Wektorowe Światy VECTREX’a | Przegląd Gier #2

Vectrex przegląd gierKontynuujemy cykl z tekstowymi recenzjami najlepszych gier na Vectrexa, które wcześniej przeglądaliśmy z Larkiem w jednym z odcinków Gramy na Gazie. W polskich internetach wektorowa konsola praktycznie nie istnieje, wiec można powiedzieć, że Wektorowe Światy VECTREX’a to materiał, którego nie znajdziecie nigdzie indziej! W dzisiejszym odcinku królują głównie strzelanki oraz adaptacje hiciorów z salonów gier, znajdziecie tutaj jeden wielki hicior, trochę niezłych tytułów i niestety parę kitów, ale cóż takie już jest życie… Kto ogląda cyklicznie Gramy na Gazie ten wie, że niejaki Bisquit.PL (pozdrawiam!) podarował mi w prezencie kapitalnego Vector Pilota (konwersja Time Pilot i chyba najlepsza wersja tej gry, lepsza nawet od oryginału z automatów arcade!) i recenzja tegoż tytułu pojawi się w ostatnim odcinku vectrexowego minicyklu. Każdą z dzisiaj recenzowanych gier ostro przemieliliśmy z profesorem Larkiem, a ja dodatkowo pograłem w nie na nowym kontrolerze (arcade stick), który zrobił mi profesorek, żeby sprawdzić czy czasami dzięki lepszej kontroli nie wzrosną wrażenia z obcowania z danym tytułem. No to co, jesteście gotowi, można zaczynać? To zakładajcie te piękne retro okulary wektorowej rzeczywistości i wskakujemy do Wektorowych Światów Vectrexa Part II! (Jebudu i przenosimy się do wnętrza konsoli niczym bohater kultowego TRON’u!).


PROTECTOR

ALEX HERBERT (2003) / PACKRAT VIDEO GAMES (2016)

Pierwszym ze światów, które odwiedzimy będą kosmiczne góry najechane przez Obcych, znane z Defendera.

Jednego wielkiego hiciora na Vectrexa już wam opisałem w poprzednim odcinku tego przeglądu (a był to przezajebisty Vector Patrol), teraz czas na drugą najlepszą grę na ten system. Oczywiście mim skromnym zdaniem, gdyż mój kompan Larek pewnie by się ze mną nie zgodził w tej kwestii. Protector bo o nim mowa to vectrexowa wersja sławnego, wręcz legendarnego w niektórych kręgach Defendera (Williams – 1981) z minimalnymi zmianami w grafice. Nasz statek przypomina z wyglądu ten znany z Asteroids, ale reszta grafiki jest bardzo podobna do oryginału, oczywiści narysowana wektorami, co wyjątkowo dobrze tutaj pasuje i buduje świetny klimacik mocno oldschoolowego szpila, sprzed czasów prehistorycznych, a przecież sam Defender to retro w najczystszej postaci. Jednakże nie w grafice była siła oryginału, ale w nieustannej kosmicznej rozpierdusze, w ultra płynnym scrollingu, w super szybkim strzelaniu laserem i w hektolitrach adrenaliny, które u gracza wyzwalała rozgrywka! No właśnie, czy autor konwersji Alex Herbert podołał i dostarczył to wszystko? Jak najbardziej, gdyż Protector to cholernie dynamiczna i absorbująca uwagę strzelanina, niemożebnie trudna i pomimo prostoty grafiki – efektowna pod względem rozpierduchy! Posiada ona wszystkie zalety i wady automatowej wersji, a jej neonowa grafika, która bije nas po oczach z oscyloskopu powoduje, że wygląda jeszcze bardziej odjechanie niźli na automatach. Naprawdę zajebiście! No i jak to się ultrapłynnie porusza, ojojojoj, oczy nie nadążają!

Defender/Stargate gramy na gazieOryginalny Defender z salonów gier. Wielu polskich graczy się na nim wychowało.

