielonego światła – choć medalu nie dostaje. Bawiłem się przednio – więc jeśli gdzieś, ktoś, kiedyś wypatrzy kolejną część tej gry – to dawajcie mi znać. Na pewno się zmierzę 😊 A wy grajcie i spróbujcie uzyskać wynik, który spowoduje, że zawiśniecie na tablicy sławy Retro na Gazie. Zachęcam!

Retrometr

Werdykt: GRAĆ!


Grę możecie pobrać ze strony Megastyle w wersji obrazu pliku na dyskietkę, lub pliku TAP – jeśli lubicie wgrywać z kasety.

Istnieje również wydanie rozszerzone w wersji cartridgeowej oraz dyskietkowej do pobrania również na stronie Megastyle lub na dedykowanej temu wydaniu stronie. Wersja ta jest odrobinę zmodyfikowana – zmieniono w niej sprite’y, poprawiono niektóre błędy.

Tym razem nie nagrałem filmiku z przejścia gry i nie robiłem podczas rozgrywki zrzutów, zatem posiłkowałem się zrzutami zrobionymi z longplaya z YouTube.

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...