Gramy na Gazie | Jungle Hunt – Video (recenzja, przejście gry, ciekawostki)

Witamy, witamy i do tropikalnej dżungli zapraszamy! Skakanie po lianach, pływanie z krokodylami, lawina skalna i gotowanie ponętnej kobitki przez kanibali! A co to za atrakcje? Takie właśnie (nie)przyjemności czekają wszystkich śmiałków, którzy wyruszą dzisiaj z nami na wyprawę do Amazonii. Nie zwalniamy tempa, zmieniamy tylko klimat! Prosto ze strasznego i opuszczonego dworu przenosimy się na pełne wrażeń safari, a raczej 8-bitowe polowanie. W najnowszym odcinku Gramy na Gazie przejdziemy dla was Jungle Hunt! Znacie? Musicie, tę grę zna przecież każdy kto wychował się na mikrokomputerach… A opowiada ona historię Tony’ego Halika…


ZUPA BLONDYNOWA!

W grze ratujemy blondie, a na reklamie swoje wdzięki w gęstwinie ukrywa jakaś ruda. Może i fajnie, ale szkoda, że nie pokazała co nieco …

*****

Blondynowa zupa, zupa blondynowa!

Urody i zdrowia całej wiosce doda!

Piękne, krągłe piersi zanurzmy we wrzątku!

Tyłeczek też duży, będziem żreć do piątku!

*****

Ludożercy, ludożercy, dziewczę me porwali!

Zaraz mą bidulkę będą gotowali!

Przez lornetkę zerkam, do wioski trzy mile.

Najpierw hop po lianach, później krokodyle!

Skaczę niczym Tarzan, szybciutko i sprawnie.

W Amazonce pływać, nie jest zbyt zabawnie…

Po zapętleniu gry pojawiają się wredne małpy!

*****

Scyzorykiem chlastam paskudne gadziny!

Płynąłem tak szybko, aż mam ból pachwiny…

A to co lawina? Na łeb, szyję leci!

Uff, bliziutko było, uniknąłem śmierci!

Kanibalskie ścierwa, wy na mnie z dzidami?

Jam jest Tony Halik, więc zatańczę z wami!

Jejciu rety! Luba ma nad garem wisi przerażona!

Ten skok to rozstrzygnie! Zupa z niej, czy żona?!

*****

– Panie Halik i co było dalej? Uratował pan żeś blondynę?

– Taa, pieprzyłem ją, aż się zapach wanilii rozchodził po całej dżungli…


ZZA KULIS I CIEKAWOSTKI

Witajcie w dżungli! Witajcie w norze! Witajcie w GnG!

W DŻUNGLI POLOWAŁ KAŻDY GRACZ! Nie zalewam, powaga! Potrzebna była odwaga, Małe Atari lub Commodore, chwila na wczytanie gry z magnetofonu (nawet w normalu na Atarynce) i już można było wcielić się w poszukiwacza przygód, bohaterskiego podróżnika, któremu kanibale porwali ukochaną blondynę. Polowanie w Dżungli było bardzo popularnym tytułem w latach 80-tych i do dzisiaj wielu graczy, pomimo prostoty tej gry wspomina ją z łezką w oku. Proste zasady, łatwa obsługa, zróżnicowane plansze, niezgorsza grafika, nie za trudno, nie za długo i już można się cieszyć z pierwszego ukończonego szpila na swojej 8-bitowej maszynce. Tak zapytam z ciekawości, czy jest pośród naszych czytelników osoba, która grała w ten tytuł i nigdy go nie skończyła? Chyba nie!

