Nora | Przegląd Gier na Atari ST(E) – część I

Witam serdecznie po krótkim zimowym letargu i zapraszam ponownie do Borsuczej Nory. Tym razem na przegląd gier na 16-bitowe Duże Atari – czyli popularnego eSTeka, zaś dokładniej to graliśmy na Atari 1040 STE. Zanim przejdę do przeglądu może młodszym czytelnikom przedstawię bohatera dzisiejszego wpisu czyli Dużą Atarynę? Jako, że jestem głównie Małym Atarowcem i Amigowcem – 16-bitowe Atari pozostaje trochę zaniedbanym komputerem na naszej witrynie, gdyż za bardzo nie ma komu o nim pisać. Nieraz bidulka załapie się psim swędem (czytaj poprzez tag) do recenzji amigowego przeboju, a wszystkie moje prośby do posiadaczy tego sympatycznego sprzętu o napisanie jakiegoś krótkiego artykułu na jego temat – to wołanie na puszczy… Zgodnie z maksymą – jak czegoś sam nie zrobisz, to nikt nie zrobi – pewnego dnia wraz z moim przyjacielem Larkiem wpadliśmy na genialny, aczkolwiek trochę samobójczy pomysł. Postanowiliśmy zabrać jego wypasione Atari 1040 STE na zlot miłośników Przyjaciółki, czyli Amigi, która w latach 90-tych zawładnęła sercami wielu polskich graczy (i nie tylko) i w bezpośrednim starciu pokonała 16-bitową Atarynę na wielu rynkach. Moim zdaniem zupełnie zasłużenie, ale trzeba docenić, że Atari serii ST także znalazło cały szereg zwolenników na różnych rynkach Europy (i zapewne nie tylko).

Atari 520 ST – startowy model serii ST prezentował się profesjonalnie i elegancko.

Ja darzę dużą sympatią ten pięknie wyglądający na biurku komputer, gdyż to właśnie dzięki prezentacji jego możliwości – poleciałem do sklepu po… Amigę 500. I nie z powodu, że zawiodłem się na grach jakie zaprezentował mi mój przyjaciel będący jedynym posiadaczem Atari ST na moim osiedlu w latach 90-tych. Wręcz przeciwnie, zachwyciłem się ogrywanymi przez nas przebojami. Po prostu będąc wówczas posiadaczem Atari 130XE i Commodore 64 – kiedy zobaczyłem w akcji takie tytuły jak Targhan, Sir Fred czy Metal Mutant – po prostu oniemiałem. Skok jakościowy pomiędzy grami 8-bitowymi, a 16-bitowymi był chyba największym jaki widziałem w trakcie swojego żywota, biorąc pod uwagę rozwój całej growej branży. No, może rewolucja 3D, którą wprowadziło później pierwsze Playstation dorównuje temu przełomowi, wróćmy jednak do tematu… Gry na Atari ST były przepiękne, jednakże sprzęt ten wówczas był praktycznie nieobecny w pospolitych sklepach, zaś wszędzie na półkach leżała jakaś Amiga, i tak patrze co u niej na monitorze miga, a tam także Targhan śmiga, i świetna konwersja Panga oraz kolorowiutkie niczym tęcza Rainbow Islands. Zakup miesięcznika Amiga Action rozwiał wszelkie moje wątpliwości co do zakupu 16-bitowego komputera – Przyjaciółka miała praktycznie wszystkie gry, które widziałem na Dużym Atari plus jakieś pół tony nieznanych mi hitów. I tak właśnie wyglądały moje początki 16-bitowego grania. Dzięki Atari ST zakochałem się w Przyjaciółce…

Atari 520 STFM uruchamia tylko gry warte zagrania! No co ta reklama do mnie gada?!

Przedstawmy jednak młodszym stażem graczom specyfikację bohatera dzisiejszego wpisu i zacznijmy od podstawowego modelu czyli Atari 520 ST, który zadebiutował już w 1985 roku w Stanach Zjednoczonych. Ten komputer wyposażony został w 16-bitowy procesor Motorola MC68000 taktowany zegarem 8 Mhz z szesnastobitową szyną danych, trójkanałowy generator dźwięku Yamaha YM 2149, 512 KB pamięci RAM (model 1040 ST z kolei posiadał 1MB RAM), zaś grafikę na ekranie monitora mógł zaprezentować w rozdzielczościach od 320×200 pikseli (16 kolorów z palety 512) do 640×400 pikseli (czarno-biały hires). Początkowo Duża Ataryna bardzo wiernie dotrzymywała kroku Amidze na tym polu, które nas interesuje najbardziej – czyli gier. Sytuacja była tutaj bliźniacza do dzisiejszego pojedynku konsol (kolejny Xbox kontra kolejne Playstation), gdzie jednocześnie na oba systemy wychodziły konwersje najpopularniejszych przebojów, różniące się od siebie minimalnymi szczegółami.

