Tam i z Powrotem, czyli Stąd do Przeszłości – WojT

Jednak jeszcze nie finał! Dzisiaj w sylwestrowy poranek, czyli około czternastej po południu sprawdziłem skrzynkę mailową. Patrzę, a w niej siedzi jeszcze kilka prac konkursowych nadesłanych na ostatnią chwilę! Jako że spośród zgredów wstałem pierwszy, (fest chłopaki pobalowali wczoraj!, mówiłem, żeby nie zagryzali gorzoły kaszanką z pikseli…) to cofam podsumowanie.Wrócimy do niego później, a wy zapoznajcie się z pięknymi wspomnieniami WojTa. Zapraszam do lektury (Borsuk).


Tam i z Powrotem, czyli Stąd do Przeszłości – 30 lat z wariatami (znaczy komputerami)

W tym roku, pewnie jako jeden z wielu tutaj czytających, wyciągnąłem spod choinki The C64 Maxi. Cóż to za fajny sprzęt, który spodobał się nawet mojemu dziesięcioletniemu synowi. Sprzęt stanął obok oryginalnego Commodore 64 (chlebaka), który jest u mnie już od kilku lat ponownie. Komputer ten – obiekt moich westchnień z dzieciństwa, był moim wyczekiwanym gwiazdkowym prezentem, kiedy byłem w wieku mojego syna. Ostatecznie moje marzenie się wtedy spełniło. Posłuchajcie…

30 lat temu oryginał, a teraz wersja The C64 Maxi – emocje takie same ;) Dużo czasu minęło, a my ciągle razem :)

Pierwsze wspomnienia z kontaktem z komputerem mam z okresu, kiedy miałem około 6 lat. Dokładnie nie jestem w stanie tego usytuować. Wiem tylko, że kolega mojego Taty, był zapalonym radioamatorem i elektronikiem i skonstruował sobie sam komputer, o którym Ojciec mi powiedział. Poprosiłem go więc, by zabrał mnie do niego i bym mógł zobaczyć co to jest. Poszliśmy tam więc i w pokoju przepełnionym radioodbiornikami zasiadłem przed czarno-białym telewizorkiem, do którego podłączony był jakiś (nie wiem jaki to był model) komputer z joystickiem. Kolega Taty wczytał jedną grę, którą ogrywałem tam przez kilkadziesiąt minut. Do dzisiaj pamiętam tylko, że gra była prawdopodobnie jakąś platformówką, w której chodziło się bohaterem w kapeluszu (chyba podobnym do kapelusza Pampaliniego) i pamiętam motyw, że bohater w pewnym momencie musiał się schować w beczce. Od wielu lat szukam tej gry, ale taka informacja jest chyba zbyt mało wystarczająca, aby komukolwiek przywołać wspomnienia na tyle, by przypomniał mi tytuł tej gry. Być może ktoś z Was kojarzy co to za tytuł? Po tym kontakcie z komputerem, prosiłem Tatę jeszcze wielokrotnie, ale już nigdy nie zabrał mnie do swojego kolegi, bym mógł się sprzętem ponownie pobawić. Jednak był to okres, kiedy rodacy masowo wyjeżdżali za niemiecką granicę na saxy. Tak robił również drugi kolega mojego Ojca, który z jednej z wypraw przywiózł magnetowid oraz komputer. Najpierw udaliśmy się do niego, by oglądać na magnetowidzie bajki Disney-a. Cóż to były za super chwile – wiąże się z tym ciekawa anegdota. Ponieważ nie wiedziałem wtedy (jako kilkuletni chłopiec) jak wygląda magnetowid, a telewizor, na którym oglądaliśmy te bajki, miał taki dziwny kontroler do dostrajania, który wysuwał się z przodu telewizora, myślałem, że to właśnie to są kasety, z których odtwarza się filmy. Ciągle patrzyłem tam i zastanawiałem się, dlaczego z postępem oglądanych programów nie przesuwa się „taśma” (czyli kontroler nie wchodzi do środka telewizora). Jednak najważniejszym sprzętem, który był w domu tego znajomego, był komputer – Commodore 116, na którym poznałem kilka tytułów i bawiliśmy się przednio. Jedną z ulubionych gier całego naszego towarzystwa (zarówno dzieciaków, jak i dorosłych) był „samolocik” – teraz po latach wiem, że gra nosi tytuł Blitz. W czasie, kiedy przez chwilę chciałem zajmować się gamedevelopmentem w firmie, w której pracowali dla mnie programiści i pojawiły się początki gier na smartfony, oczywiście ta gra była tytułem, który pierwszy poszedł na warsztat. Również sam napisałem w AMOSie konwersję tej gry na Amigę wiele lat temu. Ale to już zupełnie inna historia…

