Recenzja | Silent Hill 2

Zawsze zastanawiało mnie jakie jest kryterium doboru delikwentów, którzy mają mierzyć się z potwornościami Cichego Wzgórza. Czy miasteczko ma swoją własną świadomość, czy wszystkim steruje jednak ktoś lub coś ukryte za kurtyną?

Czy celem istnienia Silent Hill jest przebudzenie uśpionego zła i wpuszczenie go do świata ludzi? A może jednak miasteczko przyciąga poranione dusze i daje im sposobność do zmierzenia się z własną ciemnością oraz odnalezienia spokoju? Kontynuacja SH podchodzi do skrytego we mgle miasteczka od innej strony. Od jakiej? Dowiecie się tego w dalszej części tekstu. Zapraszam.

Pocztówka z Cichego Wzgórza

James Sunderland przybywa do Silent Hill po otrzymaniu listu od żony, w którym ta prosi, żeby spotkali się w ich „specjalnym miejscu”. Cały szkopuł tkwi w tym, że Mary, bo tak ma na imię żona Jamesa – nie żyje od 3 lat. Rozwiązanie tajemnicy zagadkowego listu okaże się trudniejsze niż Sunderland myśli, ponieważ miasteczko ma co do niego inne plany.

Wspomniałem wcześniej, że ta wersja Silent Hill jest inna od tej, z którą mierzył się Harry Mason. Obowiązkowa mgła ciągle oplata Ciche Wzgórze, przeskoki międzywymiarowe miasteczka również się pojawiają. Co się, więc zmieniło? Cel, dla którego ono istnieje. Zniknął tajemniczy kult The Order i cała ta okultystyczna otoczka znana z pierwszej części gry. Bluźnierczy horror zastąpiony został horrorem egzystencjalnym, w którym rozpoczniesz wędrówkę w głąb samego siebie. Do miejsca, które wystawi rachunek za przeszłość i popełnione grzechy. Zrobi to w sposób okrutny, bolesny, upokarzający, bawiąc się tobą i twoimi uczuciami. Zasadnym jest pytanie, czy na końcu tej drogi czeka zbawienie, czy wieczne potępienie? Rozwiązanie tej kwestii pozostawmy jednak Jamesowi.

Zastosowana przez twórców wizja Cichego Wzgórza sprawiła, że zrobiło się jakby bardziej refleksyjnie, a mniej strasznie. Nie zrozumcie mnie źle. Silent Hill 2 jest nadal bardzo dobrym horrorem, ale nie podnosi ciśnienia i nie pompuje adrenaliny tak mocno, jak robiła to część pierwsza i trzecia (która jest bezpośrednią kontynuacją historii Harry’ego). Są oczywiście „momenty”. Przykładowo błądzimy po opuszczonym motelu, gdy nagle zza krat wyłania się On – zagadkowa i niepokojąca postać skąpana we krwi, skrywająca swą twarz pod piramidalnym hełmem. Stoi nieruchomo niczym posąg, sondując Jamesa, sięgając jego duszy i mrocznych sekretów jakie ona skrywa. Kiedy zmienimy lokację, a następnie wrócimy, żeby sprawdzić czy stwór nadal znajduje się za kratą – okaże się, że zniknął. W tym momencie w naszej głowie zaczynają pojawiać się pytania: Czy stwór jest nadal gdzieś po drugiej stronie kraty? Czy jednak wyruszył na poszukiwania przejścia do nas. Sprawia to, że zaczynamy poruszać się zdecydowanie ostrożniej z niepewnością wyglądając zza każdego rogu korytarza, czy wchodząc do nowego pomieszczenia.

Gra epatuje również mocnymi scenami, do których należy m.in. głośna scena gwałtu, gdzie Piramidogłowy wykorzystuje seksualnie stwora płci żeńskiej. Generalnie SH 2 koncentruje się na ukazaniu mrocznych zakątków ludzkiej duszy, syfu, który w niej zalega pod słodką otoczką kłamstw tworzonych w celu usprawiedliwienia samego siebie. Nie unika ciężkich tematów takich jak np. molestowanie seksualne, morderstwo, eutanazja, depresja, dręczenie psychiczne i fizyczne itd. Ciche Wzgórze w tym wypadku zdaje się przyciągać ludzi poranionych. Sunderland na swojej drodze spotka paru innych grzeszników, którzy przechodzą przez swój osobisty czyściec, podobnie jak on. Czasem posłużą mu radą, innym razem będą potrzebowali jego wsparcia i pomocy. Dla każdego z nich powód przybycia do Silent Hill wiąże się z inną historią, na ogół dramatyczną. Podróż przez piekło, nawet z towarzyszami, nigdy nie jest prosta.