Niestety (albo stety, w zależności jaki sprzęt posiadaliście) później okazało się jednak, że rynek posiadaczy Amigi ma zdecydowanie większy potencjał sprzedażowy oraz komputer ten lepiej radził sobie z większością bardziej wymagających dwuwymiarowych gier. Konwersje na Atari ST tworzone były na odczepnego (na przykład Shadow of The Beast) i znacząco odbiegały od wypasionych Przyjaciółkowych wersji. Z biegiem czasu przykrym faktem dla Atarowców było to, że rynek gier na Duże Atari rozminął się zupełnie z Amigowym i kiedy na ten drugi komputer – wydawcy wypuszczali hit za hitem, na eSTeka trafiały tylko bardzo rzadkie konwersje największych przebojów. Albo nie trafiały wcale… Nie zrozumcie mnie źle, Atari serii ST to bardzo fajny komputer o szerokich zastosowaniach, kiedyś głównie wykorzystywany przez profesjonalnych muzyków do tworzenia swoich kompozycji, czy przez firmy poligraficzne do desktop publishingu, który posiada całkiem porządną bazę gier oraz świetnych scenowych dem. Sam chętnie zakupiłbym jeden model do kolekcji, gdybym miał jeszcze miejsce na biurku, ale w szafach i barku stoją już inne sprzęty…

Atari 1040 STE z kolekcji Larka. Na ekranie przelot tunelem w Stardust, a na Atarynie spoczywa czarny jak smoła Szatan…

Chciałbym tutaj podziękować Larkowi za możliwość ponownego obcowania z Dużym Atari po kilkudziesięciu latach. W tym szczególnym przypadku było to Atari 1040 STE, które troszkę rożni się od pierwszego modelu serii ST. Jest to standardowe Atari STE z procesorem Motorola 68000 8 MHz, jedynie zamiast pamięci 1MB komputer ma zamontowane 4 MB RAM. Jako pamięć zewnętrzna pracuje Satan Disk, czyli taki dysk twardy z kartą pamięci SD. W stosunku do Atari ST model STE ma większą paletę kolorów (4096), blitter i dwa 8-bitowe przetworniki PCM dające dźwięk stereo (oprócz układu Yamahy). No i jeszcze złącza nowych kontrolerów (takich jak w Jaguarze). Oczywiście oprogramowanie musi umieć z tego wszystkiego korzystać, co niestety nie jest częste w przypadku gier.


PRZEGLĄD GIER

Samobójcza misja! Dokonać przeglądu gier na Atari ST na zlocie Amigowców… Po prawej twórca amigowego Aminera – Softiron.

W dzisiejszym odcinku Nory zaprezentuję wam kilka ciekawych, bardzo dobrych, wybitnych, przeciętnych, kiepskich, beznadziejnych, po prostu różnych, różnistych gier na tę maszynkę. Przypomnę tylko, że przegląd ten przeprowadziliśmy na ostatnim SACP (15.09.2018) czyli zlocie Amigowców… Żebyście docenili nasze poświęcenie i bohaterstwo… Celem uniknięcia nieporozumień zaznaczę, że raport ten – może nie być dla miłośników tego komputera reprezentatywny, został przeprowadzony głównie w celu zobaczenia w akcji tytułów, które ominęły swoją obecnością Amigę. Miał dotyczyć tylko 16-bitowych ekskluzywnych atarowskich gier, jednakże w trakcie kopiowania plików z Larkowego laptopa do wydobytego z czeluści piekieł Satana zapragnęliśmy zobaczyć także znane z innych systemów przeboje. I tak na monitorze męczonego przez nas Atari 1040 STE pojawiły się zarówno konwersje z Przyjaciółki, jak i z systemów 8-bitowych czy automatów arcade. Nie powiem, wciągnęło nas to zajęcie, bardzo nam się spodobało i na przekór dochodzącym do naszych uszu wyzwisk Amigowców oraz ich siarczystych przekleństw  – udało nam się w ciągu 8 godzin zagrać w kilkadziesiąt tytułów! Niezły wyczyn jak na tak szkodliwe i niebezpieczne warunki… Ze względu na wielkość tego wpisu podzielę go na części, w pierwszej zaczniemy od konwersji. Jedziemy!