Samolocik, czyli Blitz – w wersji na Commodore 116. Jedna z pierwszych gier, które pamiętam – teraz wygląda przeciętnie, ale kiedy masz 6 czy 7 lat, to wszystko wygląda zdecydowanie inaczej – wyobraźnia pomaga.

Building Bomber – czyli Blitz na tablecie. Dopilnowałem, aby ta gra powstała i miała postać jaką miała. Gdzieś w czeluściach internetów można jeszcze znaleźć wersję na Androida, która działa.

Po latach, kiedy wróciłem do Amigi, postanowiłem przypomnieć sobie AMOS-a. Oczywiście pierwszą grą, którą napisałem, był… Bomber, czyli remake Blitza. Grafikę zrobił Leon z portalu eXec/PPA a muzykę Andrzej Drozd.

Od tego zatem wszystko się zaczęło i połknąłem bakcyla. Zacząłem myśleć o tym, aby posiąść komputer na własność i móc korzystać z niego do woli we własnym domu. Coraz więcej w otoczeniu pojawiało się gier i komputerów. Najpierw pojawiły się wszędobylskie salony gier, w których przebywałem godzinami – ale to temat na osobne artykuły, które już tu mogliście przeczytać. Inni koledzy mojego Taty też poprzywozili komputery – zacząłem się bardziej kolegować z ich dziećmi, żeby tylko zbudować lepszą możliwość dostępu do komputera. Jeden z kolegów zatem został posiadaczem Commodore 64, ale równocześnie miał w domu stół do ping-ponga. Niestety większość czasu, który udało mi się spędzać u niego w domu, poświęcaliśmy na odbijanie białej piłeczki od zielonego stołu niż na gry komputerowe – cóż było robić, to był jego dom i on organizował rozrywki.

Na VHS królował Rambo, więc wiadomo było, że jedną z pierwszych gier, które należy uruchomić jest ta, w której bohaterski John rozprawia się z przeciwnikami.

Aby jakoś zrekompensować brak własnego sprzętu, zacząłem kupować magazyny o grach komputerowych – wiadomo, że najważniejszym na tamten czas pismem był Top Secret, którego co miesiąc wyczekiwałem i kupowałem a potem czytałem od deski do deski i wirtualnie ogrywałem wszystkie gry, które tam były opisane. W telewizji oglądałem wszystkie programy, które wtedy się pojawiały i były o tematyce komputerowej – moim ulubionym był Joystick, który był emitowany o ile dobrze pamiętam, we wtorki po południu (musiałem więc szybko zasuwać ze szkoły do domu, by zdążyć na te 15 minut wyczekiwanego cotygodniowego programu). Z Top Secret i jego zawartością wiąże się ciekawa anegdotka. Mianowicie u mojej Mamy w pracy pojawił się komputer, który miał być wykorzystywany w księgowości. Jednak chyba za bardzo nie mieli dla niego roboty, ponieważ matka opowiadała mi o jakichś grach, które sobie tam na nim włączali. Jedną opisała mi tak bardzo dokładnie, że kiedy w TS przeczytałem jej opis to od razu wiedziałem, że to jest to. Pokazałem Mamie i Tacie ten tytuł i powiedziałem, że mają tą grę w swojej pracy – to był dalej okres, kiedy miałem 8 lub 9 lat i już wtedy byłem w stanie wywnioskować z kilku zdań opisu, że jest tam gdzieś niedaleko, na wyciągnięcie ręki dostępny sprzęt z grami. Bywałem wtedy często u mojej Mamy w pracy – chodziłem tam po szkole i zwiedzałem sobie zakład (mój Tata też tam pracował). Następnym razem więc, kiedy tam przyszedłem, Matka załatwiła, żebym mógł dosiąść się do komputera, którym okazał się PC podłączony do kolorowego monitora. Oczywiście na pierwszy ogień poszła gra z TS-a – a był nią Atomix. Od tego czasu polubiłem gry logiczne – przestawianie pierwiastków by powstały związki chemiczne jeszcze nigdy nie dawało mi tyle frajdy. Na tamtym PC ograłem jeszcze Blue Brothers, ale Atomixa wolałem bardziej.