TAITO. Zacznijmy może od początku, za wydaniem tej dosyć przełomowej produkcji (pierwsza paralaksa w grze obok Moon Patrol!) stoi jedna z najbardziej zasłużonych firm w historii elektronicznej rozrywki. A jest nią japońskie Taito. Nie będę tutaj przytaczał dziejów tego wielkiego niegdyś potentata branży gier (chociaż chodzą plotki, że zaczynali w 1953 roku od importowania wódki!), ani jego całej groteki. Pionierzy, firma kultowa, specjalizująca się głównie w automatach arcade i wielce grywalnych przebojach. Pokrótce wymienię kilka: legendarne odbijanie kulki paletką, czyli Arkanoid i jego sequele, wspomniany już przeze mnie nieśmiertelny Księżycowy Patrol, świetne shmupy pokroju Flying Shark, czy seria Darius, wojenne celowniczki na szynach, czyli Operation Wolf i Thunderbolt, platformówki z milusimi smokami w rolach głównych, czyli Bubble Bobble i rodzina pochodnych od nich gier: Rainbow Islands, Parasol Stars, New Zealand Story, Puzzle Bobble (aka Bust a Move).  Klasyczne malowanie ekranu kolorami, czyli QIX, pierwszy prawdziwy shmup w historii, czyli Space Invaders... Wymieniać można by tak długo, aż do końca świata… Dla mnie obok Capcomu i Konami to chyba najlepszy twórca gier z początków naszej branży. Cieszę się, że Taito istnieje do dnia dzisiejszego (wykupione przez Square Enix) i dostarcza nam głównie nowe wcielenia i składanki swoich największych debeściaków. Nieraz zaskoczy graczy jakimś nowym IP pokroju Cooking Mama i jakoś powoli im się ten interes kręci. Szkoda, że nie rozwinęli się tak, jak ich japońscy bracia z Capcom, ale wszyscy miłośnicy automatowej klasyki mogą śmiało i w ciemno kupować składanki największych przebojów tej firmy. Zabawy jest przy nich po pachy!

A jednak prosić się nie dała i pokazała! Automat Jungle King reklamowano naprawdę przyjemnie.

KRÓL DŻUNGLI. Wróćmy jednak do bohatera dzisiejszego wpisu, czyli do Jungle King! Eee, Borsuk, o czym ty piszesz, coś ci się chyba popierniczyło?! No o Tarzanie, Królu Dżungli i Małp tu bazgrolę! A co on ma z tym wspólnego? Otóż moi drodzy, prototyp Polowania w Dżungli nazywał się początkowo Jungle Boy, a jego głównym protagonistą był heros będący klonem sławnego Tarzana. Wiecie, rozumiecie, owłosiona klata, prawie bez gaci, wychowany przez naczelne superbohater… I fajnie! Jednak grę wypuszczono na japońskie automaty pod nazwą Jungle King, reklamowano świetnymi seksownymi posterami i zaczął się problem… Na szczęście nie przez postery, to jeszcze były normalne czasy, kiedy można się było zachwycać pięknem kobiecego ciała… Problemem była nazwa, wygląd naszego odważniaka oraz tematyka gry. Tarzanopodobny chłopek skacze po lianach, walczy z krokodylami i mieni się w czołówce Królem Dżungli? Prawnicy Edgara Rice’a Burroughsa nie mogli tego puścić płazem! Gra o Tarzanie bez licencji, przeca wtedy był on ikoną popkultury, bohaterem powieści, komiksów, a nawet filmów! Dzisiaj też jest, ale gostki w majtkach zakładanych na spodnie jakby bardziej się ludziom podobają… Celem uniknięcia kosztownych rozpraw sądowych (pewnikiem przegranych) Taito zmieniło nazwę gry oraz wygląd bohatera na taki, który dobrze wszyscy znacie. Jungle Hunt zaistniało w salonach gier, a wraz z nim podróżnik awanturnik przypominający trochę polskiego Pampaliniego… Na koniec żeby wam jeszcze bardziej zamotać w głowach, wspomnę jeszcze o Pirate Pete, także wydanym przez Taito! Ki diobeł? To po prostu ta sama produkcja tylko w innej szacie graficznej i umiejscowiona pirackich klimatach. Nie powiem, nawet miła odmiana od znanej wszystkim wersji. Zamiast w dżungli to huśtamy się po linach na okręcie, w wodzie walczymy z rekinami, kamienie w trzecim etapie mają inny wygląd, a na końcu zamiast smakoszy ludzkiego mięsa mamy zwykłych korsarzy. Kurdelebele, ze skały ich herszt nawet rzuca w nas kozikiem! Czekajta rebiata, ci piraci to chyba zombiaki, bo ciągle w wielkim garze gotują ludzi…

Porównanie wersji automatowych. Od lewej góry: 2 x Jungle King, 2 x Jungle Hunt, 2 x Pirate Pete.