STARDUST

(1994) – Bloodhouse / Daze Marketing Ltd

Mistrzowska konwersja amigowego hitu na Atari STE.

Zaczniemy z grubej rury, a raczej z wielkiego działa! Stardust to jedna z najlepszych wariacji klasycznego Asteroids, zaprezentowana w olśniewającej jak na swoje czasy oprawie graficznej i dźwiękowej, która została ciepło przyjęta przez graczy na premierę oraz doczekała się wielu udanych kontynuacji. Ta gra ciągle wychodzi na najnowsze konsole, na przykład na kolejne Plejstejszyny. W tej świetnej strzelance przedstawionej z widoku z góry – naszym kosmicznym myśliwcem (dosyć skromnie początkowo uzbrojonym) musimy rozbić w pył nacierające na nas z każdej strony asteroidy oraz eskadry wroga. Zbierane w trakcie walki ulepszenia broni (bodajże trzy rodzaje narzędzi zagłady) oraz dodatkowe powerupy pomogą nam w starciu z bossami strzegącymi dostępu do kolejnego gwiezdnego układu, w którym oczywiście spotkamy jeszcze bardziej zajadłych przeciwników.

A tutaj sławetny tunel w 3D, na widok którego sikali po nogach gracze na początku lat 90-tych.

Przelot pomiędzy galaktykami umila nam kapitalnie zaprezentowany trójwymiarowy lot tunelem czasoprzestrzennym, w którym oczywiście musimy zestrzelić przeszkody bądź ich unikać. Trzeba przyznać, że pod względem technicznym gra wygląda doskonale i jest bardzo wierna amigowemu oryginałowi, który powodował opad szczęki u graczy w latach 90-tych. Konwersja na Atari STE posiada równie świetną oprawę graficzną, z minimalnie odmienną paletą kolorów, a także dopasowaną do możliwości dźwiękowych maszyn STE – wyborną muzykę. W to mi graj! Minimalne różnice dotyczą tła naszej gwiezdnej bitwy, które w tej wersji pozostaje ciągle statyczne – brak na przykład animacji krateru na planecie widocznej na screenie powyżej. Podsumowując – kapitalna konwersja, która pokazuje, że Duża Ataryna z symbolem STE mogła pociągnąć praktycznie każdą amigową grę (zasługa blittera i lepszego układu dźwiękowego od ST). Gra na medal, gdyby nie jej wyśrubowany poziom trudności. Polecam.

Retrometr


GIANA SISTERS

(2014) – Zamuel / (1987) – Time Warp

Giana Sisters STE to wersja ze scrollingiem. Wreszcie!

Możecie sobie wyobrazić, że ta jedna z najdynamiczniejszych i najsławniejszych 8-bitowych platformówek, wzorowana na przełomowym Super Mario Bros, w przypadku konwersji na Atari ST nie posiadała płynnego przesuwu ekranu tylko jego przeskok podobny do gier komnatowych? Normalnie jaja i swego czasu w to nie wierzyłem… Oryginał na Commodore to mega miodny szpil i wielki klasyk, wersja na Amigę także niczego sobie, a na Dużym Atari taki paszkwil. Na szczęście niejaki Zamuel w 2014 roku zlitował się nad biednymi miłośnikami Giany i przeprogramował niewdzięczny oryginał z 1987 roku. W przypadku przygód skocznych sióstr w wersji na STE jest to praktycznie tak samo dobra gra jak na mojej kochanej Przyjaciółce. Wpadająca w ucho i rozpoznawalna od razu muzyka, płynniutki scrolling i bardzo duża grywalność. Nawet nasz redakcyjny specjalista od speedrunowania tej gry – czyli WojT docenił jakość tej konwersji, chociaż dla niego postać naszej bohaterki była minimalnie mniej responsywna niźli na Amidze. Zagrywał się jednak w Gianę STE nie na żarty, albo obficie nażarty wcześniejszym śniadaniem. Polecam edycję z 2014 roku z wypiekami na twarzy, zaś o wcześniejszym, nieudanym porcie – proponuję wszystkim zapomnieć.

