Recenzja | The Lone Raider (Atari XL/XE)

Przeciągnął się z boku na bok. Dawno już nie był w akcji, chyba wszyscy o nim zapomnieli… ON, BOHATER! Tak mówili o nim jeszcze całkiem niedawno… A teraz? Wypierdolili go na jakieś zadupie najmniejszej znanej mu galaktyki, tylko po co? Od tygodni rosło mu ino sadło… „Pilot Czasu”*, mawiali, jedyny i niezwyciężony! Tak bardzo był chwalony po misjach w Jaskiniach Marsa i na co mu to było? Niby bohater, niby wielbiony i co? Jajco! Ta mała planetka dostarczała więcej uranium dla galaktyki niż wszystkie kopalnie na Marsie i Wenus razem wzięte… Ale że miał tu być na straży? Czego? Starego hangaru wydobywczego? Teraz to już przegięli… Znudzony włączył wideofon aby obejrzeć jakąś starą ziemską mydlaną operę (nic innego dla ludzi na tym zadupiu nie było) i zamiast obrazu zobaczył kwantowe ziarna… – Pewnie znowu burza meteorów! – zaklął pod nosem.

Gdzieś na zadupiu galaktyki czas płynął powoli… Grafika: YurevArt – Cybernation Spacedocks. Źródło: DeviantArt

Wtem ekran konsoli rozbłysnął tysiącem świateł i zaryczały wszystkie syreny. – Ooo, w końcu jakaś akcja! Pomyślał i szybko zalogował się do systemu, miał to we krwi. – Skurwione Prawo Murhy’ego, jak coś ma się spierdolić, to na pewno w końcu jebnie! I nie myliliśmy się! – usłyszał głos swego dowódcy – Teraz tylko TY możesz nas uratować. Zapierdalaj więc na lotnisko ino migiem, czeka już tam na ciebie transport!

Tego nie trzeba było mu powtarzać dwa razy! – Back in action! – pomyślał i po trzech minutach stał już ubrany w kombinezon, a w pięć kolejnych dotarł na lotnisko. Jednak PO COŚ go tu przysłali. Mieli plan, a on już zwątpił, myślał, że GO skreślili, jego, PILOTA CZASU, największego herosa galaktyki! Myślał, że zapomnieli o nim i jego dokonaniach… Jednak czas bohaterów nie minął i teraz  w NIM ostatnia nadzieja. Nie był już młodzieniaszkiem, jego twarz okalały liczne zmarszczki i blizny, ale zrobi wszystko co w jego mocy! Jak zwykle ktoś musi ocalić cywilizację i wytłuc napastujące ją bydło z kosmosu! JEGO cywilizację… No dobra, fajnie też będzie w końcu rozruszać kości, bo oponka powyżej paska już mu zaczynała nieco doskwierać…


THE LONE RAIDER

WARNER / ATARI (UK), 1983

Ekscytująca gra trzy częściowa! Wyprodukowana przez Atari. Na kasecie! Będzie się działo?!

Po tak miłym wstępie wziętym z Pamiętnika Pilota Czasu – pozwolę sobie, moi drodzy czytelnicy, przytoczyć swobodne tłumaczenie prawdziwej instrukcji do dzisiaj recenzowanej gry, którą jak zwykle znajdziemy na Atarimanii:

Twoja misja polega na  zniszczeniu źródła energii jądrowej. Fabryka jest chroniona przez zamykające się osłony i roboty – załatw je, zanim one załatwią Ciebie! Oczyść korytarze z neutronów. Absorbuj energię dającą protony. Używaj przesłon energetycznych – spraw, aby działały dla Ciebie – nie przeciwko Tobie! Przejdź przez ruchome ściany do windy – (jeśli możesz) – aby zostać wysłanym na górę w celu rozpoczęcia kolejnych poziomów gry.

Gra „The Lone Raider” została napisana na wszystkie ośmiobitowe komputery Atari – czyli jest (można by rzec) niezgodna z dzisiejszymi standardami! Wymaga komputera wyposażonego jedynie w 16Kb pamięci RAM, czyli tyle, ile najsłabsze ZX Spectrum (nie mylić z ZX-80 oraz z ZX-81). Wydawać by się mogło, że przy tak małych wymaganiach jesteśmy skazani na jakiś przysłowiowy shit, do którego nawet nie warto siadać. W oryginalnej instrukcji zastanawiające jest tylko jedno – mówi nam ona o tym, że gra posiada trzy unikalne tryby gry oraz dziesięć poziomów, przez które musimy przeprowadzić naszego bohatera. I to wszystko zmieściło się tylko w 16Kb?