ORYGINAŁ GRY. Muszę wam szczerze powiedzieć, że wielkim fanem Jungle Hunt w wersji oryginalnej nigdy nie byłem, ze względu na jego prostotę. Nawet w oryginale to był tylko zestaw czterech minigierek, które kończyło się bardzo szybko, po opanowaniu ich prościutkich zasad. Najpierw trzy etapy scrollowane: skoki na lianach, pływanie w rzece pełnej krokodyli, przeskakiwanie pędzących na nas kamieni oraz jednoekranowa plansza, w której skacząc nad kanibalami musimy uwolnić naszą ukochaną, którą przywiązano nad gorącym kotłem i szykowano jako danie główne smacznej zupy. Nawet w czasach mojej młodości ta produkcja wydawała mi się zbyt prosta pod względem mechaniki, a po zapętleniu jej poziom trudności wzrastał znacząco. Łatwa do przejścia, niewdzięczna do bicia rekordów. Fajowo, że gra składa się jakby z czterech osobnych szpili, ale z drugiej strony to każdy z nich ma zasady rodem z gierek Game & Watch aka Elektronika. Pierwszy etap to tylko naciskanie jednego klawisza… W rozgrywce Jungle Hunt brakowało mi czegoś, co mocniej angażowałoby gracza. Szczególnie, że do automatu trzeba było wrzucić własne kieszonkowe, to człowiek był bardziej wybredny… Jednak jeżeli lubicie tę grę to lepszej wersji niźli ta z salonów gier nie znajdziecie. Ma najładniejszą grafikę (choć i tak nie jakąś urzekającą) i najlepszą oprawę audio. Jednak w przypadku mikrokomputerów, których możliwości były dużo skromniejsze od automatów dało się przygody pamaliniopodobnego herosa polubić!

Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby! Poster od Atari.

ATARI (USA). Wydawcą i twórca konwersji Jungle Hunt na Atari XL/XE jest amerykański oddział samego Atari. Ten sam, który na początku życia mojego pierwszego komputerka dostarczał graczom najlepsze wcielenia automatowych przebojów. Dostarczał na tony! Jakieś przykłady? Proszę bardzo: Defender, Moon Patrol, Mario Bros, Centipede, Pac-Man, Miss Pac-Man, Donkey Kong i Donkey Kong Junior, BattleZone, Pole Position Znowu długo można by wymieniać. Oprócz tego zdarzyło im się wydać produkcje firm Electronic Arts oraz Lucasfilm Games na rynek amerykański: ogrywany przez nas w jednym odcinku bitewny Archon, czy wspaniała trójwymiarowa, nowatorska strzelanina – symulator Rescue on Fractalus, A pamiętacie najlepszy odcinek w historii Gramy na Gazie, czyli Star Raiders II? To też oni stoją za tym majstersztykiem… Atarowską edycję Polowania w Dżungli możecie zobaczyć na filmie profesora Larka i uczciwie trzeba powiedzieć, że chłopaki się postarali. A jak było w przypadku portów na inne systemy?

Gorsze konwersje. Od lewej góry: PC-DOS, VIC-20, Apple II, Atari 2600. Ta ostatnia jest naprawdę dobra!

KONWERSJE. Cholera, w tym odcinku to cały czas na bogato! Jak nie Taito i ich pincet gier, to Atari USA i ich legion szpili, a teraz na dodatek gargantuiczna ilość adaptacji Jungle Hunt na ogromną liczbę maszynek do grania! Ufff, nie wyrabiam! Będę się więc streszczał, zapodam wam tylko po jednym zdaniu o każdym z portów. PC-DOS – katastrofa i lepiej w to nie grajcie. Kolory rzygowinowe, dźwięki podobnie, straszny port. Apple II – tu jest troszkę lepiej, tylko nasz bohater wchodzi do gry ubrany cały na biało! A zamiast tła, albo kolorków widzimy czerń, na dodatek trochę skokowy przesuw ekranu. W sumie lepiej omijać i się nie męczyć. Commodore VIC-20 – powiem wam tylko tyle, fajnie, że wyszło i fajnie, że posiadacze tej prostej maszynki mogli zagrać. Na szczęście mogli, nie musieli. Pomimo pseudo paralaksy, tragiczny scrolling oraz szybkość działania programu. Atari 2600 – o dziwo ta pionierska i prosta konsolka daje radę! Wszystko mocno kwadratowe i rozpikselizowane, ale kolorki przyjemne, scrolling płynny, nawet ostatni etap z ludożercami jest tu o dziwo przesuwany. Jak na możliwości sprzętu jest zacnie! Atari 5200 – wersja identyczna jak na Atari XL/XE. Commodore 64 – konwersja zbliżona do tej znanej z Małego Atari, jednakże kolorki i dźwięki są w niej zdecydowanie brzydsze. Barwy nieciekawe i wyprane oraz chyba minimalnie mniejszy ekran rozgrywki. Jednakże mechanika i grywalność zbliżone do Ataryny. Texas Instruments TI-99 – z tego co pamiętam bardzo ładna adaptacja. Na pewno pierwszy etap może się podobać, fajne oczojebne kolory, duża postać. Pod wodą jest już gorzej, wszystko brzydsze i nie mamy noża. Skalna lawina mało dynamiczna, a odgłosy dźwiękowe skromne. Chyba trzecia w kolejności wersja pod względem jakości po Atari i C64 na mikrokomputery. Na konsolę fajna była jeszcze edycja na Colecovision – duży i ładny bohater (jego luba także niczego sobie), zaś kanibale brzydcy jak noc! Świetna, wręcz neonowa kolorystyka i zmienne stroje naszego plażowicza. Niestety dziwnie wygląda nasz heros, jakby mu się dżungla z plażą popierniczyły! Ogólnie jednak jest to naprawdę udany port. Dodatkowo w składance Taito Legends (PC, PS2 i Xbox) znajdziecie Jungle Hunt w wersji identycznej jak w wozach Drzymały, przeniesione perfekcyjnie, co do piksela. Na koniec jeszcze niespodzianka.