Retrometr


STAR WARS

(1987 ) – Atari / Vector Graphix

Moc w was musi być wielka by dziś czerpać radość ze Star Wars. Zdjęcie z SACPu.

Gwiezdne Wojny w wydaniu na Atari ST to bardzo wierna konwersja prostej wektorowej strzelaniny (brak wypełnień pomiędzy wektorami), która święciła tryumfy na automatach arcade na początku lat 80-tych. Larek nalegał, żebyśmy zobaczyli tę wersję w akcji i pomimo, że nie jestem fanem tej gry – zgodziłem się. Powiem tak – jeżeli ktoś lubi pierwowzór to na pewno będzie zadowolony. Gra jest bardzo zbliżona do oryginału z automatów – szybkością rozgrywki, kolorystyką, oprawą audio, jak i pod względem grywalności. Pierwowzór był swego czasu nowatorski i pozwalał choć na chwilę wcielić w pilota X-Winga. Fani Gwiezdnej Sagi pewnie pomyślą super, ale dla ostudzenia ich głów powiem, że tytuł ten można zapętlić trzy razy w ciągu sześciu minut… Do zagrania pomiędzy paroma łykami ciepłej herbaty z miodem, którą bardziej polecam. Tylko dla fanów.

Retrometr


GAUNTLET I, II i III

(1985) – Domark / (1989) – Domark / (1991) – Software Creations

Gauntlet II – najlepsza z trylogii. Bardzo dobra konwersja.

Gauntlet – wielki klasyk z salonów gier, w którym to samotnie lub wraz z przyjaciółmi wyruszamy do śmiertelnych lochów wypełnionych najróżniejszymi potworami celem ubicia tych bestii i zdobycia ich skarbów. Cztery klasy naszych herosów, labiryntowe plansze przedstawione z lotu ptaka w prostej oprawie graficznej, różnorodny chociaż klasyczny bestiariusz fantasy i masa przedmiotów do zbierania. I najważniejsze – nieustanna walka bronią miotaną. Pierwsza i druga część pozostają grywalne po dziś dzień i jeżeli macie z kim przemierzać podziemia to możecie wyruszać na tę przygodę. Sequel Wyzwania to chyba najlepszy wybór dla Dużych Atarowców, gdyż w przypadku prequela szwankuje nieco skokowy scrolling – porównując do Amigi oraz tym bardziej do edycji na automaty. Trzecia część Gauntleta to niestety niegrywalny, izometryczny koszmarek z powolną rozgrywką, którego unikajcie jak diabeł święconej wody! Dla pocieszenia atarowców dodam, że każda izometryczna odsłona tej serii na jakikolwiek sprzęt to niegrywalny krap. Jeśli macie chęć wracać do tej gry – najlepiej zacznijcie od drugiej części, ewentualnie jedynki, albo niedawnego remaku na PS4/PC.

Gauntlet 3 na screenach jeszcze daję radę. Rozgrywka jednak jest tu baaaardzo powolna…

GAUNTLET I – ŻÓŁTE ŚWIATŁO / GAUNTLET II – ZIELONE ŚWIATŁO / GAUNTLET III – NIE TYKAĆ KIJEM!


ARMALYTE

(1991) Thalamus / Arc Developments

Armalyte na 16-bitach to nie taki wielki hit jak na 8-bitowym Commodorku.

Armalyte to jeden z najlepszych poziomych shmupów na Commodore 64, który zachwycał klimatem, grafiką i tempem akcji – otrzymując oceny oscylujące w okolicach 90% w większości ówczesnych prasowych recenzji. Kawał klasyki. W przypadku konwersji na sprzęty 16-bitowe, nie było już tak różowo, ale dla mnie, przynajmniej jeśli chodzi o wersję amigową – była to całkiem przyjemna rozpierducha. Przedstawiona w charakterystycznej dla firmy Thalamus, jakby organicznej oprawie graficznej, z przyjemnymi kolorami i wpadającą w ucho muzyką. Żadne arcydzieło czy pierwsza liga latanych strzelanin, ale co najmniej dobre rzemiosło. Jak wypada konwersja na Atari ST? Niestety troszeczkę gorzej od przyjaciółkowej. Przede wszystkim zastosowana tutaj paleta barw jest nieco uboższa, chociaż trzeba przyznać, że pomimo tego i tak sprawia przyjemne wrażenie. Najbardziej boli jednak fakt, że w trakcie rozgrywki nie możemy jednocześnie słuchać muzyki i odgłosów wymiany ognia. Niestety wpływa to negatywnie na miodność tej produkcji. Mimo wszystko uważam, że Armalyte w wersji na eSTeka to całkiem niezły shmup, głównie z powodu faktu, iż twórcy tego gatunku gier nie rozpieszczali zbytnio Dużych Atarowców. Oczywiście są lepsze strzelaniny na tę maszynkę, ale także masa gorszych. Można zagrać i nawet się trochę pobawić.

