Recenzja | Kangurek Kao

Kangurek Kao recenzjaNie jestem jakimś omnibusem i chodzącą encyklopedią, ale wg. mojej wiedzy Kangurek Kao był pierwszą polską grą wydaną komercyjnie na konsole. Co jest nieco dziwne to fakt, że wyszedł na mało znaną u nas platformę jaką był zakręcony makaron Segi. Pewnie dlatego 99% graczy w naszym kraju kojarzy go tylko i wyłącznie z PC’tów, gdzie wpasował się w niszę jaką były platformery 3D (prócz Raymana 2 i Croców w tamtym okresie chyba nie było nic ciekawego). Dominujące wtedy na konsolach tuzy gatunku jak Crash, czy Mario omijały blaszaki, więc na bezrybiu i rak ryba można powiedzieć.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Pomysł na grę nie był odkrywczy, ale bezpieczny. Z serii Croc wzięto stylistykę i charakter „kids friendly”. Zero przemocy, prosta, ale kolorowa grafika, naiwna, szczątkowa i jeszcze prostsza fabułka. Pomysły na poziomy wzięto natomiast z serii Crash Bandicoot. Poruszamy się po korytarzowych światach głównie z widokiem zza pleców bohatera, ale i czasem wskoczymy w 2,5D. 3D z prawdziwego zdarzenia i otwartych światów tutaj nie uświadczymy. Czy to źle, że się kopiuje od lepszych? Gdybym to powiedział to byłbym hipokrytą, bo za to wychwalałem Scalera. Kopiować trzeba jednak umieć i o tym będzie ten tekst.kao2

Skoro gra dla młodszych to przydałaby się jakaś fabuła z charakterystycznym bohaterem i humorystycznymi wstawkami. No wiecie, trochę się pośmiać każdy lubi, a takie gry z założenia powinny też bawić. Z fabułą jest jednak ciężko bo mamy jedynie nieme intro w którym hasający kangurek zostaje najprawdopodobniej porwany przez myśliwego, a Twoim zadaniem będzie powrót do domu i odegranie się na złym gagatku. W grze są dokładnie 2 krótkie animacje, nasz kangur nic nie mówi i w sumie… no nic więcej nie mam w tej kwestii do powiedzenia, bo nic więcej nie ma. Wracać do domu będziemy przez 30 poziomów i to będzie nie lada podróż. Gdzie tego kangura przetransportowano to nie wiem, ale skoro wraca przez Arktykę, pustynię i kosmos to należy się mocno zastanowić, czy Australijczycy mają równo pod sufitem – co oni z tymi torbaczami robią?! W tej podróży życia nasz żółty zwierz będzie boksował i atakował ogonem, sporo skakał, zbierał monety i wskoczy od czasu do czasu za stery jakiegoś pojazdu.

A potem to róbta co chceta

Poziomy czerpią z Crasha sporo. Mamy charakterystyczne akcje w których kamera wskakuje przed nas i widzimy jak coś olbrzymiego zaczyna nas gonić. Wtedy na oślep biegniemy na łeb na szyję, mijając przeszkody. Jest tu jednak problem, który sprawia, że te poziomy są frustrujące i niegrywalne – sterowanie. Nasz mózg intuicyjnie, by iść w dół ekranu każe nam naciskać dolną strzałkę, ale twórcy stwierdzili, że niczego zmieniać nie będą i dalej traktują to jakbyśmy widzieli bohatera zza pleców. I tak by biec do przodu (widząc Kao też z przodu) musimy nacisnąć górę, podobnie jest z lewo-prawo. Ta nieprzemyślana decyzja lub niechlujstwo programistów pogrążyła wszystkie plansze, które na papierze powinny być świetne, ale w praktyce nie są. Do niechlujstwa lub braku umiejętności koderów będziemy częściej wracać. Podobnie jak u rudzielca mamy bonusowe plansze, wchodzisz na specjalny piedestał i teleportuje Ciebie w bonusową planszę, która jest krótka i pełna monet, ale nieco trudniejsza. Po kilku jednak przestałem tam wchodzić dzięki w/w koderom. Otóż po wyjściu z takiej planszy może ci wyzerować licznik z monetami (a ich 50 daje życie) oraz zmniejszyć ilość rękawic bokserskich (samonaprowadzających pocisków, przydatnych, ale rzadkich). Są też poziomy w których wsiądziemy do jakiegoś „pojazdu”.  Znów teoretycznie powinny być fajne, odskocznia od platformowego skakania, nieco prędkości i arcade. Znów jednak ktoś postanowił pogrzebać ten pomysł złą decyzją. Te levele to one-hit-death, masz naszpikowany przeszkodami (często ruchomymi i na 70% toru) i krawędziami tor i nie możesz absolutnie niczego dotknąć. Musisz zaliczyć perfect run bo innej opcji nie ma, przez co nie rozpędzasz się dla przyjemności tylko hamujesz (bo to i tak nie jest wyścig, tylko trasa z punktu A do B). Niby jest źle, ale ja się dopiero rozkręcam niczym drogowcy z piaskarkami w lutym.Kangurek Kao recenzja