Syrena po raz drugi

Kontynuacja Cichego Wzgórza nie spotkała się ze zbyt drastycznymi zmianami od strony „artystycznej” (i nie mówię tu o grafice), jednak pewne zmiany są widoczne. Miasteczko nadal skryte jest w gęstej mgle i nadal po zawyciu syren przemienia się w piekło na ziemi. Tutaj muszę nadmienić, że o ile w przypadku zmian wewnątrz budynków nie mam zastrzeżeń – jest obskurnie, obrzydliwie, brudno, czyli tak jak być powinno, tak po przemianie samego miasta jest… gorzej niż w jedynce. Pomysł z przyciemnieniem obrazu i większą ilością potworów na ulicach uważam za nietrafiony. Zniknęła gdzieś siatka z drutu pod stopami, metalowe rury, niepokojące konstrukcje i ta bezkresna, czarna otchłań za siatką. Nie zostało z tego nic. Szkoda, bo design alternatywnego miasteczka z pierwszej części przemawiał do mnie bardziej.

Podczas wędrówki po przeklętym miasteczku odwiedzimy m.in. dobrze nam znany szpital, opuszczone hotele, czy więzienie. Oczywiście w obu wersjach – „normalnej” i alternatywnej. Przez sporą część rozgrywki towarzyszyć będzie nam uczucie klaustrofobii, ponieważ poruszać będziemy się po wyjątkowo wąskich korytarzach. Częste zmiany ujęć kamery powodują, że nigdy do końca nie wiemy jakie niebezpieczeństwo czai się przed nami. Z całą pewnością buduje to poczucie niepewności. Przynajmniej do pewnego momentu (o czym w dalszej części tekstu). Podobnie jak w poprzedniej części wystarczy nam krótki rekonesans ulic, aby przekonać się, że w mieście grasują potwory rodem z najstraszniejszych koszmarów. Szybko zostajemy zaatakowani przez groteskowo wijącego się stwora, który próbuje opluć nas jakimś żrącym płynem. Naszym jedynym narzędziem obrony będzie w tej sytuacji kawał solidnej dechy. Oczywiście wraz z postępem w grze nasz arsenał się powiększy, ale nie oczekujcie wielkiego urozmaicenia względem jedynki. W tej kwestii zmieniło się niewiele. Standardowe combo pistolet + strzelba + karabin + parę broni do walki wręcz, to wszystko na co będziemy mogli liczyć.

Jeżeli chodzi o przeciwników, to na naszej drodze staną m.in. ww. plujące kwasem pokraki, okaleczone pielęgniarki, opętane manekiny, poruszające się po suficie ciała połączone z metalowymi ramami łóżek szpitalnych. Oprócz tego w grze pojawia się prześladowca na wzór Nemesisa z RE3 (wspomniany wcześniej Piramidogłowy), który będzie stawał na drodze Jamesa w najmniej spodziewanym momencie.

Łatwo przyszło, łatwiej pójdzie

Względem pierwszej części wprowadzono całą masę ułatwień w systemie rozgrywki. Niedostatki amunicji na ogół nie były problemem w SH 1, ale jednak nie można było sobie pozwolić na prucie ołowiem do każdej napotkanej kreatury. W przypadku dwójki zmiany poszły zdecydowanie za daleko. Potykamy się o naboje praktycznie na każdym kroku, więc można sobie strzelać do woli. Podobnie jest z medykamentami. Poziom trudności walki został obniżony względem jedynki i zginąć teraz jest naprawdę ciężko (tyczy się to zarówno starć ze zwykłymi przeciwnikami, jak i bossami). Jak wspominałem w recenzji Silent Hillwalka nigdy nie była najważniejszym składnikiem serii, ale w jedynce potwory wprowadzały większy element paniki, chaosu i losowości. Powodem było to, że nie zawsze można było je łatwo ominąć (wymagało to pewnych umiejętności). Były to całkiem mobilne i szybkie bestie. Skryte we mgle, uderzające znienacka. Przykładowo latające maszkary przypuszczały szybki atak na Harry’ego, by chwilę po uderzeniu skryć się we mgle i znaleźć dogodną okazję do kolejnego ataku. O zbliżającym zagrożeniu informowało nas wyłącznie radio. Stwory w drugiej odsłonie są powolne, ślamazarne, widać je z daleka i nie stanowią większego zagrożenia. Wymijanie ich jest banalnie proste, rzadko kiedy występują w większej grupie. Idąc ze strzelbą w garści i ponad setką pocisków do niej, to James jest zagrożeniem dla potworów, a nie odwrotnie.