Retrometr


COMMANDO

(1989) Elite

Commando na Atari ST może nie zachwyca na pierwszy rzut oka, ale jest bardzo wierne oryginałowi.

Kiedy uruchamialiśmy z Larkiem znane z automatów arcade i bardzo lubiane przeze mnie Commando w wydaniu na Dużą Atarynę zalśniły mi się oczy, gdyż miałem nadzieję na naprawdę dobrą zabawę. Ta dosyć prosta pod względem rozgrywki, jednakże bardzo szybka i emocjonująca strzelanina to absolutny klasyk, który dał podwaliny pod cały gatunek run’n gunów z widokiem z góry. Właśnie dzięki tej produkcji od Capcomu i oczywiście jej popularności, mogliśmy później uczestniczyć w w walkach na takich frontach jak Ikari Warriors, WarZone czy Shock Troopers. Jak prezentuje się w akcji ta wręcz samobójcza misja walecznego żołnierza pomiędzy szwadronami wroga przeniesiona na Atari ST przez zasłużoną firmę Elite? Powiem krótko – bardzo dobrze, wręcz wzorcowo odwzorowano ten całkiem grywalny po dziś dzień kawałek kodu. Akcja nie daje wytchnienia, grafika praktycznie została wycięta z automatu arcade, podobna kolorystyka, bardzo dobra detekcja kolizji oraz muzyka wiernie przypominająca znaną z Wozów Drzymały. Jedynie odgłosy naszych wystrzałów są jakby donośniejsze i powodowały lekki ból moich bębenków usznych, jednak nie na tyle by zmazać uśmiech z mojej twarzy. Dla miłośników oryginału podobnych do mnie – ta gra to po prostu pozycja obowiązkowa i jest ona wręcz bliźniaczo podobna do edycji na Przyjaciółkę. Oczywiście, że Commando nie wyciska siódmych potów z 16-bitowego Atari, jednak ja – w przypadku konwersji automatowej klasyki – najbardziej cenię sobie wierność oryginałowi. Bawiłem się przednio!

Retrometr


DARIUS +

(1989) The Edge

Darius+ potrafi zachwycić na zdjęciu. Kto zna oryginał ten wie, że nie dało się tego udanie skonwertować.

Darius+ to jedna z tych gier, która dobrze wygląda tylko na statycznych screenach. Duży statek, wielobarwna i miła dla oka oprawa graficzna, ciekawe i klimatyczne miejscówki oraz robiący ogromne wrażenie wielcy bossowie, będący głównie mechanicznymi rybami czy innymi podwodnymi stworami. Już sam fakt konwersji tej szybkiej japońskiej strzelaniny był wielce karkołomnym zadaniem dla programistów. Powiedzcie przecież sami – jak udanie przeportować mocarny automat arcade, który obsługiwał trzy ekrany rozgrywki jednocześnie i efektownie przedstawić to na 16-bitowym komputerze wyposażonym tylko w jeden monitor? Niewykonalne… I kiedy uruchomimy Dariusa+ zdajemy sobie z tego sprawę. Akcja w tym horyzontalnym shmupie jest bardzo powolna, nasz myśliwiec zbyt ociężały, strzelanie nie satysfakcjonujące, a scrolling ekranu odbywa się w iście żółwim tempie. Dynamika pierwowzoru od Taito została zupełnie zgubiona. Jako pocieszenie dla Atarowców dodam, że na Amidze sytuacja wygląda bardzo podobnie i tamta wersja też jest koszmarkiem. Czarę goryczy przelewa fakt, że dodatkowo na Atarynie odgłosy wystrzałów zagłuszają muzykę… Pozycja tylko dla bardzo wyposzczonych miłośników wszelakich shmupów, którzy nigdy na oczy nie widzieli tej gry na automatach.