Top Secret opisywał Atomixa – w recenzji znalazło się kilka zrzutów z kilku etapów. Rozwiązywałem je w głowie patrząc na te zrzuty. Kiedy zasiadłem do tej gry to etapy, które były na zrzutach, przechodziłem bezbłędnie.

Niedaleko zakładu moich Rodziców mieszkał kolejny kolega, którego ojciec był wysoko postawionym inżynierem i odpowiednio dużo zarabiał. Kolega ten miał również wujka w Niemczech, a więc miał łatwiejszy dostęp do sprzętu, który oczywiście później u niego leżał i czekał aż ktoś zechce go użyć. Jeden raz udało mi się go namówić, aby wpuścił mnie do swojego królestwa i aby jego tata pozwolił nam włączyć komputer, którym było Atari. Pamiętam, że graliśmy w jakieś wyścigi samochodowe widziane z góry, była to dobra zabawa, ale już wtedy wiedziałem, że jeśli kiedyś miałbym mieć swój komputer – to będzie to C64. Taki bowiem komputer miał jeden z kolegów, który mieszkał dosłownie 3 minuty pieszo od mojego domu. U niego zdobywałem zatem pierwszą wiedzę na temat tego jak wgrywać gry do komodorka, po co jest śrubokręt leżący zawsze obok magnetofonu i jak go używać do ustawiania głowicy. Co to jest cartridge Black Box i jak działa system turbo. Oj, wiele godzin spędziłem u niego na rozmowach o najnowszych hitach opisywanych w Top Secret i na ogrywaniu tytułów na komodorku. Później ten kolega był pierwszym, który w okolicy miał PC i to u niego grałem pierwszy raz w Prince of Persia. Ale to już zupełnie inna historia…

Mój pierwszy joystick – spędziłem z nim bardzo wiele czasu. Długo wytrzymał, ale później zastąpiły go joye z firmy QuickShot. Niezliczone egzemplarze Apache, Python czy QSII Turbo z mikrostykami.