Tytułowym Obrońcą, czyli najnowocześniejszym myśliwcem w galaktyce zasuwamy z ponaddźwiękową prędkością nad powierzchnią bliżej nieznanej nam planety. Ludzka kolonia zlokalizowana w tym zadupiu kosmosu została zaatakowana przez Obcych, których celem jest porwanie wszystkich osadników i oczywiście zniszczenie naszego statku. My za pomocą bardzo szybkostrzelnego działa laserowego musimy bronić tego przyczółku ludzkości, odpierając wszystkie fazy ataku wroga. Każda faza to kolejna plansza, którą musimy oczywiście oczyścić z wszelkich jednostek przeciwnika. Różnią się one od siebie głównie liczebnością i zajadłością kosmicznego ścierwa. Wróg atakuje nas całymi hordami pojazdów, spośród których najczyściej spotykane to: podobne do kapsuł lądowniki, które zamieniają się w agresywne mutanty po porwaniu osadnika, zaś irytujące są bardzo zwrotne i niebezpieczne latające spodki, a co pewien czas dochodzą nowi przeciwnicy, bardzo podobnie jak w pierwowzorze.

Obrońca wkracza do akcji! Śmierć najeźdźcom z kosmosu! Że co? Dostałem?! Jebudu!

Największą wadą tej produkcji jest moim zdaniem sterowanie, przynajmniej na oryginalnie wbudowanym w Vectrexa kontrolerze. Podobnie jak w Defenderze zastosowano tu obsługę naszego myśliwca czterema przyciskami, zaś gałka służy nam tylko do zmiany wysokości lotu. Strzelanie, bomba, zawracanie i przyspieszenie są przypisane pod przyciski i na pewno ortodoksyjni fani Defendera z automatów temu przyklasną, że zajebiście i super hiper, przeca tak było na automatach! No fakt było i w sumie fajnie, że wiernie – ale kiedy te przyciski mamy rozmieszczone w jednej poziomej linii (oryginalny kontroler) to nie jest to wcale wygodne, ani intuicyjne i naprawdę uniemożliwia osiąganie dobrych wyników w tej grze. Ja osobiście w Defenderze i wszelkich jego klonach preferuję zawracanie i przyspieszanie dżojem, jest to dla mnie naturalniejsze rozwiązanie i gra mi się wtedy zarówno łatwiej, jak i przyjemniej. No ale cóż, autor wybrał takie sterowanie i niestety nie da się tego w opcjach zmienić, a szkoda. Pomimo faktu, że na arcade sticku jest łatwiej (ustaliliśmy z Larkiem specjalne rozmieszczenie przycisków pod Protectora) to uzyskiwanie wysokich wyników punktowych w tej grze wymaga dłuuugiego treningu. A przecież taki jest cel każdej wariacji na temat Defendera – jak największy high score! Gdybym miał tu wybór sterowania, albo gdyby były tu jakieś dodatki do odblokowania (podobnie jak to ma miejsce w Vector Patrol i Pilot) to dałbym medal, ale tak daję „tylko” zielone światło. Ci którzy śpią z budą automatu Defendera pod kołdrą mogą dorysować sobie medalik ze złotego kruszcu…

W programie graliśmy mało w Protectora, gdyż oryginalny kontroler niestety nie nadaje się do tej gry. Zerknąć jednak polecam, bo fest szybki szpil.

Retrometr


PATRIOTS

JOHN DONDZILLA (1996) / PACKRAT VIDEO GAMES (2015)

A teraz wskakujemy w świat kresek i kółek, znaczy się rakiet i wybuchów niczym z Missile Command!