Retrometr


DARK CASTLE

(1987) Three Sixty Pacific

Klimatyczna strona tytułowa Mrocznego Zamczyska na Atari ST prosto z SACP.

Mroczny Zamek zawsze mocno intrygował mnie swoimi screenami czy filmikami z rozgrywki ze wszystkich systemów na które się ukazał. Bardzo podobał mi się klimat posępnego zamczyska i jego lochów, które przemierza nasz fajnie animowany bohater, wyposażony w szeroki zakres ruchów. Gra swego czasu okazała się wielkim przebojem na Macintoshu i została skonwertowana na wszelkie domowe systemy, z których najlepsze wersje dotyczą C64, Segi Megadrive czy komputerów 16-bitowych. Edycja tej gry na Atari ST jest praktycznie identyczna z wersją na Amigę 500, co cieszy. Zadajmy sobie jednak pytanie czy ta rozbudowana gra przygodowo zręcznościowa pozostaje do dzisiaj grywalna? Pozostaje, ale tylko dla bardzo zaprawionych w bojach graczy, dla masochistów uwielbiających szalony poziom trudności. Naszym bohaterem, niejakim Duncanem możemy skakać po platformach, wspinać się po linach, chodzić po schodach, rzucać kamieniami, zbierać i pić eliksiry. Komnaty tej zdradzieckiej warowni obserwujemy oczywiście w ujęciu z profilu, podobnie do staroszkolnych hitów Bruce Lee lub Zorro. Trzeba docenić fakt, że są one pomysłowo zaprojektowane i zawierają wiele atrakcji, pułapek i przeciwników. Nasz protagonista nie jest biegłym wojownikiem i nie znajdziecie tutaj żadnych mieczy, toporów czy halabard do walki z rycerzami, zombiakami, a nawet beholderami. Szkoda, gdyż oręż w postaci garści kamieni, to nie jest broń, która dostarcza frajdy w tej przygodzie fantasy. Posługiwanie się nimi nie należy do intuicyjnych i wymaga sporo cierpliwości…

Ciekawie zaprojektowane komnaty to główna zaleta tej niebezpiecznej twierdzy.

Poziom trudności w tej grze jest sztucznie zawyżony przez przekombinowane i po prostu schrzanione sterowanie. Ucieczka przed goniącym nas żywym trupem na bezpieczne schody wygląda na bułkę z masłem, ale tak nie jest. Wierzcie mi, kilka dobrych minut zajęło mi opanowanie zakresu ruchów bohatera i jego poczynań, zanim odkryłem jak schodzić lub wchodzić po stopniach… Gra stara się być filmowa, poprzez wprowadzenie animacji naszego śmiałka kiedy ten potyka się i upada, lub po spadnięciu na poziom niżej doznaje zawrotów głowy. Wygląda to fajnie, ale sztucznie zwiększa trudność rozgrywki, gdyż w tym momencie nie mamy kontroli nad naszym bohaterem, a raczej łamagą. A o zgon tutaj nie trudno… Podoba mi się architektura twierdzy, niepokojące projekty wrogów i miejscówek, które nieraz ocierają się o klimaty sadomasochistyczne. Dark Castle to taki bardzo trudny prekursor Another World w średniowiecznym zamku. Jeżeli jesteś hardkorowym graczem i nie straszne ci wyzwania – możliwe, że będziesz się przy tym tytule dobrze bawił. Z zaciśniętymi zębami i pośladkami, ale zawsze to jakaś przyjemność… Gra doczekała się sequela zatytułowanego Beyond Dark Castle, który niestety ominął Dużą Atarynę.

Retrometr


DRAGON NINJA

(1989) Imagine / Ocean

Mięśniak kontra japońscy, zamaskowani zabójcy – to musi być świetna gra!