Bardzo dużymi krokami zbliżał się moment, kiedy to i u mnie powinien w końcu pojawić się komputer. Wiele sytuacji sugerowało, że się pojawi – ale… było mi na to długo czekać. Raz nawet, kiedy ojciec pojechał w delegację do Austrii, gdzie siedział kilka tygodni, myślałem, że po powrocie zostanę już posiadaczem mojego komputera. Przecież nie mógł pojechać sobie tam tylko na wycieczkę, prawda? Musiał tam jechać po to, by przywieźć mi komputer! Po jego powrocie czekało mnie jednak rozczarowanie – w torbach, które rozpakowywał, nie było żadnego pudła, które mogłoby pomieścić mój wymarzony sprzęt. Cóż było robić – trzeba było czekać dalej. Kiedy miałem już 10 lub 11 lat, w okresie przedświątecznym Tata z moim starszym bratem pojechali do dużego miasta na zakupy. Chyba przeczuwałem, że coś się święci, bo przez cały dzień siedziałem na parapecie w oknie i wyczekiwałem ich powrotu. Po kilku godzinach wrócili, jednak nie nieśli ze sobą nic, co by przypominało karton z komputerem – posmutniałem. Czyli znowu pod choinką nie znajdę tego co chciałem? Po kilku godzinach usłyszałem, jak Mama szepce coś z Tatą. Ten wszedł do mojego pokoju i powiedział – „chodź, coś Ci pokażę”. Poszliśmy do domku mojej Babci, który znajdował się obok, i spod łóżka mojej babci Tata wyjął karton z Commodore 64. Pamiętam, że rozpłakałem się już tam na miejscu i płacząc ze szczęścia biegłem z kartonem do mojego domu, by szybko się dorwać do mojego sprzętu. Rodzice zdecydowali, że przedwcześnie dają mi prezent gwiazdkowy – i mimo, że pod choinką później nie znalazłem już dużych prezentów, to jednak najważniejszy był u mnie już od kilku dni i dostarczał mi (oraz całej rodzinie) wielu radości. I potem się już zaczęła prawdziwa historia, która trwa do dzisiaj. To wtedy zadecydowałem, że chcę się zająć informatyką i obcować z komputerami w życiu zawodowym. Ale to już zupełnie inna historia…

Zdjęcie z archiwum rodzinnego. Na zdjęciu od lewej – brat i dwóch kuzynów. Przed telewizorem Biazet – kuzyn Jacek, z którym spędziliśmy setki godzin przed komputerem. Zwróćcie uwagę na meblościankę z płyty wiórowej, oklejoną jakże popularnymi naklejkami i plakatami. Po lewej dwukasetowiec – popularny „jamnik”.

Czas C64 w domu wspominam bardzo miło i owocnie. Długie godziny spędzone wspólnie z braćmi i kuzynem Jackiem przy komputerze podłączanym do telewizora w pokoju gościnnym w końcu doprowadzały i najbardziej wyrozumiałych rodziców do nerwów – bo TV był okupowany przez kolorowe i fajne (ale jednak skupiające tylko uwagę dzieci) gry. Cóż można było począć – zaczęliśmy odkładać kasę na własny telewizor, który można by na stałe podłączyć do komputera a całość postawić we własnym pokoju. Po kilku miesiącach oraz wydarzeniu Komunii Świętej nazbieraliśmy odpowiednią kwotę, która wystarczyła na zakupu… czternastocalowego czarno-białego telewizora firmy Biazet. Cóż to była za radość. Nieważne, że wyzuty z kolorów, ale własny komodorek stanął na biurku we własnym pokoju. To pozwoliło bez mącenia spokoju Rodziców (którzy nie musieli się dzielić telewizorem) oddawać się poznawaniu kolejnych światów w kolejnych (kolorowych, ale czarno-białych) grach. W obecnym czasie C64 stało się bardzo popularne i miało go już wielu znajomych i kolegów ze szkoły. Miałem więc dostęp do dużej bazy oprogramowania na kasetach, wymieniałem się zatem na lewo i prawo, tworząc swoje własne składanki, nagrywając je na czystych kasetach (Stomil, Panasonic, JVC, TDK; 60 minut, 90 minut – pamiętacie?). Niejednokrotnie z braku czystych kaset używaliśmy takich, na których była wcześniej muzyka – więc baza gier rosła, a baza muzyki malała. To wtedy, na jednej z kaset, znalazłem grę, którą na zawsze zapamiętałem. Super grywalność i niesamowita muzyka Chrisa Huelsbecka – wiadomo, że mowa o grze Giana Sisters – spędziliśmy dziesiątki (jeśli nie setki) godzin, doskonaląc się w tej grze. Mogliście o tym poczytać już w mojej recenzji. Dostęp do gier w sklepach, owszem był, ale były to głównie gry pirackie, a dodatkowo w mojej miejscowości takowych sklepów nie było. Były w odleglejszych miastach, więc często wykorzystywałem możliwość, żeby pojechać z Rodzicami do jakiegoś miasta, by tylko pójść do sklepu i tam zobaczyć (a w najlepszym razie zakupić) jakąś kasetę z grami. To był już okres lat dziewięćdziesiątych, kiedy już królowała Amiga, a ja jeszcze miałem C64. Jednak te chwile, kiedy wchodziłem do sklepu i mogłem wybrać sobie jakąś kasetę z nowymi tytułami były super – kątem oka zerkałem na uruchomione na prezentacyjnych Amigach kolorowe gry, ale cały czas jednak trwałem przy swoim ukochanym komputerze. Po pewnym czasie dokupiliśmy do niego stację dysków, która kosztowała tyle co sam komputer. Zwiększyła się również baza dostępnych gier oraz pojawiły się dyskietki (nie wiem do dzisiaj skąd), na których zacząłem oglądać produkcje scenowe w postaci intr i demek. Ale to już zupełnie inna historia…