John Dondzilla to wielce zasłużony człowiek dla retro sceny gier homebrew na Vectrexa, a przede wszystkim bardzo płodny. W naszym programie znajdziecie kilkanaście jego gier, które często i gęsto charakteryzują się dobrym wykonaniem, ale udziwnionym sterowaniem – przeważnie tylko na przyciski, bez wykorzystania analogowego dżoja. Szkoda… Patriots to chyba najlepsza z dotychczasowych jego darmowych produkcji, tak dobra, że po latach firma Packrat Video Games postanowiła wydać ją nawet w formie fizycznej. No i to się chwali, gdyż ta wariacja na temat Missile Command po prostu na to zasługuje. Przypomnijmy młodszym czytelnikom o co tu chodzi? Z góry ekranu lecą w naszym kierunku rakietowe pociski jądrowe (kreski), by zniszczyć nasze miasta (małe trójkąciki na ziemi), a my za pomocą naszych dział musimy odeprzeć ich atak. Po prostu rozpierdolić je w drobny mak, strzelając z dwóch dział za pomocą celownika! Niekiedy na horyzoncie zamajaczą także inne obiekty na przykład wielkie UFO, czy samoloty zrzucające dodatkowe bomby i je także musimy zezłomować. Każdy nasz wystrzał powoduje wybuch, który pochłania wszelkich wrogów jeśli znajdą się w jego zasięgu.

Panie Prezydencie Sowieci atakują! Czy mamy odpalić systemy obronne? Panie Prezydencie…

Patrioci to po prostu bardzo grywalna wersja stareńkiego hitu od Atari z kilkoma malutkimi zmianami pod względem gameplayu, no i nie mamy tu do dyspozycji trackballa, tylko sterujemy analogiem. Akcja jest wartka (no, może z wyjątkiem pierwszych powolnych etapów), rozpierducha znaczna, dużo dzieje się na ekranie, wybuchów jest cała masa, adrenalina przelewa się w graczu, zaś prosta wektorowa grafika pasuje jak ulał do tego klasyka. Nic dodać, nic ująć i moim skromnym zdaniem w Patriots grało mi się lepiej niźli w konwersję Missile Command na Małe Atari. Powątpiewam jedynie w jedno: czy w dalekich etapach, kiedy pociski zapieprzają przez nieboskłon prawie z prędkością światła – to  gracz jest w stanie wyrobić się z ich niszczeniem za pomocą dżoja? Zdecydowanie przydałaby się tutaj mysz lub trackball do wykonywania szybszych ruchów, gdyż analogowa gała nie nadąża. Wniknąłem w temat głębiej i okazało się, że ludziska posiadają trackballe do Vectrexa, a także można przystosować takowe kontrolery z róznych retro sprzetów firmy Atari. Fajnie!

Zoba, zoba Larku – Missile Command na Vectrexa. I nawet fajowe! Sikor będzie sikał po nogach!

Fani Missile Command niech dadzą Patriots zielone światło. Posiadacze trackballa także.

Retrometr


BIRDS OF PREY

JOHN DONDZILLA (1999)

Czas na Zwierzyniec! Zapraszamy do wektorowej klatki z feniksami!

John Dondzilla jest płodny niczym Godzilla! Znowu atakuje swoją grą wszelkich miłośników Vectrexa, no i chwała mu za to, gdyż tym razem dostarczył nam nieoficjalną adaptację pewnego niezapomnianego hiciora. Birds of Prey to całkiem niezła konwersja jednej z najlepszych zmiennoplanszowych strzelanin (bez scrolingu), czyli kultowy na całej kuli ziemskiej, a szczególnie w Polsce – Phoenix. Oj, ależ to był popularny tytuł w naszym kraju! Wszyscy miłośnicy strzelanin pewnie dobrze go pamiętają, ale przypomnijmy rozgrywkę młodszym. Kosmicznym myśliwcem walczymy na statycznych planszach (przesuw gwiazd w tle udający scrolling) ze stadami gwiezdnych ptaków. W pierwszych dwóch etapach tylko z małymi osobnikami, które atakują nas eskadrami. Rozgrywka przypomina w tym momencie sławnych przodków czyli Galagę i Galaxiana, dodatkowo jednak oprócz działka pokładowego wyposażeni jesteśmy w plazmową tarczę, o krótkotrwałym działaniu. Za pomocą osłony możemy spopielić ptaszydło, jeżeli podleci ono zbyt blisko. W kolejnych dwóch etapach zmierzymy się z wielkimi feniksami, które początkowo atakują nas w postaci jaj, w które potrafią się ponownie przepoczwarzyć (przeptasić, a może przepisklić?). W tym etapie  musimy się już naprawdę postarać, gdyż tylko strzał w sam środek wielkiej bestii potrafi ją zniszczyć. Ostatnim, piątym etapem jest pojedynek ze statkiem matką, kierowanym przez mózg centralny, do którego musimy przebić sobie drogę wystrzeliwując dziury w grubym pancerzu tej gwiezdnej fregaty. Żeby nie było zbyt łatwo, statek także posyła salwy w naszym kierunku, a jednocześnie natarczywie atakują nas stada mniejszych feniksów. Po zniszczeniu kosmicznego pancernika – gra zapętla się ze zwiększonym poziomem trudności.