Kolejny punkt programu na mojej liście jest oznakowany literkami b,o,s,s. Mamy tradycyjnie szefów, nic w tym złego powinni oni w takiej grze być. Fakt, że są to typowe „uciekaj i czekaj na swój czas by zaatakować” jakoś od biedy przeboleję, choć z trudem bo nie dość że są schematyczni to jeszcze na malutkich arenach niczym ring. Problem mam z ich designem, na serio jest to gra dla dzieci, a ci kolesie wyglądają jak z castingu do teledysku Village People – YMCAtyle tylko że oni wyglądają jakoś tak… perwersyjnie. Zapodam jednym screenem dla zobrazowania sytuacji, Zeus z gołą dupą wystającą spod chmurki, który nas tym tyłkiem gniecie to mój faworyt. Oczywiście dzieciaki mam nadzieję tego wtedy tak nie widziały, ale mi na starość się to niepokojące wydaje – chyba za dużo internetów ;).

Będąc przy designie i ogólnie wyglądzie muszę powiedzieć, że jest bardzo zachowawczy i zrobiony po łebkach. Trzeba przyznać, że gra jest kolorowa i „czytelna”, nie ma bałaganu na ekranie, wszystko jest prosto zbudowane i wyciosane. Nie ma jednak żadnego charakterystycznego stempla odróżniającego grę od innych lub chociaż jakiejś jednej fajnej akcji, która by mną pozamiatała. Jest kilka plansz które pojechały po bandzie, są to lewitujące w próżni platformy po których skaczemy. Na serio plansza to zbiór kilkudziesięciu obiektów po których mamy skakać. Niesprawiedliwie byłoby powiedzieć, że tak wygląda ich duża część, ale jednak jak to widziałem to nieźle się zdziwiłem jak można było tak bardzo olać wykończenie levelu. Budowlańcy po odebraniu zaliczki się bardziej przykładają do swego rzemiosła. Generalnie wszytko sprawia wrażenie jakby nie było do końca pomysłu na etap. Wzięli od Crasha kilka pomysłów, zmienili na swoje i ok, ale jednocześnie nie jest ok! Uprościli wszystko maksymalnie, dosypali wiadro bugów i wyprali z osobowości. W połowie gry jest kilka strawnych leveli pod rząd, dostałem nowej nadziei w ten tytuł po nich, ale zaraz przyszły kolejne zarobaczone i wnerwiające etapy i wybiły mi z głowy takie odruchy. Muzyka to ta sama sytuacja, mam wrażenie że zrobiono ok 10 sekund podkładu za pomocą jakiś podstaw Fruity loops, zapętlili wszystko i tak w każdym etapie na nowo. Mniej więcej w czasie, gdy wychodził na Dreama Kao mieliśmy już możliwość obcować z Raymanem 2 i Sonic Adventure 2, z litości jednak nie będę porównywał oprawy a/v pomiędzy nimi, a rodzimym produktem.Kangurek Kao recenzja