Obiekt marzeń niejednego komodorowca. W środku stacji był procesor potężniejszy niż w samym komputerze C64. Stacja kosztowała więcej niż sam komputer – ale podnosiła doznania z jego użytkowania na dużo wyższy poziom.

W pewnym czasie gry przestały mi wystarczać – przynajmniej te na C64. Zacząłem w prasie również czytać informacje dotyczące programowania. Pojawiły się poważniejsze czasopisma jak Kebab czy Commodore&Amiga (protoplasta K&A Plusa). W tych czasopismach były sekcje poświęcone programowaniu, więc zacząłem poznawać Basica i pisać pierwsze proste algorytmy i różnego rodzaju duszki (czyli commodorowskie sprajty), które się poruszały po ekranie. Zacząłem lubić i rozumieć grafikę komputerową, ale praca w Basicu nie była najlepszym rozwiązaniem – zacząłem poznawać inne języki, Simons Basic (bardzo fajne rozszerzenie Basica, które ułatwiało tworzenie grafiki komputerowej) czy Logo – oprogramowywanie żółwia i tworzenie przy jego pomocy ciekawych efektów graficznych bardzo mnie cieszyło. Dzięki temu, że miałem stację dysków, mogłem wszystkie swoje programy zapisywać na dyskietkach i później do nich wracać. W okolicach roku 1993 czasy C64 chyliły się już ku końcowi, na świecie zaczęły panować powoli PCty, a ja patrzyłem w kierunku Amigi (następny możliwy poziom finansowy). Nadarzyła się okazja, ponieważ nauczyciel od WF-u, który posiadał Amigę 500, był znajomym mojego Taty. Kiedyś się spotkali i powiedział mu, że chce sprzedać swój komputer i zamienić go na PC. Pojechaliśmy więc z Tatą obejrzeć to cudo – zaprezentował nam kilka megafajnych i kolorowych gier – między innymi Panga. Od tej pory już myślałem o tym, jak przekonać Rodziców do nowego wydatku i po pewnym czasie udało się. W pokoju obok C64 ze stacją dysków i telewizorem Biazet, stanęła Amiga 500 podłączona do kolorowego monitora Commodore 1084S. Oba komputery dzieliła przepaść. Na Amidze graliśmy w dziesiątki tytułów – przez pierwsze dni katowaliśmy Pang-a, Another World czy Sensible World of Soccer. Coraz rzadziej włączałem swojego C64, więc w pewnym momencie został sprzedany bez sentymentu. Mieliśmy przecież wypasioną maszynę, na której oddawaliśmy się kolorowym przyjemnościom. Dodatkowo miałem również AMOS-a, w którym poznawałem możliwości programowania w tym prostym Basicu – ale służyło to rozwijaniu umiejętności myślenia o algorytmach i grafice komputerowej. Ale to już zupełnie inna historia…

To zdjęcie znają wszyscy. Tak Amiga była reklamowana w czasopismach. Taki sam też zestaw, ale bez zewnętrznej stacji dysków, stał u mnie na biurku. Po latach również kupiłem A500 z 1084S, ale obecnie tylko monitor został a 500-tkę zastąpiła A1200 i A600.