Phoenix w wersji dla ubogich. Można zagrać i nawet są wszystkie etapy.

I co, czy Birds of Prey jest wierne oryginałowi? Na tyle, na ile pozwoliły tu umiejętności Johna Dondzilli, czyli spokojnie można zagrać, a miłośnicy oryginału będą mieli radość, chociaż przyznajmy uczciwie – rewelacji nie ma. Obecne są tu wszystkie plansze (świetnie!), mechanika strzelania do kosmicznych ptaszysk także jest podobna (i dobrze), lecz wszystkie obiekty na ekranie są bardzo maciupkie, rzekłbym mikre. To taki Phoenix z symboliczną oprawą graficzną, do której potrzeba lupy, jednak gdy już ją wyciągniemy z szuflady, to wszystkie elementy gry rozpoznamy w mig. Fajowo, że końcowy boss (baza feniksów), jest tu obecna, trochę szkoda, iż walczy się z nią troszku inaczej niźli w pierwowzorze, ale najważniejsze że jest! Powątpiewałem w fakt jej obecności, a tu proszę – miła niespodzianka. Szkoda, że sterowanie zostało ograniczone tylko do przycisków, bez wykorzystania analogowej gałki i trzeba niestety do niego przywyknąć. Co prawda jest to wierne automatowi z Phoenixem, ale za cholerę nie jest wygodne na oryginalnym kontrolerze, no może jakbyśmy go postawili na biurku byłoby lepiej. Powiem tak, jeżeli lubicie oryginał i nie zrazi was grafika to będziecie mieć radochę, my z profesorkiem mieliśmy na tyle dużą, że mój funfel nawet zapętlił tą malutką freewarową gierkę. Bardzo ascetyczny klon Phoenixa, wręcz namiastka, ale o dziwo dosyć wierny i grywalny. Grę znajdziecie na kartridżach: multicart Seana Kelly’ego oraz Vecmania – zestawie gier Johna Dondzilli, ten ostatni chyba wyszedł w dwóch wersjach: starszej oraz reedycji.

Larek eksterminuje kosmiczne gołębie, tfu feniksy! Z powodzeniem mu to wychodzi. Rekordzik wpadł.

Retrometr


WEB WARS

GENERAL CONSUMER ELECTRONICS (1983)

Kontynuujemy wycieczkę po wektorowym ZOO. Ptaszysko kontra pająki!

O najfajniejszych produkcjach na Vectrexa rozpisałem się trochę obszerniej, to o tych mniej fajnych napiszę bardziej skrótowo. Przeca nie każdy ma czas na czytanie o jakiejś prehistorycznej konsoli, co nie? Web Wars to naprawdę przyjemna produkcja, której założenia przypominają kultowego Tempesta od Atari, jest to tak zwana strzelanina w tubie (a w tym wypadku w pajęczynie), w której naszym ptakiem strzelamy do wypełzających z wnętrza ekranu przeciwników (głównie jakichś pajęczaków i robali). W Sieciowych Wojnach dołożono jednak scrolling, gdyż nasze ptaszysko dziarsko frunie przed siebie, a kiedy zwiększymy jego prędkość to wręcz zapierdala! Naszym protagonistą możemy latać po obrysie danej pajęczyny, a także wlatywać w jej głąb, co pozwala ominąć bardziej upierdliwych wrogów. Dodatkowo za pomocą języka łapiemy pomniejsze stworki i dopiero w instrukcji do gry wyczytałem, że celem jest zdobycie takowych dwudziestu egzemplarzy. Taki ptak łowca Pokemonów, a może są to jego pisklęta, hmm

Ptaszysko kontra pająki w trakcie lotu przez sieć!