Najlepsze wersje Jungle Hunt. Od lewej góry: Atari 8-bit (A5200 identyczna), Commodore 64, Texas Instruments, Colecovision.

CHAMSKA ZRZYNA. Na komputery 16-bitowe, czyli Amigę i Atari ST znajdziecie zrzynkę zatytułowaną ekhm, Jungle Boy, ale wygląda ona fajnie tylko na screenach. Nie grajcie w to, ostrzegam! Bohater to opalony Tarzan, niby wszystko inspirowane klasyką od Taito, ale małpy rzucają w nas orzechami z prędkością karabinu maszynowego. W wodzie zaś my rzucamy nożami w krokodyle, później zamiast omijać spadające głazy to mamy ścieżkę zdrowia, w której przeskakujemy nosorożce i mrówkojady! What the fuck? Pieprzone mrówkojady, dobrze czytacie, a nawet tygrysy… No i na koniec jeden tubylec do przeskoczenia i wskakujemy do gara z naszą dziewoją. Chyba jeden z gorszych shitów jakie widziałem w swoim życiu na Przyjaciółce. Stworzyło to Byte Back w 1991 roku. Aha, to ci goście, którzy pod nazwą Ghost Chaser wypuścili na Przyjaciółkę beznadziejnego Pac-Mana… Wszystko jasne!

Szybka zagadka – gdzie jest nasz heros? Jungle Boy na Amigę. Nieoficjalna podróba, straszny szajs!

PAMPALINI. A kimże jest ten Pampalini, o którym wspomina tu Borsuk, a profesor Larek napomknął nawet o nim w filmie? Nie znacie najsłynniejszego podróżnika i łowcy zwierząt z czasów PRL-u? Sławniejszego nawet od Tony’ego Halika. No, przesadziłem i to grubo, bo przecież od Halika to słynniejszy jest ino Chuck Norris! Pampalini dostarczał nam (czytaj dzieciakom w latach 80-tych) rozrywki w trakcie Dobranocek. To były czasy, czekało się cały dzień na dziesięciominutowy film animowany… Nie ma co narzekać, przynajmniej był czas poczytać książki i pograć na Atari! Patrzajta na tego fajtłapę poniżej.

Dla klimatu: Pampalini i Krokodyl (1980). Małpy też są, jedzą nawet dropsy! Gruby szajs!


JUNGLE HUNT

ORYGINAŁ: TAITO (1982) / KONWERSJA: ATARI USA (1983)

ZRĘCZNOŚCIOWA

FILM I RECENZJA DOTYCZĄ: ATARI XL/XE

PRAKTYCZNIE IDENTYCZNA WERSJA NA: COMMODORE 64

TAKŻE NA: AUTOMATY ARCADE, A2600, A5200, COLECOVISION, TEXAS INSTRUMENTS i inne.

Najbardziej ze wszystkich urzekła mnie okładka wersji na Atari 5200. Zdrowa ta dziewczyna!