Ciemność, widzę ciemność na tej stronie tytułowej! A jest tu jakiś chłopek…

Przyznać się muszę, że moja ocena może być nieobiektywna, bo zawsze lubiłem tą grę – zarówno jak ją miałem w normalu (magnetofon a Atari, słynne 600 bodów transmisji), jak i w późniejszych czasach posiadałem ją w systemie turbo. Musze się przyznać, że zapomniałem o niej na bardzo długo i powróciłem do niej zupełnie przypadkiem na jakimś zlocie, wprowadziłem wówczas w szok jednego ze znanych Atarowców, który był pod jej wrażeniem, a twierdził, że nigdy jej nie widział. Trzeba przyznać, że gra jest naprawdę ładna… I w pewnym momencie zaczyna być nawet trudna (wiem, wiem, Retroborsuk zaraz na mnie najedzie, że przejdzie ją w pięć minut). Ale wracając do tematu – na kasecie i w oryginalnej instrukcji widnieje data 1983 i sygnowane są one logiem Warnera (ówczesnego właściciela Atari), natomiast pierwsze budżetowe wydanie gry nastąpiło dwa lata później (1985 rok, o budżetowym wydaniu świadczy czerwona okładka kasety, instrukcja w formie wkładki, zamiast przygotowanego wcześniej pudełka).

Przypuszczalnie autorzy gry niestety z jej premierą wbili się w okres krachu gier wideo – co spowodowało, że zamiast na rynek wpadła wprost na półki magazynowe. Oryginalni twórcy planowali wydać grę dla wszystkich komputerów Atari (16Kb+) na dość wysokim poziomie – co widać po wersji pudełkowej (przygotowanej wcześniej) i dodatkowej… ścieżce dźwiękowej w oryginalnym wydaniu. Niestety, jest ono właściwie nie do zdobycia (8 punktów w 10-cio punktowej skali na Atarimanii). Przypuszczalnie Jack Tramiel po kupnie Atari postanowił przewietrzyć magazyny, a jako znane skąpiradło zaoszczędzić przy tym ile się da. Kasety miał już gotowe, więc postanowił rzucić je na rynek. Gra została początkowo wydana w Anglii, po czym okazało się, że odniosła sukces. Atari szybko doprodukowało kasety i wydało je (w już wskazanej wcześniej) wersji budżetowej. Oczywiście zrobiono to „po taniości”, czyli niestety już bez dodatkowego soundtracku.

Rozpierducha na całego! Czołg atakuje z prawej!

Skoro was już zanudziłem technikaliami, przejdźmy do samej gry – uruchamiamy ją klawiszem START. Najpierw zostajemy teleportowani z naszego transportowca na bliżej nam nieznany teren, którego strzegą mini-czołgi strzelające we wszystko co się rusza. Co ciekawe, atakują nas one zarówno z budynku „fabryki” (jak to jest nazwane w instrukcji), jak i z przeciwnego kierunku. Co ciekawe – muszę bez bicia przyznać, że gra jest naprawdę uczciwa. To znaczy – pociski wrogów są śmiercionośne nie tylko dla naszego bohatera, ale także dla nich samych. No cóż, widać przez to, że ci metalowi strażnicy nie są inteligentni, ale wierzcie mi na słowo, bywają skuteczni w prowadzeniu ostrzału. Nasze uzbrojenie stanowi tylko mały (niestety) pistolet typu Bohater-Maszyna, a po pozbyciu się watahy wrogich pojazdów nadjeżdża ciężka artyleria, która spycha nas w czeluści podziemi fabryki i wtedy zaczyna się walka o przetrwanie…

Pierwszy etap za nami. Czas na kolejny – coś, co przypomina „Leapera” połączonego z „Pac Man’em”. Naszym zadaniem jest wyczyścić fabrykę ze śmiercionośnych neutronów (kropki), a przeszkadzają nam w tym roboty strzegące fabryki. Niestety „wybuchowość” neutronów uniemożliwia nam korzystanie z broni, a roboty cechują się cząstkami inteligencji – zawsze starają się dostać na poziom, na którym się aktualnie znajdujemy. Poziomów (podłóg) mamy tutaj osiem, a zmieniamy je po otwarciu się osłon, zawsze automatycznie, stając nad/pod nimi. Roboty zmieniają podłogi tak samo jak my. Na szczęście nie jesteśmy całkowicie bezbronni, po korytarzach krążą protony, które dają nam chwilową nieśmiertelność i pozwalają na dezintegrację wrogich robotów. Protony łapiemy automatycznie (przy kontakcie z nimi), ale nie musimy tego robić (schylamy się przyciągając joystick do siebie), a z praktyki powiem, że nawet często nie powinniśmy…

A tutaj Pacman połączony z Jumping Jackiem.

Taktyka jest prosta – staramy się zwabić roboty i oczyścić korytarze z neutronów, w razie konieczności korzystamy z tarcz protonowych. Roboty są zawsze cztery, a nasze życiodajne protony niestety się nie respawnują. Ginąc w tej części gry zaczynamy w miejscu śmierci, a roboty pojawiają się losowo, ale nigdy przy bohaterze. Gra jest tu wyjątkowo uczciwa. To, co mnie zaciekawiło – ten etap jest „wielokrotny” (na niższych poziomach trudności pojawia się on dwukrotnie, na wyższych trzykrotnie, a na najwyższych czterokrotnie), na jego końcu otwiera nam się ostatnie wyjście (na samym dole) i nie musimy mieć zebranych wszystkich kropek (neutronów), by się ono otwarło. Nie wiem, czym to jest powodowane, bo mimo wszystko nie wygląda mi to na bug.