Po rozpoczęciu nauki w liceum pojawił się kolejny dostęp do bazy gier – kilku chłopaków miało również Amigi 500 a jeden nawet miał Amigę 1200 i… zajmował się nagrywaniem gier – pojawił się zatem dostęp do nieograniczonej bazy. To w liceum (lata 94 i późniejsze) poznałem takie tytułu jak Fury of the Furies, Cannon Fodder czy Lost Vikings. Na zawsze zdefiniowałem swoje ulubione gatunki, czyli – gry logiczne, platformowe i shootery. Często zamiast do szkoły, chodziliśmy do kolegi Tomka, którego mama pozwalała mu na wagarowanie, i spędzaliśmy czas na turniejach w SWOSa czy Mortal Kombat, jakże fajne i beztroskie życie wtedy wiedliśmy. Jeszcze w okresie Amigi dotknąłem pierwszy raz twardego dysku – pożyczonego od kolegi HDD do Amigi 500, na którym niewiele można było zdziałać – jeśli nie miało się rozszerzenia pamięci. Z 1MB pamięci można było tylko poprzestawiać ikony, uruchomić jakiś kompilator języka i łatwiej się oddać programowaniu, ewentualnie zagrać w mało wymagające gry strategiczne (które mnie nie interesowały). Większość gier w owych czasach było grami DOSowymi, więc nie można było ich instalować na twardzielu – ot taka sobie zabawka dla tych, co mieli nadmiar kasy. Żeby nie było, że grałem tylko na piratach! W okresie posiadania Amigi posiadłem DWIE oryginalne gry! Jedną z nich był Kajko i Kokosz – który niestety miał błąd i nie dało się ukończyć tej gry. Drugą natomiast był Frankenstein – obie gry, przez to, że były oryginałami w pudełkach, dawały dużo więcej frajdy niż inne na pomazanych, wielokrotnie nadpisywanych, dyskietkach.

Uwielbiałem komiksy Janusza Christy. Tatko kupował mi je prawie wszystkie (niestety w pewnym momencie życia spłonęły w otchłani pieca… ubolewam nad tym) – gra, mimo, że nie dało jej się ukończyć, miała fajny klimat i często do niej wracałem. Jeden z dwóch oryginałów jaki miałem za czasów Amigi.

Początkowe klasy liceum (profil informatyczny) wspominam również ciekawe, ze względu na zajęcia z informatyki. Na nich poznawaliśmy podstawy programowania, na podstawie języka LOGO uruchamianego na komputerach Elwro Junior. Język ten znałem już bardzo dobrze, więc wszystkie zadania rozwiązywałem błyskawicznie, a zadania domowe rozwiązywałem kolegom jadąc autobusem do szkoły, pisząc im programy w zeszycie lub na kartce. Potem przepisywali je w pracowni do komputera i… działały. Ja natomiast w nagrodę, że szybko mi z tym wszystkim szło, mogłem sobie uruchomić… stojącego obok PC AT 286, na którym graliśmy w jedną jedyną grę – Alley Cat-a. Po kilku miesiącach szkoła zmodernizowała pracownię i wymienili wszystkie komputery – Elwro i AT na PC 386, na których zainstalowany był Borland Pascal. Zaczęliśmy więc programować w Pascalu, którego nie mogłem zdobyć na mojej Amidze. Zacząłem więc powoli spoglądać w kierunku PC, ale zanim się na niego mogłem przesiąść, minęło jeszcze paręnaście miesięcy. PC bowiem rodzice kupili mi w ostatniej klasie liceum, kiedy wiedziałem już, że będę zdawał na studia na kierunek informatyczny i będę potrzebował komputera z prawdziwego zdarzenia. Nie było mowy o tym, żeby iść na studia z Amigą – bo na niej nie dało się realizować poważnych zadań programistycznych czy pisać dokumentów czy opracowywać badań laboratoryjnych w Excelu. Zatem w ostatniej klasie liceum pożegnałem się z Amigą i przesiadłem się na PC z procesorem Pentium 200 MMX i kartą graficzną 3Dfx Voodoo. Przede mną stanął całkiem inny świat rozrywki, ale również i poważniejszych wyzwań inżynierskich. Ale to już zupełnie inna historia…