OPIS. W grze wcielamy się w awanturnika – podróżnika, nieustraszonego poszukiwacza przygód, któremu straszni kanibale porwali oblubienicę! Piękna to kobitka, blondyna z dużym cycem, talią osy, zgrabną pupcią, więc wyruszamy jej na ratunek! Do tego kochaniutka fest. Czy to oznacza, że jeżeli byłaby brzydka to nie wyruszylibyśmy? Hmm, niekoniecznie, jednakże jeżeli byłaby złą heterą to prędzej poszukalibyśmy innej zamiast ratować zołzę. Jaki z tego morał? Bądźcie kobity dobre dla swoich chłopów, bo w kryzysowej sytuacji możecie robić za szynkę… Co ja plotę. Dobra, wyruszamy na ratunek swej lubej! Do przemierzenia czekają nas cztery różnorodne etapy, gdzieś na krańcu świata, w pięknej Amazonii, a rozgrywkę obserwujemy z boku. Pierwszy etap to skakanie poprzez dżunglę po lianach, czy bujających się pod wpływem wiatru linach. Zwał jak zwał, nieważne. Kończy się on skokiem do Amazonki, w której to kąpiemy się razem z krokodylami.

Musimy przepłynąć na drugi brzeg rzeki, a drapieżne gady załatwimy za pomocą noża, lecz nurkując musimy uważać na nasze zasoby powietrza, nie możemy się utopić! W trzecim etapie zasuwamy pod górkę, z której spada na nas lawina skalna! Musimy przeskakiwać małe i większe kamienie, bądź schylać się pod nimi. Chyba najtrudniejsze wyzwanie w grze. Ostateczną próbą jest jednoekranowa plansza, na której widzimy dwóch ludożerców oraz wielki garnek. Musimy w tym garnku ugotować najlepszą zupę z blondyny, gdyż gra naprawdę nazywa się Cooking with Cannibals… Buhehe, taki żart, dla rozluźnienia atmosfery. Nad kotłem wisi przywiązana nasza ukochana, która jest opuszczana do wrzącej wody i ma być głównym składnikiem przepysznej zupy dla tubylców. Będą lizać paluszki i nie tylko. Musimy szybko przeskoczyć drani, a później wybić się prosto w kierunku ukochanej i odciąć ją zanim zanurzy się we wrzątku! Tak naprawdę wystarczy, że jej dotkniemy i wtedy program uznaje, że ją uratowaliśmy. I żyli długo i szczęśliwie! Fajnie, naprawdę fajnie! Sami przyznacie, że jak na razie to Polowanie w Dżungli wygląda na jedną z najlepszych 8-bitowych gier…

Śmigam po linach na pełnym luzie… Na ratunek, a raczej randkę z blondyną!

PLUSY. Zdecydowanie największym plusem tej gry jest jej tematyka oraz zróżnicowanie rozgrywki. Kto z was nie chciał w młodości zostać poszukiwaczem przygód, podróżnikiem odkrywcą nowych lądów? Kto nie chciał być drugim Indianą Jonesem, Alfredem Szklarskim, czy Tonym Halikiem? Pamiętacie program Pieprz i Wanilia, my pamiętamy! Kto nie chciał przeżywać tak niesamowitych przygód jak bohater Jungle Hunt? Skakanie po lianach niczym Tarzan, pływanie pośród drapieżnych gadów, ucieczka przed lawiną skalną i śmiertelna przeprawa z kanibalami. Genialne to atrakcje niczym z najlepszego filmu przygodowego! Pod względem rozgrywki i mechaniki są one zupełnie odmienne i kiedy pierwszy raz włączamy Jungle Hunt to czujemy się, jak byśmy grali w cztery odrębne gry! Super, hiper! No, niby tak, ale o tym później…

Do atutów zaliczyłbym także oprawę graficzną i dźwiękową tej produkcji. Biorąc pod uwagę prehistoryczny rok wydania (1983) oraz zerkając na inne konwersje – to nie ma na co narzekać. Kolorowa grafika, płynny scrolling, dżingle jak z salonów gier, wszystko rozpoznawalne i budujące przyjemny klimat niebezpiecznej wyprawy. Natychmiastowość gry i prostota zasad także jest tutaj atutem, gdyż jest to tytuł, w którym od razu odnajdą się zarówno dzieciaki, starzy wyjadacze, jak i nawet babcia z dziadkiem (możliwe, że papuga z kanarkiem też, ale o tym później…). Ładujemy, włączamy, gramy… i całkiem możliwe, że przechodzimy… Bardzo fajnie też, że gra po przejściu zapętla się i pojawiają się w trakcie rozgrywki nowe przeszkadzajki (na przykład małpy bujające się na linach), powoduje to znaczne zwiększenie stopnia trudności i umożliwia nam zabawę w pobijanie rekordów…

Luz blues, w wodzie krokodyle… Ubranie chyba mi wyschnie, co nie?