Wracamy jednak do wszędobylskich bugów i niedoróbek. Najgorszym z nich wszystkich, po którym cała reszta to tylko tło dla tego dramatu to detekcja kolizji. Nigdy nie wiesz kogo i jak zaatakujesz! No nie wiesz i już, taki klimat panie. Zawsze masz max jednego przeciwnika naprzeciwko siebie bo więcej pewnie by nie ogarnęli programiści, ale ten jeden to wielka niewiadoma za każdym razem. Raz uda ci się przeciwnika załatwić z 2m, a za drugim razem tego samego nie dotkniesz swoimi atakami nawet z centymetra. Nie wiem jakimi prawami się to wszystko rządzi, ale podejrzewam że żadnymi. Jedyna rada to olać atak z ogona bo jest pojedynczy i walić cały czas z pięści seriami – nie masz pewności że trafisz, ale prawdopodobieństwo sukcesu jest większe. Dołóż do tego klockowate sterowanie bo to port z PC, gdzie myślano zapewne o „strzałkach”, czy innym WASD (zapomnij o gałce, musisz grać krzyżakiem by coś osiągnąć), bardzo wolne i ślamazarne ruchy torbacza i masz już w miarę opis całości. Ciekawostką w tym wszystkim są checkpoint’y. Nie ma ich w tym sensie, że twórcy ich nie ustalili, jednak dostajesz jedną chorągiewkę, którą ustawisz sobie wedle uznania gdzie chcesz i od niej będziesz zaczynać (jest też opcja znalezienia jakiejś dodatkowej chorągiewki w etapie). Dzięki temu przynajmniej rozłożenia checkpointów nie zwalono.

No to się porobiło Zdzisiek…

Z początku byłem pozytywnie nastawiony. Polscy devi słyną na konsolach raczej z rpg’ów (Wiesiek, Two World’s, Lord of the Fallen) i strzelanin (Painkiller, Bulletstorm, Call of Juarez), ale ja jako fan platformerów nie mogłem nie być ciekaw przygód żółtego torbacza. To że czerpie z Crasha i Croca mi nie przeszkadzało, grafa nieco trącąca myszką też nie (w końcu jestem retro graczem, leje mi to w gruncie rzeczy). Oceny Kao zbierał średnie, czyli dobre dla fana gatunku, wyszły kontynuacje no i wśród Polaków we wspomnieniach żółtek zaskarbił sobie kawałek powierzchni w mózgu odpowiadającej za nostalgię. To ostatnie podejrzewam ma miejsce nie tylko przez sentyment, ale i w/w brak większej konkurencji na PC. Jednak to co zastałem to katastrofa. Gra cały czas sprawia wrażenie wydanej o jedną epokę za późno, cierpi na brak osobowości, przerasta umiejętności twórców, brakuje pomysłów, a to wszystko zalano wielką wywrotką z szambem o nazwie kodowej b.u.g. No kurde w takie zbiorowisko bylejakości dawno nie grałem, jest to obok Croc’a 2 najgorszy platformer w moim dorobku gracza. Większości etapów nie da się przejść za pierwszym razem bo przez błędy i sterowanie będziesz ginąć. Musisz kilka razy paść by w miarę wiedzieć jak grać, by zminimalizować ryzyko wtopy. Duży poziom trudności to jedno, ale jest też poziom niedorobienia, złego planowania i tu ta opcja właśnie występuje.

Kto czyta moje teksty wie jak uwielbiam ten gatunek, potrafię wiele wybaczyć, przymykam oko na niejedno, unikam crapów (nie tykam Blast’ów, Rascall’ów i innych Bubsy’ch w 3D) i jak ja Wam mówię, że przez te kilka godzin masochistycznie brnąłem do finiszu nie odczuwając żadnej przyjemności z gry to wiecie jedno – Wy w to grać na bank nie chcecie! Gazparka wysłałem po piwo bo na trzeźwo nie mogę. Chcecie w Kangurka Kao zagrać? Patrzcie przez okno jak trawa rośnie, będzie Wam po tym lepiej. Kończymy bo i tak za długi tekst jak na taką grę popełniłem.

Retrometr


Platforma i rok ostatniego ogrania tytułu: Dreamcast / 2016

3 słowa do gracza: Bardzo słaby szpil bez osobowości, ale z masą bugów


Ciekawostki:

» światowym wydawcą Kao był francuski Titus Interactive, niestety wersja na DC nie doczekała się polskojęzycznej wersji (ta na PC taką miała). Gra jest znana pod tytułem Kao the Kangaroo

» ponoć Kao miał nazywać się Denis

Naczelna Osoba na stronie, czyli Nacz.Os. (zajmuje się wszystkim i niczym). Hedonistyczny megaloman o sercu z pikseli. Ulubione gatunki: platformery, sporty extreme w sosie arcade, carcade, logiczne, klasyki z C64. Posiadane platformy: C64, PSX, PS2, GC, Wii, PSP, PC, A500, DC, ZX, Xbox