Zawsze byłem wielkim fanem Bad Dudes vs Dragon Ninja w wydaniu na automaty arcade. To dosyć nieskomplikowana pod względem mechaniki, kooperacyjna bijatyka z widokiem z boku, bez możliwości zmiany płaszczyzny walki jak w późniejszych beatem’upach pokroju Punishera. Potrafiła dać mi sporo radochy zarówno w oryginalnym wydaniu od Data East, a także w konwersjach na Commodore 64 oraz Amidze. Zasuwamy naszym wojownikiem ciągle w prawo i okładamy po mordach najróżniejszych nindżów i innych oprychów, czy to pięściami, czy kopniakami, nawet z wyskoku oraz zdobyczną bronią pokroju nunchako. Poruszamy się na dole ekranu po najniższym poziomie, lub wskakujemy na wyższe piętro podobnie jak w grach z serii Shinobi. Na końcu każdego etapu czeka nas oczywiście pojedynek z trudnym bossem, któremu musimy szybko spuścić manto. Znikający ninja, grubas zionący ogniem czy olbrzym zakuty w zbroję to tylko niektórzy z nich. Lubię takie pojedynki!

Wersja z Atari ST na wszelkich zrzutach ekranu, które widziałem przed rozpoczęciem potyczki – prezentowała się identycznie jak amigowy port tej gry. Czyli miałem nadzieję na porządną bitkę! Niestety srodze się zawiodłem. Nasz heros porusza się w ślamazarnym tempie i gdzieś uciekła cała dynamika walki i adrenalina znana z oryginału. Złe wrażenie potęguje beznadziejny, powolny scrolling ekranu, godny raczej pojedynku tetryków niźli mistrzów wschodnich sztuk walk. Dodatkowo postać reaguje na komendy wydawane za pomocą kontrolera z dużym opóźnieniem, co powoduje, że walka nie sprawia nam żadnej przyjemności. Tragicznego obrazu całości dopełnia kiepska muzyka oraz tylko jeden odgłos dźwiękowy… Słyszymy tylko zadawane przez nas uderzenia, a jęków pokonanych oprychów po prostu tutaj zabrakło… Tragiczna konwersja, najlepiej sformatować dyskietkę z tą grą i nagrać na nią coś innego…

Retrometr


SHINOBI

(1989) Binary Design / Sales Curve

Wszyscy ubieramy się na szaro! Niech każdy udaje Shinobiego…

Przygody Joe Musashiego, czyli Shinobi to kolejny wielki klasyk z salonów gier, którego chciałem zobaczyć w wersji na Atari ST. Ta wydana w oryginale w 1987 roku przez Segę produkcja to bardzo udane połączenie run’n guna (zamiast strzelać rzucamy gwiazdkami) z grą platformową. Wszystko zaprezentowane w ujęciu z boku, z natychmiastowo przyswajalnymi zasadami, hordami nacierających na nas wrogów oraz tradycyjnie – z trudnymi niemilcami do ubicia na końcu każdego etapu. Gra odniosła w momencie premiery duży sukces i doczekała się wielu kontynuacji na najróżniejsze komputery i konsole, a nawet przeskoczyła udanie w trzeci wymiar. Zagrywałem się w nią kiedyś do upadłego! Z konwersją tego hitu w wydaniu na Amigę miałem już złe doświadczenia, więc odpalając port na Atari ST nie spodziewałem się zobaczyć niczego rewelacyjnego. I nie pomyliłem się. Naprawdę chałturnicza, zrobiona na szybko edycja, za którą autorzy powinni dostać ninjowską gwiazdką w jaja. Tragiczna kolorystyka, dławiący się i powolny scrolling ekranu, niemrawa akcja. Animacja ruchów naszego bohatera już w oryginale nie zachwycała ilością klatek, ale tutaj nasz heros to jakiś połamaniec, a nie japoński zabójca. Przykro mi, ale nie znajdziecie miodności w tych szaro burych pikselach… Tylko muzyka z powodzeniem udaje nutę, którą słyszeliśmy w pierwowzorze. Szczerze, to Shinobi w wydaniu na Duże Atari jest jeszcze gorszą konwersją od bardzo słabej amigowej… Ten fakt dziwi, gdyż taka maszynka jak ST powinna pociągnąć ten tytuł bez zadyszki. Podobnie jak w przypadku Dragon Ninja – koszmarne niechlujstwo autorów…

Retrometr


DYNA BLASTER

(1992) Hudson Soft / Ubisoft

Moja mama bardzo dobrze pamięta tę stronę tytułową. Skończyła Dynę wielokrotnie.