Akcelerator grafiki 3D. Byłem pierwszy, który miał takie cacko w swoim komputerze – gry 3D (Tomb Raider, Quake II czy Moto Racer) wyglądały i działały po prostu obłędnie. Obecnie taką moc mają zegarki ;)

Okres studiów to okres, kiedy z grami miałem coraz mniej wspólnego. Zacząłem się skupiać bardziej na programowaniu i rozwoju w kierunku zawodowym. Zatem sesje z Tomb Raiderem, Quakiem 3, Moto Racerem czy Commandosami przeplatałem godzinami spędzonymi nad Pascalem (i Delphi) a później C/C++. Poznałem nieco assemblera procesorów serii x86 czy Pentium, by ostatecznie skupić się na programowaniu w Javie, z którą nota bene pozostałem przez większą część mojej kariery zawodowej. Ale to już zupełnie inna historia… Jak widać, całkowicie ominął mnie okres konsolowy – mimo, że wiedziałem, że istnieją NESy, GameBoy’e, Segi, PSXy i miałem z nimi styczność, to jednak na tyle niedługą, że nie wybiły na mnie żadnego piętna. Pamiętam tylko, że zagrałem w Tiny Toons na GB, czy Sonica na Sedze albo Tony Hawksa na PS2, jednak procentowo, był to niewielki okres czasu, który udało mi się spędzić z tymi sprzętami.

Procek Pentiuma, z koprocesorem matematycznym. W zestawieniu z akceleratorem Voodoo 3Dfx był po prostu skokiem w przyszłość. W porównaniu do kolegów posiadających Pentium 60 czy Pentium 90 deklasowałem wszystkich z takim sprzętem.

Po wielu latach, jeszcze przed największym boomem kultury retro, powróciłem do obcowania z komputerami sprzed lat. Kupiłem na Allegro Amigę 500, kilkadziesiąt dyskietek i się zaczęło… później kupiłem kolejną i kolejną. Zacząłem się pojawiać na zlotach retro (najpierw na Siemianowickim SACPie, a potem na bardziej odległych), zacząłem na nowo poznawać te sprzęty i ludzi, którzy się nimi do dzisiaj zajmują i bawią. Zacząłem rozszerzać kolekcję o komputery, które były wcześniej ze mną, a także o takie, których nigdy nie było mi dane mieć czy dotknąć, aby je poznać. Zatem pojawiać się zaczęły C64 w każdej wersji (i stacje do nich), C16, zdobyłem nawet (do dzisiaj jest w Muzeum Historii Informatyki w Katowicach i czeka na naprawę) C116 od znajomego mojego Taty, na którym graliśmy w Blitza. Pojawiła się Amiga 1200 i 600. Wszelkiego rodzaju konsole (od NESa po Segę, PSX, PS2 czy Dreamcasta). Wszystko uzupełniane kolekcjami gier (również w pudełkach boxowych) oraz nowinkami technologicznymi umożliwiającymi dostęp do szerokiej bazy tytułów i produkcji. W pewnym momencie jednak, kiedy uświadomiłem sobie, że zebranie dużej kolekcji jest czasochłonne i bardzo drogie (porównywałem zbiory innych kolekcjonerów, przy których moja kolekcja wyglądała mizernie), stwierdziłem, że należy się skupić tylko na kilku sprzętach i raczej być bardziej czynnym niż biernym. Zatem w swojej kolekcji zostawiłem tylko C64, A1200 i A600. Reszta znalazła nowych właścicieli, którzy pewnie zrobią z tego większy użytek. Niedawno w szeregi dołączyła jednak konsola Pegazus (pisownia poprawna, bo jest to konsola, która została tak przemianowana i dołączono do niej bezprzewodowe pady), na której od czasu do czasu z synem gramy partyjkę w Tetrisa, a on dodatkowo poznaje 8-bitowe światy Mario czy Chip & Dale. I jest mu z tymi grami bardziej po drodze niż z nowoczesnymi konsolami czy grami na smartfonie. Niedawno do kolekcji dołączył wspomniany na początku The C64 Maxi – i rozpakowując ten gwiazdkowy prezent poczułem się jak 30 lat temu, kiedy Rodzice przekazali mi wymarzonego komodorka jako prezent gwiazdkowy. Historia zatoczyła koło, ale to już zupełnie inna historia…