Ponoć później możemy odwiedzić jaskinię z trofeami (gdzie znajdują się zdobyczne kreatury), a nawet może zaatakować nas jakiś wielgaśny smok! Fajnie, niestety my z Larkiem już tam nie dolecieliśmy i to nie z powodu kiepskiej jakości tejże gry (bo w sumie to jest całkiem porządna), tylko byliśmy już trochę zmęczeni długotrwałą transmisją naszego programu. No i nie rozgryźliśmy do końca zasad tego szpila. Podsumowując Web Wars to tytuł średnio dobry, zaś fanom Gyrussa, czy Tempesta może dać naprawdę dużo frajdy. Jakbym był właścicielem Vectrexa w początkach lat 80-tych i nabył tę grę – to bym nie kręcił nosem, tylko ostro pobijał rekordy. Same założenia tego tytułu przypominają mi atarowskiego Thrax Lair (pamięta ktoś?), tam jednak rozgrywka była pokazana z góry i lataliśmy nietoperzem w jaskiniach.

Bohaterski ptak frunie poprzez pajęcze sieci. Nawet to fajne, szczególnie jak się rozpędzimy.

Retrometr


HYPERCHASE

JEFF GORSIGLIA / CHRIS KING / GCE (1982)

Wreszcie coś dla prawdziwych mężczyzn! Jadymy tym krążownikiem szos, na pełnej rukwie!

Kiedy pierwszy raz włączyliśmy ten Hiper Pościg to wieszaliśmy na nim psy i wyzywaliśmy twórców od najgorszych! Jak można beznadziejnym sterowaniem spieprzyć tak zajebiste wyścigi, w których uczucie pędu zrywa kask z głowy wraz z tupecikiem! Przecież to prawie wektorowy Burnout i nawet posiada zmienne krajobrazy: tunel, las, wybrzeże, górskie szczyty po bokach. Ładnie to wygląda, jest cholernie płynne, a jak już się rozpędzimy to woooooooow! Jejciu jak ta gra zapierdala, znaczy się zaiwania, po prostu zasuwa jak jasna cholera! Super oddano uczucie pędu. Tylko dlaczego do cholery naszym bolidem nie da się sterować? Jak to się nie da, wcale? Wcale, a wcale, gdyż delikatne dotknięcie gałki analogowej rzuca go po drodze jakby jego kierowca był ostro napruty. – 10 promili? – Wincyj Panie Władzo, paliwo to całą noc tankowałem! Dopiero po kilkunastominutowym treningu odkryliśmy, że trzeba ino smyrać gałkę analoga opuszkami palców, bo inaczej nasz samochód ląduje od razu na krawędzi drogi i jebudu! Nie mogłem się temu nadziwić i złorzeczyłem na autorów gry. Dopiero po programie profesor Larek zgłębił temat i wszystko stało się jasne. Uwaga, uwaga – w Hyper Chase sterujemy mini kierownicami, które załączano do tej produkcji i dopiero wtedy potencjometry spisują się cholernie dobrze i gra jest grywalna.

HyperChase – najszybsze wyścigi na Vectrexa. Szybkie? Burnout wysiada! No, prawie…