Nie chciałem kończyć tego wpisu jakimś niegrywalnym szajsem pokroju dwóch powyższych tytułów, więc na koniec przypomnimy sobie całkiem udany, a w Polsce wręcz kultowy klon Bombermana czyli Dyna Blaster. Czy ktoś z miłośników retro grania nie kojarzy tego tytułu? Słowem przypomnienia dla młodszych graczy nakreślę tylko zasady rozgrywki tego wielkiego niegdyś przeboju. Milutkim z wyglądu chłopkiem ubranym w skafander walczymy ze słodkimi, lecz niebezpiecznymi stworkami za pomocą podkładania im bomb pod nogi lub macki. Po zabiciu wszystkich potworków na planszy przechodzimy do następnego etapu. Arena walki przedstawiona jest z góry, my zaś poprzez wysadzanie skał i kamiennych bloków możemy wejść w posiadanie ulepszeń broni jak i naszego kombinezonu. Rozbudowujemy arsenał o kolejne bomby, zwiększamy pole rażenia wybuchów, przyspieszamy nasze poruszanie czy nawet zdobywamy chwilową nietykalność. Na końcu każdego świata złożonego z bodajże dziesięciu etapów – czeka nas pojedynek z niebezpiecznym strażnikiem, którego musimy spopielić. Oprócz trybu fabularnego istnieje możliwość pojedynkowania się z innymi graczami, w ilości od dwóch do nawet czterech zawodników jednocześnie na różnorodnych arenach.

W Dyna Blaster do dzisiaj są organizowane turnieje na retro zlotach.

Tyle tytułem wstępu – teraz przejdźmy do konwersji na Atari ST. Na pierwszy rzut oka wygląda ona identycznie jak świetna wersja na Amigę. Przykuwający oko ekran tytułowy, kolorowiutkie plansze i zaprojektowane z jajem przeszkadzajki, zbliżona oprawa dźwiękowa oraz dosyć powolna początkowo rozgrywka (zanim ulepszymy arsenał). Nie zrażajcie się początkiem, z biegiem czasu gra potrafi mocno wciągnąć! Jednak po uważniejszym przyjrzeniu się temu hiciorowi wychodzą na wierzch minimalne różnice w stosunku do wzorcowej dla mnie wersji z Przyjaciółki. Po pierwsze poruszanie się naszego Bombermana nie jest ultra płynne, zaś scrolling na dużych arenach nie jest tak perfekcyjny. Na pierwszy rzut oka jest to niewidoczne, dopiero przy bezpośrednim porównaniu obu portów widać jakby konwersja na Duże Atari delikatnie chrupała i miała przez to powolniejszą rozgrywkę. Nie zrozumcie mnie źle, to ciągle bardzo grywalna produkcja i różnica ta jest głównie kosmetyczna, ale według mnie warta odnotowania. Co do muzyki i efektów dźwiękowych – ja preferuję te z Amigi, ale myślę, że są one na tyle zbliżone, że kto wychował się na Atari ST – także będzie z nich zadowolony. Podsumowując – dobry port dobrej gry, a w przypadku pojedynków na czterech graczy, nawet świetnej.

Retrometr


Na dzisiaj zakończę już przegląd gier na Atari ST (z naciskiem na tytuły dostępne także na Amidze) i spodziewajcie się kolejnych odcinków tego raportu na naszym portalu. Po prostu po przekroczeniu przeze mnie trzech i pół tysiąca słów stwierdziłem, że nie będę więcej męczył was tekstami gigantami, takimi na kilka stronic i podzielę po prostu ten wpis na kilka części. Co do produkcji jakie zaprezentuje wam w kolejnych odcinkach przeglądu, to mogę tylko napomknąć, że spotkacie tam między innymi takie klasyki jak International Karate +, Exolon, Toki, Lode Runner czy Jim Power. Pojawią się w przyszłości tutaj także tytuły nie wydane na Amidze, pokroju świetnej niespodzianki zatytułowanej Phoenix, czy znanych 8-bitowych hitów: Warhawk, Robbo. A wisienką na torcie będzie Wolfenstein 3D! Zapraszam do komentarzy, wyrażania swojej opinii o grach na Atari ST oraz polecania nam największych ekskluzywnych przebojów na ten komputer. Szczególnie hitów udanie wykorzystujących możliwości Atari STE. Może kiedyś je z Larkiem ogramy?

PS. Zdjęcia pochodzą głównie z Atari Legend, Atarimanii lub telefonów Borsuka i Larka.

O RetroBorsuk 85 artykułów
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.