PEGAZUS – jak brzmi napis na pudełku „Powrót do dzieciństwa”. Nie mojego, bo nie miałem w dzieciństwie takich konsol, ale i tak daje dużo radości i jest jedynym sprzętem podłączonym na stałe do TV. Razem z synem mamy dużo frajdy grając w kanapowego co-opa w Tetrisa lub Chip&Dale.


P.S. Kiedy kilka dni po otrzymaniu mojego C64, czytałem Top Secret, Tata zauważył tam reklamę komputera. Powiedział mi, że najpierw zakupił ten komputer, ale kiedy już z nim wracał, to w innym sklepie zauważył właśnie C64 w zestawie z kilkoma kasetami wypełnionymi grami i w ciut niższej cenie. Zdecydował więc oddać ten pierwotnie kupiony i kupić właśnie C64. Bardzo dobrze, że tak się stało, bo komputerem, który najpierw kupił był Amstrad CPC – który jak wiemy nie był tak oprogramowany jak komodorek, a byłbym wtedy jedynym, który go posiadał i nie miałbym dostępu do gier na wymianę. Dobrze się stało…

P.S.2 Te wszystkie opisane tutaj historie nie mogłyby się wydarzyć, gdyby nie moi Rodziców. To Oni zapewnili mi oraz moim braciom możliwość obcowania z komputerami – niejednokrotnie rezygnując z innych rzeczy, które mogli kupić, kosztem tego, by kupić nam „zabawkowy” sprzęt. Zawdzięczam im wiele i dziękuję – bez nich nie miałbym tych wszystkich wspomnień.

P.S.3 We wszystkich miejscach, w których pojawia się zdanie „Ale to już zupełnie inna historia…” mógłbym rozpocząć całkiem odrębny tekst wspominkowy, który mógłby zająć kolejne 4 tysiące (albo i więcej) słów. Cała moja historia (te grubo ponad 30 lat) jest dość mocno związana z komputerami i informatyką. Tak się toczą losy ludzi – jedni są filozofami, inni historykami, inni matematykami, a jeszcze inni… zajmują się takimi technicznymi sprawami i nimi żyją. Tak to wygląda :)

* Zdjęcia i zrzuty wykorzystane w artykule pochodzą ze zbiorów własnych lub z sieci – z różnych portali. Jeśli ktoś rości sobie do nich prawa – to proszę o informację a zostaną podmienione :)

Informatyk z krwi i kości, z komputerami ma styczność od dziecka - najpierw z automatami arcade a potem już z prawilnymi komputerami. Od początku zafascynowany grami następnie przesiadł się na programowanie i tak już przez długi czas zostało aż przestał również programować :). Teraz gracz okazjonalny, głównie retro gry oraz nowe na retro sprzęty. Ulubione gatunki: platformery, shmupy, przygodowe, logiczne, salonówki. Posiadane platformy: Commodore 64, Amiga 1200, Atari 65xe oraz emulacja z adapterem joysticka pod USB (po zminimalizowaniu kolekcji, część gier ogrywa na różnych emulatorach, bo łatwiej nagrywa się wideo) Chciałby mieć w domu automat arcade...