Sama rozgrywka przypomina bardzo stareńką i prostą grę Turbo od Segi na automaty arcade, czy jej duchowego następcę Death Race na Atari XL/XE. Jedziemy cholernie szybką bryką prostą jak strzała drogą, a zza horyzontu wyłaniają się inne samochody i musimy je tylko omijać. Zakrętów tu w sumie nie ma, chociaż można mieć złudzenie, że występują takowe, gdyż kamera która wisi nad naszą głową (filmują nas z helikoptera?) co pewien czas pokazuje akcję z innego kąta i płynnie przechodzi pomiędzy ujęciami. Powoduje to, że trasa wije się na ekranie od lewej do prawej i nie powiem jest to bardzo, ale to bardzo efektowne jak na rok produkcji tego tytułu. Dodatkowo wspomniane przeze mnie wcześniej – płynnie zmieniające się tła, przyjemnie narysowane wektorami, oraz uczucie pędu powodują, że tytuł ten naprawdę dostarcza wrażeń i adrenaliny. Szkoda tylko, że jak się zagłębimy w jego mechanikę to na wierzch wychodzi jego prostota. To tylko omijanie, a raczej wyprzedzanie przeciwników na prostej autostradzie i uważanie, żeby nie zahaczyć o pobocze. Zabawa jednak fajna i bardzo efektowna jak na rok wydania! Tytuł obowiązkowy jeżeli macie kierownicę do Vectrexa.

Gdybyśmy mieli kierownicę to może bylibyśmy mistrzami Hyper Chase, a tak to jesteśmy leszczami!

Retrometr


V – FROGGER

CHRISTOPHER SALOMON (1998) / PACKRAT VIDEOGAMES (2015)

Nie znudziło wam się w wektorowym zwierzyńcu? To teraz czas na żabki!

Frogger na Vectrexa? To nie może się nie udać, przecież to prościutka gra, którą łatwo skonwertować, zaś neonowa grafika mogłaby jej nadać mroczniejszego sznytu. Kurdelebele pograłbym w świetną konwersję Żabola na ten sprzęcik, oj pograł! Więc odpalamy! O jaka przyjemna czołówka, wektorowa wielka żaba podobna z ryja do Kermita zamienia się w napisy początkowe, zaś dupny napis głosi, że gra została napisana przez Chrisa Salomona! Wszystkiemu przygrywa skoczna muzyczka, wstęp robi wrażenie, więc z uśmiechem na ustach skaczemy żabolem po ulicy. I co? Dajcie spokój… Animacja zrobionej z drutu żaby nie istnieje w tej grze, przesuwa się ona po prostu po ekranie bez nawet jednej klatki animacji, zmienia się tylko jej wygląd kiedy poruszą się w poziomie, wtedy możemy podziwiać jej profil. Ja wiem, że oryginalny Frogger od Konami to była prościutka gierka pod względem oprawy, ale przynajmniej tam nasza żabka udawała że skacze po szosie, czy kłodach. A ta druciana ropucha znika w jednym miejscu i pojawia się w następnym, szanujmy się chociaż trochę..

Ten żabol nadaję się tylko na żabie udka…

Wszystkie wektory imitujące samochody, czy żółwie są narysowane bardzo niedbale, jakby białym cienkopisem nabazgrane przez dziecko na czarnej kartce. Może taki miał być zamysł autora, że niby to dziecko odcisnęło grafikę poprzez kalkę? Wiele wcześniejszych vectrexowych gier pokazało, że da się z tej konsoli wycisnąć porządną grafikę, tutaj nawet punktacji nie widać na ekranie, wszystko jakby nabazgrane, tylko motory robią przyjemne wrażenie. Koślawa strasznie ta gra i mało grywalna, nawet dla mnie, wielkiego fana oryginału z automatów arcade. Podobają mi się w tej wersji muzyczki przerywnikowe i transformacje żaby: w nagrobek (przy zgonie) i w cholera jeszcze wie co (w jakąś kaczkę, czy ki juch?) kiedy doprowadzimy ją do domku. Ocenię wam ten tytuł szczerze – jak mocno zaciśniemy poślady to można zagrać, ale na szczęście nie trzeba…

Fajna muzyka i wstawki przerynikowe, koślawa gra i brzydka żaba. Włącz, zagraj, zapomnij, nie włączaj.

Retrometr


Y.A.S.I. /YET ANOTHER SPACE INVADERS/

ALEX HERBERT (2003) / PACKRAT VIDEO GAMES (2016)

Gdyby nie Protector to raczej nie nabyłbym Y.A.S.I.