Po przejściu tego etapu mamy ostatni, według mnie najsłabiej przygotowany. Musimy po prostu przedostać się przez korytarz do otwartej windy, unikając przy tym latających w koło przedmiotów. Zasadniczo można to odebrać jako „ucieczka z fabryki po wybuchu”, ale na dobrą sprawę trudno to tak nazwać. Gdy dostaniemy się do windy – zabiera nas nasz statek transportowy i wędrujemy do kolejnego poziomu gry (a tych mamy dziesięć), gdzie powtarzamy naszą misję, ale jest już trudniej, pojawia się więcej wrogów i nieco szybsze roboty. Trzeci etap wraz z upływem lat wydaje mi się dodany jako ciekawostka, zasadniczo sam nie wiem, czy został stworzony, bo „jest jeszcze miejsce w pamięci” (pamiętajmy, gra działa na 16Kb Atari), czy skrócony, bo „zaczyna brakować miejsca w pamięci”. Na potrzeby tego artykułu nie przechodziłem całej gry, jedynie postarałem się zrobić zrzuty ekranowe każdego poziomu. Obecność prostej (ale zawsze) strony tytułowej sugeruje, że po prostu nieco zabrakło pomysłu na trzeci etap, a czy zmienia się on wyraźnie wraz z kolejnymi poziomami, tego już nie pamiętam.

Uciekaj, na nikogo nie czekaj! Za chwilę będzie jebudu!

W samej grze brak jest typowej muzyki, choć to wcale nie oznacza, że nie słyszymy dźwięków. Są krótkie motywy i efekty dźwiękowe, które idealnie wpasowują się w klimat gry i tworzą niesamowity nastrój (proponuję pograć w nocy, po ciemku, ze słuchawkami na uszach). Za udźwiękowienie należy się tej produkcji duży plus, bo praktycznie nie ma tu niczego, do czego (przy tak małej objętości) można by się przyczepić.

Przyszedł czas na drobne podsumowanie w stylu RetroBorsuka: kiedyś grało mi się w The Lone Raider wyśmienicie, szczególnie w czasach magnetofonu w systemie normal (jest to krótka gra pod względem objętości kodu i szybko się wczytuje). Na pewno jako właściciel Atari 400 czy Atari 600XL (oba mają 16Kb pamięci RAM) dałbym zielone światełko w retrometrze (brak medalu, bo jednak trzeci etap pozostawia taki lekki niedosyt). Jednak mając komputer z 64Kb RAM już nam czegoś brak, choć do końca nie potrafimy określić czego?

Dzisiaj uruchomiłem grę specjalnie w celu opisania, tym razem na emulatorze, bo tak jest mi łatwiej robić zrzuty ekranowe. I wiecie co? Znowu mnie wciągnęło, z 10-15 zaplanowanych minut zrobiło się czterdzieści. Początkowo tylko polowałem na zrzuty, ale… Nie mogłem się powstrzymać i zagrałem raz, kolejny i następny… To tylko mówi, że gra jest warta uwagi i pomimo tak odległej daty jej  powstania i bardzo małych wymagań sprzętowych (cóż to jest te 16Kb!). Moja ocena: mocny żółty ze wskazaniem zielonego odcienia.

A tutaj jakże klimatyczna kaseta z grą. Welcome to the 80s!

Retrometr

Kopnął rozwalające się metalowe ścierwo. Zapiął podartą nieco kurtkę i powoli ruszył w kierunku swego statku. Wiedział, że znowu okrzykną go BOHATEREM, jedynym pilotem zdolnym do takich szaleństw. Nie ma drugiego takiego na całym Świecie… Ciekawe na jakie zadupie trafi następnym razem…


Autor: Paweł „Sikor” Sikorski

PS. O głównym nurcie przygód Pilota Czasu przeczytacie w następujących artykułach RetroBorsuka i nie tylko.

Ps2. Screeny głównie w wykonaniu autora, materiały dodatkowe tradycyjnie z Atarimanii.

PS3. Wiem, że dla młodszych retromaniaków wpisy o grach zbudowanych z kilku pikseli mogą nie być atrakcyjne. Sikor to jednak dinozaur starszy ode mnie, który lubuje się w początkach 8-bitowego grania oraz konsoli Atari 2600. Myślę, że warto nieraz zagłębić się w prehistorię gier i poczytać jak to wtedy bywało. Stąd uruchamiamy minicykl Dziupla Sikora, do którego zapraszam wszelkich growych archeologów oraz miłośników najprostszych cyfrowych światów. Od tej pory opisujące gry teksty autorstwa Sikora będą lądować w jego dziupli! (Borsuk).

Sikor to atarowiec z krwi i kości. Miłośnik wszelakiego sprzętu Atari, filmów z Japońskim Godzillą oraz starego SF. Zasadniczo w opisach opiera się wyłącznie o sprzęt Atari, choć czasem nie pogardzi czym innym. Działa głównie na 8-bit, ale konsole nie są mu obce... lubi czasem popykać na maszynach Arcade, ale gry na PC go nie pociągają...