MINUSY. Co z tego, że etapy są cztery i są zupełnie odmienne od siebie, skoro mechanika każdego z nich jest prosta jak drut. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest wręcz prymitywna, każdy z tych poziomów mógłby z powodzeniem zagościć na stareńkiej przenośnej konsoli Game & Watch od Nintendo… Przyjrzyjmy się dokładniej! Skakanie po dżungli to naciskanie jednego przycisku w odpowiednim momencie i tylko tyle, dżojstik do niczego nie jest potrzebny. Czujecie to, jednego pieprzonego przycisku! Po zapętleniu jest już lepiej, gdyż musimy jeszcze uważać na małpy, ale żadne to pocieszenie. Pływanie w rzece i walka z krokodylami na pierwszy rzut oka wyglądają zajebiście, mamy pełną kontrolę nad bohaterem, za pomocą przycisku uderzamy nożem, musimy uzupełniać powietrze. Najbardziej rozbudowany etap, ale co z tego, skoro nie musimy tego wcale robić? Wystarczy omijać wszystkie gady i wypływające z dna kraby (bąbelki?) i zawsze, praktycznie w ten sam sposób dopłyniemy do końca etapu. Potencjał wodnego poziomu został przez to całkowicie położony na łopatki.

Ooo, przy lawinie muszę się trochę spocić! Byle plam na ubraniu nie było. Nie wziąłem dezodorantu…

Najbardziej grywalną planszą jest ta z lecącymi nam na łeb kamieniami, gdyż jest najtrudniejsza. Kontrolujemy szybkość biegu naszego bohatera i skaczemy w odpowiednim momencie (dwa rodzaje skoków) oraz klękamy, by kamulec chybnął nam nad głową. Przydałaby się tu zdecydowanie większa różnorodność przeszkód. A ostatni ekran naszej przygody? Dajcie spokój, to są tylko trzy skoki! Dwa nad tubylcami i jeden nad garnkiem. I tyle. Powiem tak, każdy z tych etapów z osobna nie miałby szans zawojować jakiegokolwiek rynku gier video (automatowego, czy nawet 8-bitowego) i byłby najzwyczajniej w świecie popierdółką, w którą nie chciałoby się grać nikomu. Jednakże zebranie ich wszystkich do kupy ratuje znacząco Jungle Hunt jako całość, te prościutkie gierki tworzą prostą grę, dającą złudzenie rozmaitości. No właśnie, doszliśmy do poziomu trudności. Pierwsze przejście Polowania w Dżungli nie jest wyzwaniem dla nikogo, piętnaście minut, do pół godziny i po sprawie… Na szczęście tak jak w oryginale, poziom trudności po zapętleniu znacząco wzrasta (wredne małpy!) i bicie rekordów w tym tytule, lub granie ze znajomymi podbija rajcowność.

– Jestem blondyna! Kto cie dyma, jak mnie ni ma? – Tylko Ty Tony! Jesteś najdebeściak!

KIEDYŚ. Pamiętam jak pożyczyłem od kolegi kasetę z Jungle Hunt i Henry’s House. Inne tytuły też tam były, ale o nich zapomniałem. Dom Henryka wczytywał się cholernie długo, był przepiękny, ale koszmarnie trudny, więc pierwszego dnia zachłysnąłem się Polowaniem w Dżungli. Mamo, mamo, zobacz jakie fajne! Dżungla, krokodyle, kamienie, ludożercy! A po pół godzinie, co? Eee, już koniec?! Eee, nie wierzę. Rzadko później ładowałem ten tytuł do pamięci mojej Ataryny, pomimo faktu, że wczytywał się krótko. Wspomniany Henry’s House dał mi za to rozrywkę na wiele, wiele godzin, niejednokrotnie pełną cierpień, ale jakaż była satysfakcja z jego ukończenia! Tutaj jej brakowało, ukończyłem, wzruszyłem ramionami, załadowałem inną grę…