Tytuł kolejnego dzisiaj prezentowanego szpila mówi o nim dosłownie wszystko. To po prostu Kolejni Kosmiczni Najeźdźcy i tyle w temacie. Na tym mógł bym zakończyć tę recenzję, gdyż każdy gracz na świecie kojarzy oryginał od Taito z 1978 roku wydany pierwotnie na automaty arcade, zaś gra Alexa Herberta (autora świetnego Protectora) to jego bardzo wierna adaptacja. Space Invaders to protoplasta wszelkich strzelanin i za to należy mu się wieczny szacunek. Nie ma co owijać w bawełnę – to jedna z najbardziej zasłużonych gier na naszym retro poletku i dla całej branży gier video. Jednakże nie zmienia to faktu, iż prostota rozgrywki tego tytułu, jego jednostajność, a raczej monotonia i brak urozmaiceń powoduje, że dzisiaj nie wywołuje już takich emocji jak w swoich pionierskich czasach. Po prostu Space Invaders źle się zestarzało, ale takie już przeważnie są losy najbardziej nowatorskich gier. Oczywiście dla wychowanych na tym tytule dinozaurów to ciągle będzie nostalgiczny powrót do dzieciństwa, szczególnie że mamy tutaj do czynienia z bardzo dobrą konwersją

YASI to Space Invaders klasyczne do bólu. Ileż można? Widocznie do bólu!

Rozgrywka polegająca na prostej wymianie ognia z kosmitami i chowaniu się za barierami nie dostarcza już takiej dawki adrenaliny jak dawniej i w sumie nie chciało nam się wraz z Larkiem obcować z tym zasłużonym tytułem dłużej niźli tylko chwilkę. Świetna konwersja zabytkowego, wręcz archaicznego klasyka. Ciekawie autor rozwiązał sprawę grafiki w tej produkcji, gdyż udaje ona tradycyjną (rastrową) oprawę, charakterystyczną dla oryginału, a nawet symuluje różne odcienie szarości. Zastosowano tu pewnie jakieś ciekawe tryby graficzne i pewnie pokazanie światu, że Vectrex potrafi w ten sposób wyświetlać grafikę było głównym zamiarem autora Y.A.S.I. Jeżeli lubicie oryginał od Taito to atakujcie, ja szanuję i doceniam ten tytuł, ale grać mi się w niego po prostu już nie chce, a w mojej kolekcji znalazł się on wyłącznie dlatego, że zawierał go kartridż z Protectorem. Tylko dla fanów Space Invaders, ich szczególnie ucieszą dodatkowe tryby rozgrywki, które można odblokować: na przykład poruszające się osłony, znikający przeciwnicy, czy wyposażenie naszego statku kosmicznego w zdalnie naprowadzane pociski… Jak je włączyć? Mnie nie pytajcie…

Larek i Borsuk kontra Kolejni Kosmiczni Najeźdźcy. Zieeeew.

Retrometr


MARINE FOX

MOUNTAIN GOAT (2015)

A teraz prościutka, ale całkiem przyjemna gra freeware, której każdy może poświęcić kwadrans czy dwa i nie będzie raczej żałował tej decyzji. Raczej to słowo klucz, gdyż Marine Fox rewelacyjny także nie jest, to po prostu jakby podwodny klon Pacmana, w którym sterujemy meduzą i zbieramy kryształy, zaś na planszy nie mamy żadnych przeszkód terenowych w postaci ścian, czy skał – i dosłownie możemy pływać wszędzie. Nawet gdy wypłyniemy poza ekran to pojawiamy się po jego przeciwnej stronie, musimy tylko uważać na krwiożercze rekiny pływające po planszy i w sumie tylko na nie. Oto cała filozofia tej gry – zbieramy wszystkie diamenty i przechodzimy do następnego, trudniejszego etapu z innym układem świecidełek oraz większą ilością przeciwników.