Zmian doczekał się również system zapisu stanu gry. Pamiętam, że szukanie „sejwa” w SH 1 nieraz podnosiło mi adrenalinę, bo udało mi się np. przejść ciężki fragment albo znaleźć długo poszukiwany item, a punktu zapisu jak na złość nie było pod ręką. One nie rzucały się w oczy, ba, czasem były wręcz ukryte np. w opuszczonym domu, zamkniętym na klucz. Silent Hill 2 i w tej kwestii wprowadza uproszczenia, bo punktów zapisu jest tu cała masa. Czy to źle? Moim zdaniem tak, bo znika jakiekolwiek wyzwanie i napięcie. To co jednak rozczarowało mnie najbardziej, to zagadki (czyli sól tej ziemi). Wydają się być mniej ciekawe i prostsze do rozwiązania. Opierające się w zbyt wielu przypadkach na schemacie: zbierz przedmioty, a potem je wstaw w odpowiednie miejsce. Nie przypominam sobie żadnego momentu, w którym utknąłbym na dłużej niż parę minut przy łamigłówce. Prawie żadna z nich nie wwierciła mi się w pamięć, nie przystanąłem i nie pomyślałem sobie – „o jakie to jest zajedwabiste, wyszło im, czapki z głów”. Jedynym wyjątkiem jest „szubienica”, która faktycznie przykuła moją uwagę i zainteresowanie.

Podobnie jak w SH 1, tak i w kontynuacji mamy dostęp do kilku zakończeń. Uzyskamy je poprzez konkretne decyzje i działania podejmowane w trakcie gry. Nawet z pozoru trywialne czynności mogą mieć ogromny wpływ na zakończenie historii (zdecydowanie bardziej zwodnicze niż w części pierwszej). Niektóre z nich dostępne są wyłącznie na New Game+, razem z nowymi przedmiotami i bronią.

Piekło nie ma końca

Silent Hill 2 jest jedną z najlepszych gier jakie ukazały się na Playstation 2. Jej miejsce w czołówce horrorów nie podlega dyskusji. Tytuł dostarcza nam dość ciekawy scenariusz oraz dobrze nakreślonych bohaterów, bardzo dobrą ścieżkę dźwiękową (odgłosy otoczenia, potworów, muzyka), przemyślane i dobrze zaprojektowane lokacje i potwory, które obrazują więcej niż na pozór może się wydawać (jest spore pole do interpretacji i sporo symboliki). Przyczepić muszę się do odejścia od okultystycznego klimatu, przez co nie jest już tak przerażająco. Druga rzecz, to obniżenie poziomu zagadek – zarówno pod względem trudności jak i samych pomysłów na nie. Trzecia sprawa, to zbytnie uproszczenia w rozgrywce. Nie czuć już tego zaszczucia, osaczenia i napięcia. Niestety, nadmiar amunicji dodatkowo rozłożył balans rozgrywki i poczucie strachu od pewnego momentu już nie ma racji bytu. Pomimo tych wad szczerze polecam zapoznać się z Silent Hill 2, jeżeli jeszcze nie mieliście okazji tego zrobić, bo jest to jeden z najlepszych horrorów jakie ukazały się w historii elektronicznej rozgrywki.

Retrometr

Inne artykuły:

Recenzja | Ty the Tasmanian Tiger Australia – kraj pięknych widoków, niezależności, izolacji od świata i … zwierząt jak z największego koszmaru lub chorej wizji fana mutacji. Mówi Wam ...
RetroTopka | Najlepsze gry piłkarskie na Mikrokomp... Gorączka EURO 2016 w pełni, a nasze Orły po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, w pięknym stylu zdobyły 7 punktów w grupie nie tracąc bramki, a późn...
Recenzja | Crazy Taxi Offspring w głośnikach, taryfa lśni, a klient rozsiadł się na tylnej kanapie - pora włączyć licznik i zarobić trochę kasy! Dreamcast ma na sobie ła...
Redaktor i główny czaromiotacz. Ulubione gatunki: Wbrew pozorom nie ograniczam się tylko do RPG. Posiadane platformy: PS4, N3DS, WiiU, PC