TERAZ. Nagraliśmy Jungle Hunt z powodu faktu, że na karcie pamięci w kamerze Larka zostało trochę miejsca i chcieliśmy pokazać wam coś szybkiego, łatwego do przejścia. Bez treningu, z marszu zasiedliśmy do rozgrywki i podołaliśmy! Co prawda bidulek Larek trochę się spocił, ale jednocześnie wykazał męstwem i muskułami przed kamerami! Mamy oboje sentyment do tej gry, nie ukrywamy tego, jednak pomimo faktu, że lubimy tego szpila, to jesteśmy świadomi jego wad. Chcecie wrócić do młodości i przypomnieć sobie stare czasy, kiedy wymiataliście w grach? Uruchamiajcie Jungle Hunt! Chcecie pograć z dzieciakami na Atari, czy Commodore w grę, którą maleństwa ogarną? Spróbujcie z Jungle Hunt! Tytuł ten jest także dosyć miodny na wszelkich turniejach i zlotach, gdzie fajnie rywalizować z żywymi przeciwnikami. Pamiętajcie jednak, że to fest prościzna i jest od niej kilkaset lepszych gier. Żółte światło w oceniaczce i to na szynach…


Gramy na Gazie slider

ArSoft CORPORATION i Retro na Gazie prezentują:

Gramy na Gazie – JUNGLE HUNT (1983) – ATARI XL/XE

LAREK / BORSUK

– Larku, ile zostało miejsca na karcie pamięci? – A jakieś trzydzieści minut! – To co może zmieścimy tam Jungle Hunt! – Eee, Borsuk tak bez trenowania? – No jacha! Z marszu śmigamy, przecież to proste było, wręcz prymitywne! Raptem cztery króciutkie plansze. – Dobra Borsuku, za młodu to przechodziłem! Nagrywamy! – Takie podejście mi się podoba profesorku! TRZYDZIEŚCI MINUT PÓŹNIEJ: – Aleś pierdyknął! – I co rżysz Borsuk! – Nie śmieję się, tylko stwierdzam fakt. – Przestań się gapić, do cholery, na ten pieprzony zegarek! – Spokojnie panie psorze, patrzę tylko ile jeszcze czasu zostało  na karcie. Ups! I znowu kamulec w łeb! Buhehe. Chyba nie uratujesz blondyny w tym odcinku! – Ja nie dam rady Borsuk, ja? Jaaaaa, przecież wszystkie dziewczyny wiedzą, że jestem królem dżungli! – Że niby nieogolone wolisz… – Zabiję cię Borsuk!

JUNGLE HUNT (ATARI XL/XE, C64, COLECO, TEXAS, A2600, ARCADE)

Retrometr

Ocena naciągnięta sentymentem. Można ją z powodzeniem zastosować do wersji wymienionych nad retrometrem.


STEROWANIE

A oto wielce klimatyczny tył pudełka wersji na Commodore 64. Texas i Coleco miały podobnie urzekające opakowania. Atari troszkę brzydsze.

SELECT – rozgrywka dla 1 lub 2 graczy (grają na przemian), OPTION – wybór poziomu trudności, START – rozpoczęcie gry. LINY: FIRE – skok; PŁYWANIE: DŻOJ – pływanie w każdym kierunku, FIRE – sztych nożem; LAWINA: DŻOJ – poruszanie się bohaterem w lewo i prawo, FIRE – skok, FIRE + skosy, lub góra – wyższe skoki, DÓŁ lub skosy dolne – schylanie się. OBIAD LUDOJADÓW – jak w poprzedniej planszy tylko bez schylania.


PS1. Screeny z wersji na Atari przygotował Larek, pozostałe materiały pochodzą głównie z Atarimanii oraz MobyGames i Lemon64.

O RetroBorsuk 194 artykuły
Zastępca Naczelnego, czyli prawie Nacz.Os. (właściciel Nory). Ulubione gatunki: wszystkie dobre gry! Z naciskiem na: akcja-przygoda, platformery, rpg, shmupy, run’n gun, salonówki. Posiadane platformy: Atari 800xl, C64, Amiga CD32, SNES, SMD, Jaguar, PSX, PS2, PS3, PS4, PSP, XboX, X360, WiiU, GC, DC, GBA, Game Gear.