Prościutki Pac-Man pod wodą, ale z fajnymi przerywnikami. A ten po lewej to kto? Kapitan Ariel! Wygląda trochę jak Ultraman…

Gra posiada bardzo intuicyjne sterowanie, meduzą poruszamy się w sposób bardzo płynny (nic dziwnego, przeca ona pływa!) i precyzyjny, zaś grafika pomimo swojej prostoty została tu całkiem przyjemnie narysowana. Wszelkie efekty dźwiękowe oraz ładny ekran przerywnikowy (z postacią naszego herosa Kapitana Ariela Foxa, ki diobeł?) – upodabnia Marine Fox do automatu arcade z początku lat 80-tych zeszłego stulecia. Prościzna, ale potrafi dać frajdę, niestety rozgrywka jest tutaj mało urozmaicona. Autor gry czerpał inspirację do stworzenia swojego dzieła zarówno z leciwego hitu Midway zwanego Solar Fox (1981) oraz z przyrodniczego programu o rekinach ludojadach pod kryptonimem Shark Week. Tego ostatniego nie widziały moje gały, więc jeśli to nie jest film przyrodniczy – tylko jakiś krwawy, podwodny monster movie z rekinami w rolach głównych to mnie poprawcie…

Parzydełkowcem być w Marine Fox to całkiem spoko rozgrywka.

Retrometr


POLAR RESCUE

GENERAL CONSUMER ELECTRONICS (1983)

Vectrex pozwoli nam zwiedzić także podwodne światy.

Na koniec dzisiejszego przeglądu najciekawszych gier na Vectrexa pozostajemy w morskich głębinach! Teraz czas na symulator okrętu podwodnego z prawdziwego zdarzenia, przy którym wymięka nawet kultowe Silent Service. Przepraszam, przesadziłem i to gruuubo, gdyż Polar Rescue to trójwymiarowa strzelanka, która tylko widokiem z kokpitu udaje symulator. Sterujemy w niej oczywiście okrętem podwodnym i naszym celem jest uratowanie rozbitków na wrogich wodach, walczymy z nieprzyjacielskimi „łodziami podwodnymi” za pomocą wystrzeliwanych torped, unikamy zderzenia z krami lodowymi oraz minami

Polowanie na Wektorowy Październik czas zacząć!

W trakcie naszego filmu nie zorientowałem się o co chodzi w tym tytule i dopiero później, gdy o nim poczytałem to byłem w stanie troszkę bardziej zagłębić się w rozgrywkę. Kiedy dotrzemy do rozbitków należy zadokować nasz okręt blisko ich kapsuły ratunkowej, uważając by się nie rozbić. Gdy nam się to uda, to przechodzimy do kolejnego etapu, w którym tradycyjnie znajdziemy więcej wrogów i przeszkód, pojawią się nawet wpływające na sterowność okrętu – morskie wiry. Polar Rescue to kolejna z gier na Vectrexa, która na początku robi przyjemne wrażenie, a później okazuje się bardzo prostą pod względem mechaniki produkcją, ona także spokojnie mogłaby stać w salonie gier w późnych latach 70-tych, czy na początku 80-tych. Można zgrać, lecz niekoniecznie, więc trochę na wyrost daje tej produkcji żółte światło w retrometrze.

– Kapitanie Larek torpedy z lewej! Pełne wynurzenie! – Krzyczy Borsuk do kapitana, a ten co? Wcina obiad!

Retrometr


Poniżej na koniec wpisu zamieszczam wam fotki maleńkich kierownic do Vectrexa, czyli kontrolera Overdrive. Bez tego cacuszka nie siadajcie do opisywanego powyżej Hyper Chase, zaś w Pole Position z poprzedniej części przeglądu możecie jak najbardziej zagrać oryginalnym kontrolerem.


PS. Zdjęcia dostarczył Borsuk lub Larek, albo ich źródło jest pod nimi podane.

PS2. Dziękuje Larkowi za skonstruowanie kontrolera do Vectrexa. Jest kapitalny! Namawiałem go do uruchomienia produkcji Arcade Sticków do tej konsoli, ale martwi się chłopina, że będzie miał pięciu klientów na krzyż…

O RetroBorsuk 204 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.